Featured

czwartek, 29 października 2020

Nadszedł ten dzień – Monika Koszewska


Zabiorę Was dziś w podróż do Sopotu. Powrócimy do miejsca, w którym niedawno mieliśmy niekłamaną przyjemność gościć. Pamiętacie Marię i jej współpracowniczki "z piekła rodem" Kaśkę i Justynę oraz przeuroczych sąsiadów, którzy tak naprawdę są jej przyjaciółmi od serca? Myślę, że tak. To właśnie ich dziś odwiedzimy, bo od naszej ostatniej podróży wiele się u nich wydarzyło.


Tytuł: Nadszedł ten dzień

Autor: Monika Koszewska

Wydawnictwo: Novae Res


Wydarzyło się naprawdę wiele. Ten dzień w końcu nadszedł i nasza Maria przeżywa miłosne uniesienia, a my z przyjemnością będziemy jej w tym kibicować. W firmie zachodzą spore zmiany, z którymi nasza bohaterka również musi się zmierzyć, a do tego Justyna wciąż nie odpuszcza i widzi w Marii wroga numer jeden. Jej przyjaciele zmierzyć się będą musieli z nie lada problemami, a my nie będziemy się nudzić nawet przez moment.


Powtórzę się teraz po raz tysięczny, ale naprawdę  ciężko się pisze recenzję kontynuacji. O treści tej powieści wspominać nie mam zamiaru, a nie chcę się za bardzo powtarzać i pisać tego samego co w poprzedniej recenzji. Maria nie zmieniła się ani trochę, a książkę czyta się tak samo dobrze  jak część poprzednią.


W tym tomie autorka skupia się również na losach przyjaciół Marii, a są one naprawdę ciekawe. Uwierzcie mi, z uśmiechem na ustach będziecie obserwować podboje miłosne Dariusza i z drżeniem serca czytać historię Weroniki, której życie zmieni się diametralnie w dosłownie kilka minut. Niejednokrotnie zmielicie w ustach przekleństwo, przyglądając się poczynaniom Ewy. O Justynie i Kaśce Koronce już nie wspomnę. W tej części przyjaciele i wrogowie Marii naprawdę nie pozwolą się nam nudzić.


Nadszedł ten dzień to prawdziwe remedium na zły humor i bolączkę dnia codziennego. Humor w mig poprawią Wam dialogi, od których tutaj aż się roi, a w których bohaterowie przerzucają się przezabawnymi tekstami jak piłeczką pingpongową. Prym tu  wiedzie oczywiście Maria, która swoich przyjaciół rozbawia do łez nawet w najdramatyczniejszych sytuacjach.


Ta powieść to prawdziwy pean na cześć zdrowego trybu życia i ćwiczeń fizycznych. Już w poprzedniej recenzji pisałam, że Maria to prawdziwa wielbicielka siłowni i różnego rodzaju treningów, które potrafi rozpocząć, o zgrozo, o piątej rano! Nie inaczej będzie teraz i Maria niezmiennie spróbuje  przekonać nas do zadbania o siebie i swoje zdrowie. Nie mogę na koniec nie wspomnieć o okładkach obydwóch tomów, które idealnie współgrają z treścią powieści.


Jeżeli jeszcze Was nie przekonałam do przeczytania tej książki, to tylko wspomnę, że zakończenie wbija w fotel i pozostawia czytelnika z nadzieją, że nie było to ostanie spotkanie z tymi przesympatycznymi bohaterami. Serdecznie zapraszam do przeczytania tej pełnej optymizmu książki, w sam raz na te nieciekawe czasy. Miłej lektury i do następnego!

Dorota Skrzypczak 

niedziela, 25 października 2020

Jak nie zostałam influencerką – Majka Nowak


Media z uporem maniaka donoszą, że większość młodych ludzi chce być… youtuberami. Od lat rośnie też popularność wszelkiej maści influencerów. Co to za problem zrobić kilka zdjęć, nakręcić jakiś filmik, pokazać kilka ćwiczeń czy zrobić tutorial o makijażu? No żaden! Telefon w dłoń i do dzieła! W końcu fani i sława czekają!


Tytuł: Jak nie została influencerką
Autor: Majka Nowak
Wydawnictwa: Filia


Wszystko miało wyglądać inaczej! Plan na życie nie zakładał, że Majka nagle straci pracę. Jakieś tam oszczędności ma, ale bez przesady, trzeba będzie w końcu poszukać roboty. A gdyby… nie? Co, jeśli źródło zarobku jest tuż pod ręką, to znaczy w telefonie?! To jednocześnie proste i genialne! Majka postanawia zostać infuencerką! Nie wie jeszcze, z jakiej branży, ale wszystko nadrabia zapałem. No cóż… może nie do końca wszystko.


