Idzie Nowe. Manifest na koniec epoki ciszy - Milena Cybulska
#WspółpracaRecenzecnka #Limitless Mind Publishing Ltd
Są takie momenty, kiedy lubię sięgnąć po coś, co nie jest klasyczną powieścią ani typowym czytadłem na wieczór. Coś, co trochę drapie, trochę zaskakuje, a trochę wywraca oczekiwania na lewą stronę. Właśnie dlatego „Idzie Nowe. Manifest na koniec epoki ciszy” Mileny Cybulskiej przyciągnęło moją uwagę. Już sam opis sugeruje literacki eksperyment – dystopię, która bardziej próbuje poruszyć czytelnika, niż dostarczyć mu linearnej fabuły.
Jeśli chodzi o sam zarys fabuły, ten jest tu właściwie zaledwie cienką nicią, na której autorka zawiesza swoje refleksje. Świat przedstawiony to rzeczywistość zmęczonego pokolenia – zagubionego w technologicznej alienacji, przeciążonego presją produktywności i bombardowanego uproszczonymi komunikatami kultury popularnej. To rzeczywistość, w której „wszystko da się sprzedać”, a człowiek powoli traci autentyczność. W tym świecie ktoś próbuje się zatrzymać, zadać pytania, odzyskać głos. To właśnie punkt wyjścia – fabularna rama, która jednak nigdy nie staje się główną bohaterką książki.
Bo jest to książka zdecydowanie nietypowa. Autorka skupia się na emocjach, refleksjach i komunikatach, które mają zadziałać jak przystanki na trasie za szybkiego życia. Forma to zlepek manifestów, listów, aforyzmów, strzępów narracji i mocno poetyckich złotych myśli. Recenzenci słusznie zauważyli, że to nie tyle opowieść, ile literacka próba przytrzymania czytelnika za ramię i powiedzenia: „Hej, zatrzymaj się na chwilę”. W wielu miejscach książka przypomina esej w formie emocjonalnych impulsów – ekspresyjnych, momentami surowych. Czy są to refleksje przełomowe? Niekoniecznie. Raczej te, które każdy z nas nosi gdzieś pod skórą: po co tak pędzimy, dlaczego tak trudno nam być „tu i teraz”, czemu tak bardzo boimy się wsłuchać w siebie i innych. Nic odkrywczego – ale jednak potrzebnego.
Autorka podkreśla, że świadomie stworzyła książkę prawie bez fabuły. I trzeba przyznać: cel osiągnięty. Szanuję odwagę w pisaniu rzeczy nieoczywistych. Ale muszę się przyznać, że moje czytelnicze serce miałoby ochotę na coś innego – na klasyczną dystopię, w której te refleksje stanowiłyby mocne tło. Dlaczego? Bo nawet to szczątkowe wspomnienie świata przyszłości, które autorka jedynie muska, było na tyle interesujące, że obudziło moje apetyty. Ten świat naprawdę dało się poczuć – i szkoda, że nie został szerzej wykorzystany do zbudowania opowieści, która mogłaby mieć siłę jeszcze większej literackiej petardy.
W efekcie otrzymujemy książkę wartościową, ale też nie w pełni wykorzystującą swój potencjał. Z pewnością może być pretekstem do refleksji, zatrzymania się, spojrzenia na własne życie z innej perspektywy. Mocny język, poetyckość, czasem wręcz sentencyjność – wszystko to sprawia, że tekst budzi emocje i zachęca do podkreślania fragmentów. Ale gdyby była bardziej rozwinięta fabularnie, jej wymowa mogłaby być jeszcze silniejsza i bardziej wielowymiarowa, a całość mogłaby wybrzmieć donośniej niż manifest w próżnię.
Z drugiej strony – może właśnie o to tu chodziło? Może ta książka miała być bardziej doświadczeniem niż historią. Bardziej lustrem niż narracją. I trzeba przyznać: jako literacka prowokacja działa. Można się przy niej zatrzymać. Można się zirytować. Można się zachwycić. Ale trudno przejść obojętnie.
Podsumowując – „Idzie Nowe” to lektura nieoczywista i zdecydowanie nie dla każdego, ale dla wielu osób może stać się pretekstem do przemyśleń. Ja czuję pewien niedosyt, głównie przez niewykorzystany świat przyszłości, który aż prosił się o rozwinięcie. Ale szanuję formę eksperymentu i odwagę, z jaką autorka odrzuca konwencje. To książka, przy której mentalnie nie da się robić niczego „na autopilocie”.
Daj znać – lubisz takie literackie eksperymenty? A może jednak stawiasz na klasyczne formy?
Dominika Róg-Górecka



0 komentarze:
Prześlij komentarz
Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!