Mam wrażenie, że przeglądarki pękają w szwach od zapytań „jak nawiązać współpracę” lub „jak dostać rzeczy za darmo”. Ta książka w zabawny i lekki sposób pokazuje mentalność osób, które jedynie korzystały z twórczości innych infuencerów. Nie do końca wiedzą, na czym to polega, ale chciałyby robić to samo i jeszcze dobrze na tym zarabiać. Z jednej strony jest to dość trafna obserwacja współczesnego społeczeństwa, z drugiej mocno przekoloryzowana wizja rzeczywistości.


Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę, czeka was morze wrażeń i mniej lub bardziej dowcipnych scen. Humor w tej historii jest naprawdę specyficzny, nie raz będziecie zaśmiewać się do łez, by zaraz potem przewracam oczami z zażenowania. Kreacja bohaterki jest momentami naprawdę przesadzona, co z jednej strony bawi, z drugiej powoduje szczere powątpiewanie w realizm fabuły. Spójrzmy prawdzie w oczy, wiele elementów tej powieści jest świadomie zintensyfikowana do poziomu absurdu, nie każdemu takie podejście przypadnie do gustu, jednak ja bawiłam się przy tym świetnie!


Sam tytuł podzielony jest na rozdziały zgodnie z motywem przewodnim, w którym w danym momencie nasza bohaterka chce się realizować. Część z nich rozbawiła mnie do łez, a powiązania między poszczególnymi tematami były ciekawym zabiegiem artystycznym.


Nie spodziewajcie się jednak poradnika, jeśli już, to otrzymacie antyporadnik! Poszczególne kwestie techniczne są średnio dopracowane i momentami niezrozumiałe. Wspomniane w treści „konto infuencerskie” nie pasuje mi pod żaden znany portal. 


Podczas czytania tej książki nie raz głośno się zaśmiałam, co naprawdę nie często się zdarza. Historię czyta się błyskawicznie, z niegasnącym zainteresowaniem. Czy każdemu przypadnie do gustu? Niekoniecznie. Jeśli jednak siedzisz trochę w świecie infuecerów i nie potrzebujesz, by humor był oparty na twardych realiach, to znajdziesz w tej powieści sporo frajdy i relaksu.


Dominika Róg-Górecka



czwartek, 22 października 2020

Leniwe wieczory, burzliwe poranki – Alina Białowąs



Dziś wybierzemy się z wizytą do Eweliny, 55- letniej farmaceutki, w której życiu nastąpiły niemałe zawirowania.

Tytuł: Leniwe wieczory, burzliwe poranki

Autor: Alina Białowąs

Wydawnictwo: Replika


Mąż Eweliny wyjechał, a może raczej uciekł, jak twierdzi Ewelina, na dwuletni kontrakt do Japonii. Syn przebywa we Francji, matka ma młodszego kochanka, a nowa kierowniczka Eweliny to nielubiana koleżanka z dawnych lat. Dzieje się, oj dzieje, podczas tej podróży Czytelniku Mój Drogi, nudzić się na pewno nie będziesz, to Ci mogę zagwarantować.


Niektórzy z Was mieli może już okazję poznać Ewelinę, ponieważ  Leniwe wieczory, burzliwe poranki, to druga już książka Aliny Białowąs, której nasza szalona farmaceutka jest główną bohaterką. Pierwsza nosi tytuł Bezsenne noce, senne dni i opowiada o czasach, kiedy mąż Eweliny był przy niej, a ona bardzo pragnęła się go pozbyć.....

Ja nie miałam niestety przyjemności przeczytania części pierwszej (oczywiście wszystko przede mną), jednak nie przeszkodziło mi to w czytaniu tej części, choć myślę, że gdybym poznała poprzednią książkę pani Aliny, to ubawiłabym się dwa razy więcej. I szczerze Wam to polecam, bo zabawa jest przednia.


Oklaski należą się autorce za dobór bohaterki, a mianowicie za jej wiek. Przyzwyczaiłam się już do tego, że większość bohaterek literatury obyczajowej jest w wieku od lat dwudziestu do czterdziestu, starsze są ich matki, babcie, ciocie czy szefowe, ale nie główne bohaterki. Przyznam Wam się, że dla mnie jako dla księgarza, którym jeszcze niedawno byłam, był to nie lada problem, bo czasami, kiedy klientka w wieku mojej mamy prosiła mnie o polecenie jakiejś ciekawej książki, to nie byłam pewna, czy miłosne i zawodowe perypetie, chociażby trzydziestolatki, to będzie coś, co tę panią naprawdę zainteresuje.


Pani Alina obdarzyła swą bohaterkę słusznym wiekiem lat pięćdziesięciu pięciu, ale przyznać trzeba, że w tym przypadku o dojrzałości świadczy tylko i wyłącznie cyfra. Bo szaleństwo, niefrasobliwość, niekonsekwencja w działaniach i rozmyślaniach i chaos, którym Ewelina się na co dzień otacza, pasują o wiele bardziej do niejednej dwudziestolatki niż do wciąż młodej, lecz przecież dojrzałej farmaceutki.

I dlatego muszę się Wam przyznać, Ewelina momentami porządnie mnie irytowała. Każda jej interakcja z innymi człowiekiem kończyła się kłótnią. Czy to była matka, kierowniczka, współpracowniczka, syn czy kierowca dowożący towar do apteki, kończyło się rzuceniem słuchawki czy trzaśnięciem drzwiami. Momentami naprawdę nie dziwiłam się, że jej mąż wolał daleką Japonię. Jednocześnie czytałam  tę powieść z coraz większym zainteresowaniem, bo byłam ciekawa, jak to wszystko się skończy. A kończy się, oj kończy: ) Oczywiście nie zdradzę Wam jak, ale przygotujcie się na niezłe emocje.


Powieść ta okraszona jest ciekawymi anegdotami i wspomnieniami z przeszłych lat, które wywołują na twarzy czytelnika szeroki uśmiech i naprawdę nieźle bawią.


Bo tak naprawdę książka ta lektura jest w sam raz na tę naszą dzisiejszą trudną i niepewną jesień. Gwarantuję Wam, że zaszyci pod ciepłym kocykiem, z kubkiem dobrego napitku w dłoni, w towarzystwie Eweliny i jej rodziny i przyjaciół, będziecie się setnie bawić i choć na moment zapomnicie o panującej nam niemiłosiernie pandemii. Tego Wam z całego serca życzę. Miłej lektury i do następnego! 

Dorota Skrzypczak

poniedziałek, 19 października 2020

Bliźnięta z lodu – S. K. Tremayne


Pierwsze skojarzenia związane z bliźniętami są takie: identycznie ubrane, wizualnie takie same osoby. Oczarowani ich podobieństwem, większość z nas uważa, że są prześliczne. Czy w rzeczywistości bliźnięta jednojajowe są takie same i nie do odróżnienia? Zagłębiając się w temat, nawet one nie mają znamion, czy pieprzyków w tych samych miejscach. Jednak bohaterka książki Bliźnięta z lodu nie była w stanie rozróżnić swoich własnych dzieci, aż do tego stopnia, że nie potrafiła rozpoznać, która z nich zginęła...

 

Tytuł: Bliźnięta z lodu

Autor: S. K. Tremayne

Wydawnictwo: Czarna Owca

 

Minął już rok, od kiedy jedna z córek jednojajowych Lydia zmarła w tragicznym wypadku. Główna bohaterka Sarah i jej mąż Angus nieustannie starają się odbudować życie po strasznej tragedii, jaka ich spotkała. Nie jest im łatwo, gdyż na domiar złego jej mąż stracił pracę jako architekt, atakując swojego szefa w przypływie złości i od tego wydarzenia są zmuszeni żyć skromniej.

 

Marzeniem Sarah i Angusa jest zacząć wszystko od nowa w innym miejscu, a tym samym wyprowadzenie się z domu w Londynie. Kiedy Angus dostaje w spadku po swojej babci, małą szkocką wyspę, postanawiają sprzedać wszystko i tam zamieszkać, razem ze swoją córką. Jednak, mimo pełnego entuzjazmu, domek letniskowy ledwo nadaje się do zamieszkania. Moorcroftowie nie poddają się i podejmują się renowacji ledwo nadającego się do zamieszkania domku latarnika na wyspie Torran, niestety ich marzenie szybko zaczyna nabierać mrocznego wymiaru.

 

Kristie, ich ocalała sześciolatka, która stała się bardzo wycofana po śmierci swojej ukochanej siostry Lydii, nagle ogłasza swojej matce, że jest Lydią, a nie Kristie. Moorcraftowie zaczynają zastanawiać się, czy mogli popełnić tak straszny błąd dotyczący tożsamości ich dziecka. Sprawa staje się trudniejsza, gdy okazuje się, że nie ma możliwości udowodnienia, która bliźniaczka żyje, ponieważ umarła córka została poddana kremacji.

 

Kristie, która twierdzi, że jest Lydią, próbuje zaadoptować się w nowej szkole. Natomiast Sarah z mężem próbują zrobić wszystko, żeby ich życie wróciło na spokojne tory. Niestety nic nie dzieje się tak, jakby sobie tego życzyli. Ich córka nie może znaleźć sobie miejsca w szkole, jest coraz bardziej wycofana, a na domiar złego Angus coraz więcej czasu spędza na stałym lądzie i pozostawia na wyspie rodzinę, walczącą ze szkodnikami oraz mrozem w domu. Jedynym środkiem transportu z błotnej równiny jest dla nich mała łódź.

 

Autor książki przedstawia historię z perspektywy zarówno Sarah, opowiedzianej w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, jak i Angusa w trzeciej osobie. Klimat książki jest ponury i mroczny, tak jak sama bagnista wyspa Torran, na którą przeprowadza się rodzina Moorcroft. Można stwierdzić, że żadna z postaci nie jest wiarygodna, natomiast samo zachowanie bohaterów w niektórych sytuacjach, nie jest do końca zrozumiałe.

 

W małżeństwie Sarah i Angusa jest wyczuwalna nieufność, a także wzajemne obwinianie się za błędy przeszłości. Minione wydarzenia, a także przyszłe uniemożliwiają im utrzymanie bliskości i szczerości w związku, co powoduje kolejne zaskakujące zwroty akcji w całej historii. Śledząc emocjonalną podróż bohaterów, zmienia się narracja, a także podejrzliwość czytelnika wobec całej rodziny Moorcraft.

Bliźnięta czują ogromną więź ze sobą i strata jednego z nich, może być strasznym przeżyciem i towarzyszyć przez całe życie. Czytając, jakie przeżycia i uczucia towarzyszą małej Kristie, odczuwa się nieodpartą ochotę przytulenia tego biednego dziecka. Dalsze losy dziewczynki odkrywają, co jeszcze dzieje się w głowie dziecka i jakie tajemnice ukrywa.

 

Autor książki S.K. Tremayne zaserwował nam zrujnowane życie pełne tajemnic i poczucia winy. Z jednej strony opowieść chwyta czytelnika za serce, a zarazem porywa i doprowadza do momentów przerażenia. Bliźnięta z lodu to zdecydowanie niezwykła, wciągająca i zaskakująca historia, której nie da się odłożyć na półkę, bez wcześniejszego poznania zakończenia - a uwierzcie, warto je poznać.

 

Beata Wolniewicz-Róg

niedziela, 18 października 2020

Służąca – Alicja Sinicka


Sprzątanie to nie jest coś, co ludzie zbyt często wpisują w rubryczce „hobby”. Jednak Julia naprawdę to lubi, właśnie dlatego założyła swoją firmę i pomaga porządkować domy swoim klientom. Gdy przekracza próg kolejnej posiadłości, ogarnia ją złe przeczucie. To samo dzieje się, gdy słyszy propozycje zamieszkania w niej. Szybko i stanowczo odmawia. Jeszcze nie wie, że już wkrótce nie będzie miała wyboru…


Tytuł: Służąca

Autor: Alicja Sinicka

Wydanwictwo: Kobiece


To już trzecia książka Alicji Sinickiej, którą miałam przyjemność przeczytać. Po „Stażystce” oraz „Obserwatorce” spodziewałam się wciągającej intrygi, klimatu pełnego niepokoju i historii, od której nie będę mogła się oderwać. Powieści udało się sprostać większości z tych oczekiwań, tak w 90%.


Od samego początku atmosfera książki przesiąknięta jest niepokojem, oczekiwaniem zła, które z pewnością czai się gdzieś za rogiem. Nic nie jest oczywiste poza tym, że nikomu nie można ufać. Z każdą stroną Julia wpada w coraz większą panikę i mota się niczym złapana w pajęczą sieć. Niepokój szybko przeradza się w strach i dezorientację. To wszystko zarysowuje się już w pierwszych rozdziałach, dlatego praktycznie od samego początku nie mogłam oderwać się od czytania. Paradoksalnie nie zdarza się to często. Tym razem cały czas myślałam o fabule i o tropach, które, jak zakładała, okażą się błędne. Przypuszczałam, że w zakończeniu znajdę zwrot o 180 stopni.


Pierwszą konsternację miałam w momencie zawiązania się głównej intrygi. Sytuacja, w której znalazła się Julia, była tragiczna, niemniej jej zachowanie wydało mi się zbyt trywialne. Mogła zrobić o wiele więcej, żeby zabezpieczyć swoją sytuację, tymczasem ona z rozpędem wpadła w szykowaną dla niej pułapkę. Rozumiem, że inaczej nie dałoby się zawiązać akcji, ale nie przemówiło to do mnie.


Całe szczęście dalej jest już tylko lepiej, ponownie wpadłam w tory opowieści, dałam się porwać biegowi wydarzeń, zbieraniu faktów i okoliczności, które przyniosłyby mi odpowiedzieć na pytanie „kto za tym wszystkim stoi”. Trzeba przyznać, że autorce udało się stworzyć ciekawe, pokręcone postaci, z pełnym wachlarzem wad i odchyleń od normy. W tym świetle każdy staje się podejrzany, a nawet szczerość sprawia wrażenie kłamstwa.


Momentami miałam wrażenie, że autorka trochę pogubiła się w podtykaniu fałszywych tropów. Niektóre sugestie i podejrzenia pozostały bez odpowiedzi. Zdążyły za to nabudować naprawdę spore oczekiwania wobec finału.


W tym ciężkim klimacie niepokoju, strachu, kiedy nawet szum wiatru budzi lęk, powoli dochodzimy do intensywnego zakończenia, z którym… mam trochę mieszane uczucia. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, niemniej oczekiwałam czegoś bardziej spektakularnego. Od strony technicznej finał przypomina rozwiązania przyjęte w „Stażystce”, jest jednak mniej pomysłowe. Po skumulowaniu całego tego strachu napięcia i niepokoju spodziewałam się czegoś więcej. A może właśnie o to chodziło? By czytelnik wspólnie z bohaterką „wpadał w paranoję” i spodziewał się nie wiadomo czego? Jeśli tak, to bez wątpienia się to udało. Polecam „Służącą” każdemu miłośnikowi thrillerów psychologicznych!


Dominika Róg-Górecka
Numer akredytacji: 08/05/2020

sobota, 17 października 2020

Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę – Kirsty Moseley


Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? Czy uważasz, że w ciągu jednej chwili można się zakochać na całe życie? Bez obaw, nie tworzę psychotestu! Odpowiedź na te pytania może zaważyć na tym, czy książka „Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę” przypadnie ci do gustu.


Tytuł: Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę
Cykl: Love For Days (tom 1)
Autor: Kirsty Moseley
Wydawnictwo: HarperCollins


Amy jest konduktorką, lubi swoją pracę i naprawdę nie szuka miłości. Wystarczy jej przyjaźń i Netflix. Zauroczenie pada na nią jak grom z jasnego niego. W jednej chwili prosi go o bilet, a w drugiej wie, że właśnie patrzy na miłość swojego życia. Co z tego, skoro potem miesiącami nie wiem, jak zagadać do „mężczyzny z pociągu”? Przypadkowe spotkanie poza pracą popycha tę znajomość w odpowiednim kierunku. Jednak czy wszystko potoczy się idealnie?


Czy lubisz bajki? A konkretnie, czy lubisz bajki dla dorosłych? Jeśli nie, to już teraz zrezygnuj z czytania tej książki. Ten tytuł to propozycja przede wszystkim dla marzycieli, czytelników lubiących śnić na jawie, którym nie przeszkadza, że nawet opowieść momentami buja w obłokach. Czemu? Fabuła tej książki to naprawdę sympatyczna, ale jednak przesłodzona wersja miłości od pierwszego wejrzenia.


W tym momencie możecie zauważyć, że przecież cała twórczość autorki opiera się na rozpisaniu na wiele stron tej, czy innej fantazji. Tak, tutaj jednak wyjątkowo daje się we znaki mało skomplikowany pomysł. Dramatów i problemów jest tu jak na lekarstwo, nie zaskakują nas też zwroty akcji. Jest lekko, miło, słodko i trochę mdło.


Najjaśniejszym puntem tej opowieści jest kreacja głównej bohaterki. Amy jest nieszablonowa, bywa impulsywna i często mówi, zanim pomyśli. W efekcie czego dochodzi do wielu krępujących sytuacji, z których para wychodzi obronną ręką. Relacje między nimi od początku są niezgrabne, nieidealne, a dzięki temu bardzo życiowe. W tym miejscu nie mam na myśli słodkiego całokształtu, ale poszczególne sceny, zwykłe, codzienne jak zderzenie się czołem, niezrozumienie romantycznej sugestii itp. Para tworzy naprawdę sympatyczne wrażenie, a cała fabuła pozostawia czytelnika w rozmarzonym nastroju.


Mogę więc powiedzieć, że nie jest to tytuł dla każdego. Jeśli lubicie pomarzyć, nie przeszkadza wam brak traumatycznych zwrotów akcji i lekkie odrealnienie pewnych sytuacji, śmiało sięgajcie po ten tytuł. Jeśli jednak wolicie powieści w stylu Jodi Picoult, tym razem nie będzie to propozycja dla was.


Dominika Róg-Górecka

czwartek, 15 października 2020

Fortepian – Gaja Kołodziej


Zabieram Was dzisiaj do Warszawy, na galę z okazji trzydziestolecia szkoły muzycznej założonej przez Konstancję Nutę.


Tytuł: Fortepian

Autor: Gaja Kołodziej

Wydawnictwo: Harper Collins


Dyrektorką  szkoły jest Seweryna Nuta, córka Konstancji i to ona jest gospodynią tej gali, na której spotka się cała jej rodzina i przyjaciele z dawnych lat. I choć Seweryna jest osobą, która zawsze wszystko ma zaplanowane i nigdy nie pozwala sobie na żadne uchybienia i niemiłe niespodzianki to dziś nie uda się ich uniknąć. Tego wieczoru wydarzy się wiele niespodziewanych zdarzeń, którym pani dyrektor będzie musiała stawić czoła, a czytelnik nie będzie się nudził nawet przez moment.


Tę książkę czyta się w ciągłym napięciu, bo oczywiste jest, że tego wieczoru coś się stanie i czytelnik  przez cały czas na to coś czeka. Wydarzy się wiele, oczywiście nic Wam nie zdradzę, ale ta noc na pewno nie skończy się tak spokojnie i zgodnie z planem, jak się rozpoczęła.


Przygotujcie się na wiele różnych emocji, jakie będą w Was budzić bohaterowie Fortepianu. Niestety ani Seweryna, ani jej brat Bogusz nie wzbudzili mojej sympatii, myślę, że  z Wam będzie podobnie. Nie chciałabym mieć na co dzień do czynienia z ludźmi tak bardzo w sobie zadufanymi i przekonanymi o swojej nieomylności. 


Julię pokochałam za to "od pierwszego przeczytania". Szalona artystka, tak bardzo różna od swojego rodzeństwa, wiedząca czego chce i potrafiąca po to sięgać, choć nie powiem, czasami mnie kolokwialnie pisząc, wkurzało, jak bardzo była pod wpływem Seweryny. Myślę jednak, że Wy również ją polubicie.


Powieść ta naprawdę daje do myślenia. Budzi w czytelniku refleksje na temat rodziny, jej oczekiwań wobec poszczególnych  członków. Zastanawiamy się, ile to my bylibyśmy w stanie dla niej poświęcić i czy cena, którą płacą bohaterowie Fortepianu spełniając oczekiwania swoich bliskich, nie jest jednak za wysoka.


W tej książce oczywiście nie mogło zabraknąć muzyki. Nie przesadzę, kiedy napiszę, że muzyka jest jej pełnoprawnym bohaterem. Nie umiem opisać emocji, które mną targały, kiedy czytałam opisy poszczególnych galowych koncertów. Autorka przelała to na papier w naprawdę przepiękny sposób.


Jak na książkę  o muzyce przystało, poszczególne rozdziały to takty tytułowane muzycznymi terminami, przetykane gdzieniegdzie rysunkami muzycznych symboli.


W powieści tej znalazło się również miejsce na coś, czego zupełnie się tu nie spodziewałam. Znajdziecie tu również kilka pięknie współgrających z muzyką scen o zabarwieniu erotycznym. I choć ja generalnie za takimi nie przepadam, to tu zupełnie mi nie przeszkadzały i pięknie nomen omen komponowały się z treścią książki.


Nie będę Was namawiała do przeczytania tej książki. Niech za moją rekomendację wystarczy Wam fakt, że podczas czytania kilka razy coś naprawdę mocno ścisnęło mnie w gardle, a w oczach pojawiły się łzy wzruszenia. I bardzo mnie te emocje zaskoczyły. Miłej lektury i do następnego!


Dorota Skrzypczak 

Banskterzy – Adam Guz


O kryzysie Frankiewiczów słyszał każdy. Nie ważne, jakie zdanie miała na ten temat, nie dało się nie zauważyć, że afera była poważna. Jednak medialna narracja była raczej prosta, skupiała się na sytuacji pożyczkobiorców. Jednak samo zdarzenie miało o wiele szerszy zakres i korzenie w zagranicznym kapitale.


Tytuł: Banksterzy

Autor: Adam Guz

Wydawnictwo: Mova


Rynek rządzi swoimi prawami i nie ma czegoś takiego jak nieskończone wzrosty. Wszyscy o tym wiedzą, ale tylko niektórzy potrafią wykorzystać. Dla polskich banków nieograniczone finansowanie z zagranicy to żyła złota, a dla ambitnych bankierów szansa, by się wybić. Każdy ma swoje plany, powody i marzenia. Co się stanie, gdy kasa przestanie płynąć strumieniami? Kto z całej afery wyjdzie z tarczą i… honorem?


Tak jak wspomniałam, o problemie z pożyczkami zaciągniętymi w szwajcarskich frankach wiedziałam tylko podstawowe informacje. Sama instytucja nie jeszcze szczególnie złożona, a to, co przekazywały media, było jak najbardziej poprawne. Problemem było to, że skupiały się na jednym aspekcie, na pokrzywdzonych. W powtarzanych codziennie newsach zabrakło szerszego kontekstu, zabrakło informacji, gdzie to wszystko się zaczęło i jak wpłynęło na naszą gospodarkę. „Banksterzy” z księgarni TaniaKsiążka.pl to książka będąca swoistym brakującym elementem, który uzupełnia znana układane o drugie dno. Na plus (lub minus, zależy, co kto lubi) można policzyć prostą, bezpośrednią narrację. Pomimo tego, że opowieść toczy się wokół skomplikowanych instytucji finansowych, nie znajdziecie tutaj prawniczego bełkotu. Stety i niestety. Bo jeśli chcielibyście dokładniej zrozumieć konstrukcję poszczególnych umów, to możecie jedynie próbować wyłapać ważne dane z luźnych rozmów. Mnie zabrakło załączników, czy materiałów źródłowych, które mogłyby pojawić się na końcu powieść i stanowić jej ciekawe uzupełnienie (jak to się często spotyka w powieściach historycznych).


Autor położył nacisk na fabułę i trzeba przyznać, że jest ona naprawdę ciekawa. Chociaż z góry wiadomo, do czego zmierza opowieść, książka mnie wciągnęła i z dużym zainteresowaniem śledziłam rozwój wydarzeń. Bohaterzy są naprawdę różnorodni, każdy prezentuje inne spojrzenie na kwestie finansowe, a żaden nie jest pozbawiony wad. Świetnie też widać, jak zmieniają się wraz z rozwojem akcji. Jedyne, czego mi zabrakło, to ich imion na początku każdego z rozdziałów. Czasami zorientowanie się „czyimi oczami patrzę” zajmowało mi chwilę.


Również zakończenie spełniło moje oczekiwania, chociaż jeden z wątków doczekał się raczej naiwnego domknięcia. Jednak całość oceniam bardzo pozytywnie i chociaż zabrakło mi branżowych szczegółów, książka poszerzyła moje horyzonty. Już niedługo ma się pojawić film na jej podstawie, który z pewnością obejrzę. Jak reżyser wybrnie z tej wielowątkowej opowieści, w której większość scen to dialogi? Zobaczymy!





Dominika Róg-Górecka

środa, 14 października 2020

Kiedyś nadejdzie ten dzień – Monika Koszewska


Zabieram Was dzisiaj do Sopotu. Czeka tam już nas Maria - 29-letnia szefowa działu marketingu trójmiejskiej firmy kosmetycznej. Trafimy do niej w dość gorącym okresie.


Tytuł: Kiedyś nadejdzie ten dzień

Autor: Monika Koszewska

Wydawnictwo: Novae Res


Maria zaczyna właśnie świąteczną kampanię reklamową nowych kosmetyków i naprawdę nie ma na nic czasu. Pracuje po czternaście godzin na dobę, o 5.30 ! rano melduje się na siłowni, w biurze użera się z kopiącą pod nią ciągle dołki Justyną, a do tego jeszcze jej przyjaciele obarczają ją swoimi problemami. I jak tu znaleźć miłość swojego życia? Taką, która w jednym momencie zwali (kolokwialnie rzecz ujmując) Cię z nóg?  Łatwo nie będzie, ale los trzyma dla Marii w zanadrzu jeszcze kilka niespodzianek, także na tej ekskursji Moi Mili nudzić się na pewno nie będziecie.


Książka pisana jest w pierwszej osobie, także naszą bohaterkę możemy poznać bardzo dobrze. Muszę Wam się przyznać, że na pierwszy rzut oka nie zrobiła ona na mnie dobrego wrażenia. Nie przypadło mi do gustu jej zdanie o ludziach według niej niegustownie ubranych lub zaniedbanych. Rozważania typu:


Najgorsze jest to, że brak gustu wysysa się z mlekiem matki. Jak idą ulicą dwie kobiety, jedna dwadzieścia lat, a druga czterdzieści pięć, to od razu widać, że to matka i córka. Ta córka w obcisłych ciuchach z sieciówki ( nie żebym miała coś przeciwko takim sklepom jak H&M czy Mohito) , ale to co, wisi na wieszaku, nie zawsze będzie dobrze leżało na niej. Tłuszczyk wylewa się spod obcisłej bluzki o dwa rozmiary za małej. Myśli, że jak ubierze obcisłą, to będzie szczuplejsza, a to guzik prawda, i jej mama, która w wieku czterdziestu pięciu lat wygląda jak sześćdziesięciopięciolatka, twarz zniszczona przez solarium, zmarszczki nad ustami od palenia papierosów i ten zapach popielniczki, który przykrywa słodkimi perfumami. Przez dwadzieścia pięć lat swojego życia nigdy nie wpadła na pomysł, że jakby nie paliła, to byłoby ją stać na lepsze perfumy, jakby nie chodziła do solarium, mogłaby od czasu do czasu pójść do kosmetyczki lub kupić sobie jakiś lepszy krem.


...trochę mnie irytowały.




Tym rozważaniom nie można oczywiście odmówić racji, ale uważam, że nie powinno się tak człowieka oceniać, w ogóle go nie znając i samemu będąc wręcz idealnym. Oj nastroszyłam się na tę naszą Marię na początku, nie powiem,  nastroszyłam i myślałam, że jej nie polubię. Jednak co najlepsze ta cecha Marii bardzo kłóci się z całą jej osobowością. Bo choć ma ona taką manierę oceniania ludzi z wyższością, to tak naprawdę nasza bohaterka jest wspaniałą osobą. Dba o swoje współpracowniczki, oczywiście wymaga od nich tak samo dużo jak od siebie, a w tym jest mistrzynią, uwierzcie mi, ale potrafi je również sowicie wynagrodzić. Dla swoich przyjaciół jest w stanie zrobić wszystko. O trzeciej nad ranem, po dwóch godzinach snu zawiezie przyjaciółkę na komisariat, po dwunastogodzinnym dniu pracy pojedzie z przyjacielem wybierać garnitur, młodemu sąsiadowi przywiezie prezent dla dziewczyny  z samej Warszawy i jeszcze nie raz nas wszystkich zaskoczy swoją empatią. Anioł nie kobieta. Wielkie brawa dla autorki za stworzenie tak barwnej postaci, budzącej tak różne uczucia w czytelniku.


Pani Monice brawa należą się również za postać Justyny. W tym przypadku nie ma mowy o żadnych mieszanych wrażeniach. Nie polubicie je, oj nie polubicie, bo takiej osoby lubić się po prostu nie da. Trzeba jedna przyznać, że bez niej ta powieść ta dużo by straciła.


Większa część akcji tej książki dzieje się w firmie kosmetycznej, jak już wspominałam przede wszystkim w dziale marketingu i czytelnik po kolei obserwuje krok po kroku powstawanie kampanii reklamowej i wprowadzanie na rynek nowych produktów. Będzie to prawdziwa gratka dla tych, którzy na marketingu się znają, bo dla mnie rozmowy na zawodowe tematy to była ciut czarna magia, lecz nie powiem, czytałam je z zainteresowaniem i dużo ciekawych rzeczy na temat branży kosmetycznej się dowiedziałam.


Mogłabym przyczepić się tylko do jednej rzeczy. Jak już wspomniałam wyżej, Maria to postać wręcz idealna. Ćwiczy na siłowni, biega, nie je słodyczy, odżywia się zdrowo, ma dobrą pracę, wysoką pensję i własne, piękne mieszkanie. Nigdy w życiu nie osiągnę tego statusu, nie wspominając już o figurze, choć na to ostatnie akurat wpływ mam. Mogłabym teraz zarzucić autorce, że napisała powieść nierealną, nie dla zwykłych czytelniczek, bo przecież nasza Maria jest w stanie wpędzić nas tylko w kompleksy i czarną rozpacz, bo prawdziwe życie jest takie, jakie jest. Stało się jednak zupełnie inaczej. Zamknęłam tę książkę nastawiona bardzo optymistycznie. Bo dotarło do mnie, że choć pewnie już nie będę miała pracy tak dobrze płatnej jak Maria i nigdy nie będę tak szczupła to stworzę sobie swoje idealne życie z tego co podarował mi los. Nie muszę być, Marią, będę sobą szczęśliwą Dorotą, bo jak to mówi przysłowie, każdy jest kowalem swojego losu. I za tę piękną życiową lekcję bardzo pani Monice dziękuję.


Serdecznie zapraszam Was w tę podróż do Sopotu. Mam nadzieję, że wrócicie z niej tak samo optymistycznie nastawieni jak ja, a na pewno spędzicie miły czas w  towarzystwie nietuzinkowych bohaterów. I od razu Was uprzedzam,to nie jest nasze ostanie spotkanie z Marią i jej przyjaciółmi. Miłej lektury i do następnego!

Dorota Skrzypczak

niedziela, 11 października 2020

Czarny świt – Paulina Hendel


Nadszedł czas na finał! Demony nie zamierzają jednak odpuszczać, wręcz odwrotnie, stają się tylko bardziej zajadłe. Czy żniwiarzom uda się uchronić ludzkość przed bardzo paskudnym końcem?


Tytuł: Czarny świt

Cykl: Żniwiarz (tom 5)

Autorka: Paulina Hendel

Wydawnictwo: Czwarta Strona


Kolejne odrodzenie Magdy i ponownie nie brak problemów. Po raz kolejny z demonami. Zaczynają ginąć ludzie, a żal po ich stracie bywa paraliżujący. Czy po raz kolejny uda się stoczyć walkę ze złem? A może to już dla Magdy za dużo?


Piąty to serii utrzymany został w tym samym, mrocznym klimacie co pozostałe części. Jednocześnie powtórzył zarówno wszystkie zalety, jak i wady. Dalej obracamy się w świecie słowiańskich demonów, jednak ten świetny motyw nie jest do końca wykorzystany. Nieustająco na plus należy zaleczyć ciekawe kreacje postaci, uwielbiam słowne przekomarzania się i sarkazm. Tego zdecydowanie nie zabrakło.


Ponownie za to do akcji wdarł się pewien chaos… Tempo wydarzeń było nierówno. Raz byłam niesamowicie wciągnięta w akcję, innym razem zupełnie mnie nie interesowało. Miałam też myśl, że ile razy można o ten świat walczyć, że mimo wszystko jest to schemat powtarzany z części na część, bez większej modyfikacji. Chociaż powieść czytało mi się bardzo przyjemnie, nie wywarła na mnie takiego wrażenia, jak pierwszy tom, gdy dopiero poznawałam słowiańskie uniwersum.


Na plus można za to uznać rozwiązanie pewnego bardzo istotnego wątku, który intrygował mnie od samego początku. Świetnie, że autorka wreszcie zdecydowała się odkryć przed nami swoje karty. Tak samo zakończenie, chociaż przewidywalne, to akurat mi przypadło do gustu.


Na koniec nie sposób wspomnieć o pięknej oprawie graficznej. Tak jak i cała seria, tak i ta część, trzymają poziom. Okładki podkreślają słowiański klimat i są naprawdę zjawiskowe. Moje spotkanie z piątym tomem uważam za udane. Jeśli lubicie fantastykę, powinniście dać szansę serii.


Dominika Róg-Górecka

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates