Featured

czwartek, 14 listopada 2019

Niemierzalne – Margaret Heffernan

TED to globalna inicjatywa non-profit, której celem jest zrzeszania ludzi chętnych do dzielenia się wiedzą. Nie jest ważna specjalizacja, czy wykonywany zawód, liczy się otwarty umysł i chęć inspirowania innych. Wszystko zaczęło się w 1984 roku od konferencji łączącej pozornie niepowiązane branże: Technology, Entertainment, Design. Właśnie tych słów powstał skrót dla całej inicjatywy – TED. Członkowie tej międzynarodowej wspólnoty wierzą, że wszystko zaczyna się od odważnej idei, która raz wypowiedziana może ukształtować przyszłość wielu ludzi. Chcą stworzyć darmową bazę wiedzy dostępną dla każdego. Ich konferencje owocują filmami, animacjami, wydarzeniami i książkami właśnie.


Tytuł: Niemierzalne
Autor: Margaret Heffernan
Wydawnictwo: Wydawnictwo Relacja

„Niemierzalne” to tytuł wydany w ramach serii TED book. Książki poruszają najróżniejsze tematy, od biznesu po naukę, ale łączy je kilka rzeczy. Wszystkie stanowią kontynuację krótkich prelekcji dostępnych na stronie TED.com. Każda z nich obrazuje wielką ideę i omawia ją w bardzo treściwy sposób. Stąd wszystkie pozycje są książeczkami o niewielkich wymiarach, za to ze sporym przekazem i merytorycznym zapleczem.

„Niemierzalne” nosi podtytuł „Wielkie znaczenie małych zmian” i porusza kwestie związane z zarządzaniem zasobami ludzkimi w przedsiębiorstwie. Autorka skupia swoją uwagę przede wszystkim na omówieniu „kultury sprawiedliwego traktowania”. Pokazuje, jak niewielkie zmiany mogą zupełnie odmienić organizację, zwiększyć motywację pracowników, poprawić jakoś komunikacji, a nawet podnieść produktywność całego przedsiębiorstwa. Nie są to gotowe rozwiązania, ale garść porad, inspirujących przykładów i słów zachęty.

Moje pierwsze wrażenia z lektury były naprawdę bardzo pozytywne. W ramach drugiego kierunku studiowałam zarządzanie i wielokrotnie obserwowałam, jak naprawdę wzniosłe idee były dosłownie masakrowane w praktyce. Nie wystarczy przeczytać (albo nawet nie) podręcznika z zarządzania zasobami ludzkimi i zastosować kilka modnie brzmiących narzędzi, by być liderem. W działaniach większości managerów widać brak zrozumienia dla tego, co robią, brak praktyki. „Niemierzalne” to dla kontrastu tytuł napisany przez kobietę, która na niejednym konflikcie „zjadła zęby”, nie raz rozwiązywała kryzysowe sytuacje i w ostatniej chwili ratowała atmosferę w firmie. Zero teoretyzowania, same konkrety i przykłady. Właśnie dlatego początek książki zrobił na mnie takie wrażenie. Jestem przyzwyczajona do tego, że książki z tej branży bardzo często oferują nam suchą teorię. Tym razem jest inaczej, już od pierwszych stron otrzymujemy całe mnóstwo praktycznych informacji, tezy, a zaraz potem dowody na ich prawdziwość.

„Pielęgnowanie wewnętrznej wrażliwości, która drzewie w każdym człowieku, skłania do refleksji, że wielkie pomysłu mnie rodzą się w biurach, ale poza nimi”.

Dużym plusem tej pozycji jest oparcie jej na rzeczywistych przykładach. Autorka cytuje autorytety ze świata biznesu, przytacza problemy prawdziwych firm, analizuje ich sytuacje i wyciąga wnioski z decyzji, które podjęli. Dzięki temu czytelnikowi łatwiej zrozumieć przykład i odnieść do realiów, w których pracuje.

Podobało mi się też, że autorka nie powtarza utartych, podręcznikowych rozwiązań. Na przykład, gdy porusza kwestie open spaców, nie omawia ich jednoznacznie, zauważa zarówno zalety, jak i wady. Skupia się jednak na mniejszych mechanizmach, na narzędziach, które pozornie wydają się mało istotne, a w praktyce na nowo definiują kulturę organizacyjną. Przeczytałam naprawdę sporo książek o zarządzaniu zasobami ludzkimi, ale dopiero ta jest naprawdę treściwa. Gwarantuje wam, że rozwiązania, które w niej znajdziecie, nie są omawiane w żadnym podręczniku. Momentami są to dosłownie drobnostki, które... naprawdę chętnie zobaczyłabym u siebie w firmie.

Książka nie jest też typowa, jeśli chodzi o układ treści. To bardziej refleksja na temat niż spójna analiza zagadnienia. Co za tym idzie, spis treści nie przypomina podręcznika, raczej luźną wizualizację poruszanych wątków. Książka sprawia wrażenie esej, czy przemówienie, momentami brakuje myśli przewodniej, a kolejne poruszane kwestie pojawiają się bez spójnego planu. Czytając tę książkę czułam się, jakby uczestniczyła w inspirującym wykładzie.

„Kreatywność wymaga zapewnienia pracownikom poczucia bezpieczeństwa. W przeciwnym wypadku nikt nie zaryzykuje świeżym, nieprzewidywalnym pomysłem czy wyzwalającym pomysłem”.

Jednocześnie autorka dyskredytuje przyjęte i powtarzane od lat mechanizmy jak, chociażby dzielenie pracowników na trzy grupy: wyjątkowych, przeciętnych i kiepskich. Pokazuje, że te stare jak świat metody obniżają jakość pracy, proponuje bardziej elastyczne i motywujące metody. Zarządzanie zasobami ludzkimi jest gałęzią, która ewoluuje, warto szukać nowych rozwiązań i dostosowywać je do zmieniającego się świata.

Z tego względu „Niemierzalne” to tytuł idealny dla kierowników, zarówno małych, jak i dużych firm. Zwłaszcza tych, którzy swoją funkcję pełnią już od jakiegoś czasu. Książka wielokrotnie pokazuje perspektywę pracownika, obrazowo uchowca sedno problemu i daje wskazówki jak wyjść z problematycznych sytuacji.

Ale nie tylko! Wiele wartości znajdą w niej też przeciętni pracownicy. Część rozwiązań można podpowiedzieć kierownikowi, a część zastosować, zarówno w swoim zapole pracowniczym, jak i w... domu. Bo ludzie konflikty to nie tylko kwestia pracy, chociaż rozwiązanie biznesowe jest najbardziej oczywiste, sporo pomysłów można też zastosować w domowych pieleszach.

Na końcu warto też podkreślić, że od strony wizualnej książka prezentuje się naprawdę dobrze. Już sama okładka jest zachęcająca (tak, gdy przyniosłam ją do pracy, od razu wzbudziła zainteresowanie), a dodatkowo w środku można znaleźć wiele dobrze oddających temat ilustracji.

„Niemierzalne” polecam każdemu dla kogo praca jest ważna, kto chce czuć się dobrze w miejscu zatrudnienia i nie boi się zmian. To tytuł ciekawy, inspirujący i skłaniający do wprowadzania małych poprawek. Małe zmiany mają wielkie znacznie! Przekonajcie się sami.

środa, 13 listopada 2019

Przepowiednia Reinkaanyiuki – Kalina Bobras



Debiuty mają to do siebie, że czytelnicy nigdy nie wiedzą, czego mają się spodziewać. Niekiedy takie książki są perełkami, a ich autorzy z wdziękiem dołączają do grona poczytnych pisarzy. Często bywa też tak, że debiutanckie powieści są tak „ciężkostrawne”, że odbiorcy albo nie doczytują ich do końca, albo z ulgą ten koniec przyjmują. W moim odczuciu do takiej właśnie kategorii można zaliczyć  Przepowiednię Reinkaanyiuki Kaliny Bobras.

Tytuł:  Przepowiednia Reinkaanyiuki
Autor: Kalina Bobras
Wydawnictwo: Novae Res

Według słów prastarej legendy podczas jednej z walk o władzę Dusza Słońca uwięził swojego brata Duszę Mroku. Oczywiście nie miało być to długotrwałe, a jedyną osobą, która mogłaby powstrzymać jego rychły powrót był Reinkaanyiuki – nowe wcielenie Duszy Słońca. By tego dokonać młody chłopiec Haeylden, który okazuje się być reinkarnacją Duszy Słońca wraz z grupą wybrańców udaje się w podróż mającą na celu zdobycie kryształów Natury. Tylko w ten sposób będą oni w stanie pokonać budzące się do życia zło.

Przepowiednia Reinkaanyiuki zapowiadała się na ciekawą i intrygującą książkę. Niewątpliwie było magicznie, a wszystko owiane było tajemnicą aż proszącą się o jej rozwiązanie. Niestety im głębiej w powieść, tym niej ciekawiej i optymistyczniej. Schematy powielały schematy, a głównym bohaterom – dziwnym trafem – wszystko się udawało. Brakowało mi tutaj zdecydowanie piętrzących się przed nimi problemów, które skłaniałyby do wytężonej pracy umysłowej i zdecydowanych decyzji mających wpływ na opowiadaną historię.

Bohaterowie byli dosyć sztywni i jednomiarowi. Przyzwyczaiłam się już do książek, w których każda postać była indywiduum mającym własne zdanie, postępującym zgodnie z własnym sumieniem, niekoniecznie opierając się na obowiązującym kanonie. Nie, zdecydowanie nie uświadczyłam tutaj żadnej chemii, czułam jedynie niedowierzanie i irytację. Dla mnie – przywódca, nawet niedoświadczony – wprowadzający zamęt w szeregi własnej kompani to żaden przywódca, a działanie pod jego „rozkazami” winno zakończyć się kompletną klęską.

Jeśli chodzi o stronę językową, autorka również zaprezentowała czytelnikom prawdziwy misz masz. Przy niektórych słowach można było połamać sobie język i to sprawiło, że pewne nazwy wolałam sobie odpuścić, ponieważ niemożność prawidłowego ich wymówienia, a co dopiero przeczytania była dla mnie utrudnieniem.  Poza tym można było również dostrzec widoczną niekonsekwencję w ramach czasowych (smoki i pociągi raczej nie idą ze sobą w parze) oraz brak dokładnego opisu odwiedzanych światów (nie lubię zbytecznego rozwlekania, ale wypadałoby wspomnieć cokolwiek, prawda).

460 stron Przepowiedni Reinkaanyiuki było dla mnie istną mordęgą, ale nie zrażam się i nadal będę czytać debiutanckie powieści, szukając w nich czegoś, co będzie w stanie mną wstrząsnąć. W tej książce nic takiego nie znalazłam.


Monika Mikłaszewska




wtorek, 12 listopada 2019

Zakon Drzewa Pomarańczy – Samantha Shannon

Wstyd się przyznać, ale ostatnio zaniedbywałam fantastykę. Prawdziwe zatrzęsienie obyczajówek na chwilę zdominowało moją czytelniczą półkę. Gdy zobaczyłam „Zakon Drzewa Pomarańczy”, pomyślałam, że to dobry moment, żeby wrócić do gatunku, z którym zaczynałam swoją czytelniczą przygodę. Czy był to dobry wybór?



Tytuł: Zakon Drzewa Pomarańczy

Cykl: Zakon Drzewa Pomarańczy (tom 1 i 2)
Autor: Samantha Shannon
Wydawnictwo: SQN


Królowa z rodu Berethnet rządzi Inys. Jednak jeśli szybko nie postara się o dziedziczkę, wkrótce może stracić koronę. Tym bardziej, że na jej głowę poluje wielu skrytobójców. W tym samym czasie na drugim końcu świata Tané pragnie zostać smoczym jeźdźca. To ogromny zaszczyt, ale też wielkie wyzwanie. Obydwa światy spaja polityka, która każe im nieustająco ze sobą walczyć. Tymczasem siły chaosu rosną, zagrażając wszystkim. Czy to wystarczy, by doszło do zjednoczenia?

Zakon Drzewa Pomarańczy” zwrócił moją uwagę już samą okładką. Jest naprawdę ładna, zapowiada epicką przygodę pełną smoków i niebezpieczeństw. Czy tak było? Czy powieść sprostała wysokim oczekiwaniom?

Fantastyczny świat


Autorka postarała się wykreować duży świat i zupełnie nową rzeczywistość. Stworzyła naprawdę wiele elementów od postaw, zarówno geografię, jak i mapę. Pojawia się sporo religia, ale też historii. Czytając powieść, miało się wrażenie, że historia toczyła się na długo przed tym, zanim ruszyła fabuła książki. To zdecydowanie zaliczam na plus.

Z drugiej jednak strony, chociaż wiele elementów jest stworzonych na potrzeby powieści, sporo stanowi zgrany schemat. I to nie tylko w kontekście literatury fantasy, ale życia w ogóle. Konieczność urodzenia potomka? Polityczne małżeństwo? Prześladowania religijny? Gdzieś już to wszystko grali. Miałam trochę zgrzyt między tym, że z jednej strony autorka stara się być pomysłowa, powołuje nietypowy zakon, tworzy całą otoczkę wokół smoków, a najważniejsze wątki toczą się jak zawsze.

"– By stać się krewną smoka – powiedziała Nayimathun – trzeba czegoś więcej niż tylko wodnej duszy. Musisz mieć w żyłach morze, a morze nie zawsze jest czyste. Nigdy nie jest jednym, zawsze jest wielorakie. Jest w nim ciemność, niebezpieczeństwo i okrucieństwo. Rozwścieczone potrafi burzyć miasta. Jego głębiny są niezmierzone i zagadkowe, rzadko dotyka ich słońce. Być Miduchim to nie znaczy być nieskazitelnym, Tané. To znaczy: być żywym morzem. To dlatego cię wybrałam. W Twojej piersi bije smocze serce".

Bohaterzy


Całkiem fajnie wypadli bohaterzy. Chociaż i tutaj nie nie unikniemy schematów, to przyjemnie śledziło się ich przygody. A trzeba przyznać, że głównych bohaterów mamy naprawdę wielu. Poznając opowieść z ich perspektywy momentami można się było pogubić. Ostatecznie jednak wpływa na to plus i zaprezentowanie wielu punktów widzenia pozytywnie wpływa na odbiór historii.

"–A co ja muszę zrobić, Nayimathun? –Nie tak brzmi pytanie, które powinnaś zadać. Brzmi ono: co my musimy zrobić?".

Atmosfera


Zakon Drzewa Pomarańczy” od początku buduje uczucie niepewności. Czytelnik ma wrażenie, że wkracza w świat pełen dziwów i gęstej sieci politycznych powiązań. Autorka starała się stworzyć powieść epicką i chociaż ostatecznie zabrakło pewnego polotu, klimat udało się utrzymać. Czytając książę, miałam wrażenie, że mam w rękach typowy tytuł z gatunku fantastyka. Zamki, spiski, smoki, skrytobójcy i przygoda.

Werdykt


Chociaż arcydzieło to nie jest, to jednak książkę odbieram bardzo pozytywnie. Porządny kawałek fantastyki. Ciekawa przygoda, pomysłowy świat i dużo akcji. Przede wszystkim zaś smoki, ten wątek zdecydowanie podbił moje serce!




poniedziałek, 11 listopada 2019

Ziarna wolności – Marcin Chyczewski


Obchodzimy dziś 11 listopada, z tej okazji mam dla was recenzję książki, w której walka o niezależność stanowi kluczowy element fabuły. To opowieść o miłości, poświęceniu i tożsamości. Zapraszam na tekst o „Ziarnach wolności”.


Tytuł: Ziarna wolności
Cykl: Z historią w tle (tom 1)
Autor: Marcin Chyczewski
Wydawnictwo: WasPos
Książka pod naszym patronatem medialnym!

Jest Warszawa 1913 roku, a Marek Sokalski chce po prostu wykonywać swoją pracę. Jest dekarzem i zajmuje się naprawą dachu nad więzieniem. Tam jeden z osadzonych prosić go o pomoc. Nic wielkiego, żadna tam organizacja ucieczki, po prostu przekazanie wiadomości jego córce. Marek niewiele myśląc, udaje się pod wskazany adres, a potem... traci głowę dla Marty. Jest dla niej w stanie zrobić wszystko, a skoro trwają zabory... to jest naprawdę co ryzykować. Świeże uczucie zostanie wystawione na próbę, a dekarz stanie się nie tylko świadkiem, ale też uczestnikiem wielkiej historii.

Książki, których fabuła opiera się na autentycznych wydarzeniach, mają w sobie dodatkową głębię. Dzięki temu możemy sobie odświeżyć co nieco z lekcji i jednocześnie poznawać fascynującą opowieść. Tak jest i w tym przypadku. Aspekty historyczne odgrywają tutaj naprawdę dużą rolę. Czytałam sporo powieści z tej epoki, jednak często ograniczały się one do motywów obyczajowych. „Ziarna wolności” to książka, która stawia przede wszystkim na historię. Będziemy towarzyszyć Franciszkowi w epokowych wydarzeniach, nie raz na polu bitwy, nie raz obserwując wielką politykę.

Chociaż książka zaczyna się od wątku miłosnego, w zasadzie odgrywa on mniejszą rolę. Nadal pozostaje bardzo ważny, ale podczas zaborów nie ma czasu na zaloty i romantyczne uniesienia. Związek młodych wisi na włosku i to dosłownie, ponieważ grozi im wielkie niebezpieczeństwo ze strony zaborców. To motyw dodatkowo podkręca akcję i mam nadzieję, że będzie rozwinięty w drugiej części.

Plusem książki jest też dynamiczna fabuła. Opowieść pełna jest zarówno wydarzeń historycznych, jak i zwrotów akcji. Dużo się w niej dzieje, dzięki czemu śledzi się ją z zapartym tchem. Dodatkowo dzięki lekkiej narracji książka jest bardzo przystępna w odbiorze. Jednocześnie przekazuje całkiem „ciężki” bagaż emocjonalny, pokazując cenę walki o wolność.

„Ziarna wolności” to tytuł idealny dla miłośników książek historycznych. Jeśli jeszcze nie macie go w planach, koniecznie zwróćcie na niego uwagę podczas kolejnych zakupów.

niedziela, 10 listopada 2019

Mediect – Cleansing and Brightening Bubble Mask


Wieczór to dla mnie pora relaksu. Zasiadam z kawą na kanapie, sięgam po książkę, a czasem upiększam się... pachnącą maseczką. Ostatnio testowałam nowość Mediect. Bąbelki i maseczka? Co wyszło z tego połączenia?


Mediect, Cleansing and Brightening Bubble Mask (Oczyszczająco-rozświetlająca maska bąbelkowa)

Producent twierdzi, że...Pozbądź się z twarzy wszelkich zanieczyszczeń dzięki oczyszczająco-rozświetlającej masce bąbelkowej. Połączenie aktywnego węgla z kwasem migdałowym i ekstraktem z aloesu zapewni delikatne, lecz dogłębne oczyszczanie i usunie codzienne zanieczyszczenia z powietrza oraz martwe komórki skóry, pozostawiając skórę rozświetloną, pełną blasku.
Składniki:
  • aktywny węgiel z Japonii
  • kwas migdałowy
  • glicyryzynian dipotasowy
  • ekstrakt z aloesu
Liczba: 3 sztuki
Cena: ok. 35 zł

Miłość od pierwszego wejrzenia


Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to ciekawa szata graficzna. Lubię ładne kosmetyki, które rozpieszczają również moje oczy. Kiedy mam w planach urodowy relaks, od początku do końca ma być przyjemnie. 
Następnie spojrzałam na skład i humor mi się nie popsuł. Same fajne, naturalne rzeczy, zero niepotrzebnej chemii, czy podejrzanych składników.

Aplikacja


Korzystanie z maseczki jest banalnie proste. Każda sztuka umieszczona została w oddzielnym opakowaniu. Należy je otworzyć, rozprostować maseczkę i nałożyć na twarz. Następnie odczekać `od 3 do 5 minut i zdjąć. Oj! Wtedy okazuje się, że cała buzia jest w bąbelkach! I właśnie o to chodzi. Teraz należy je rozmasować i zmyć ciepłą wodą.
Zastanawiacie się, o czym mówię? Tak wyglądała moja maseczka po zabiegu.



Wrażenia


Od jakiegoś czasu coraz częściej sięgam po maseczki tego typu, jednak ta od Medicot jest inna, niż te, które używałam do tej pory. Czemu? Przede wszystkim przepięknie pachnie! Czuć zapach już od momentu otwarcia opakowania, a późniejsze noszenie to sama aromatyczna przyjemność.
Po drugie, nie wymaga długiego trzymania na twarzy. Mam to do siebie, że o ile na początku bardzo chętnie zakładam maseczkę, to po 10 minutach zaczyna mi uwierać w każdym miejscu. Dlatego cieszę się, że ten zabieg jest o wiele krótszy.
Po zdjęciu skóra jest zdecydowanie bardziej delikatna i przyjemna w dotyku. Moja cera ma tendencje do przetłuszczania, ale po zabiegu była dokładnie oczyszczona. Co więcej, gdy czytałam opinie, że różnicę widać już po pierwszym użyciu, wydawało mi się to z lekka przesadzone. Cóż... byłam w błędzie. Faktycznie wystarczy raz nałożyć maseczkę, by skóra zauważalnie odżyła i wyglądała na rozświetloną. Moim zdaniem strzał w 10! I chociaż produkt można zakupić tylko przez Internet, uważam, że zdecydowanie warto mieć go na potrzeby domowego spa.



Matki i córki – Ałbena Grabowska

Relacje między pokoleniami nie zawsze są łatwe. Czasy się zmieniają, a gdy dochodzą do tego trudne doświadczenia... rozmowa bywa naprawdę trudna. Jednak przeszłość, obojętnie jak traumatyczna, jest ważna. Zepchnięta pod dywan zawsze wróci i zajmie należne dla siebie miejsce. W pamięci i sercach następnych pokoleń.


Tytuł: Matki i córki
Autor: Ałbena Grabowska
WydawnictwoMarginesy

W domu Lili od zawsze były tylko kobiety: matka, babcia i prababcia. Każda z nich była na swój sposób zamknięty. Niestety, dopiero gdy wszystkie odeszły, Lilia zaczęła zastanawiać się nad powodami ich milczenia. Co spowodowało w nich tak głęboką niechęć do wspominania przeszłości? Gdzie się podziali ci wszyscy mężczyźni, którzy powinni tworzyć rodzinę? Zagubiona w poszukiwaniu własnej tożsamości coraz bardziej zagłębia się w rodzinną przeszłość. Czy prawda, do której dojdzie, nie będzie dla niej zbyt ciężka?

„Całe życie to następstwo decyzji, które można podejmować wyłącznie na podstawie poprzednich.”

„Matki i córki” to powieść o ogromnym ładunku emocjonalnym. Autorce udało się jednocześnie poruszyć i niesamowicie wciągnąć czytelnika. Ładunek emocjonalny jest naprawdę intensywny. Losy kobiet przypadają na bardzo burzliwe momenty dziejowe, zmuszając je do walki o wolność i własne życie. Życie każe im weryfikować wzniosłe idee i poglądy. To, co kiedyś wydawało się ważne, w momencie próby nic nie znaczy.

Początek książki jest niepozorny, jednak z każdą następną stroną coraz bardziej zagłębiamy się rodzinną tajemnicę i coraz mocniej pragniemy odkryć sekret trzech pokoleń kobiet. Fabuła jest naprawdę intrygująca i poruszająca. Narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy czterech bohaterek. I chociaż każda z nich rozgrywa się w innym momencie, czytelnik nie ma problemu ze zorientowaniem się w opowieści.

Specyficzna narracja w pewien sposób porównuje losy każdej z bohaterek. Stajemy się świadkami wydarzeń historycznych, które na trwałe odbiły piętno na kraju, ale też rodzinie. Tło historyczne jest dopracowane i świetnie uzupełnia opowieść. Stawa też przed czytelnikiem trudne pytania o to, czy wszystko uzasadniają trudne czasy? Czy walka o przeżycie warta jest wszelkich ofiar?

„Miłość- początek wszystkich nieszczęść. Brak miłości – nieszczęśliwy koniec”.

Podobało mi się też zdjęcie z panteonu samego wątku miłośnego. W powieściach wszystko odbywa się dość rutynowo, miłość od pierwszego wejrzenia, a zaraz po niej mnóstwo romantycznych uniesień. W tej książce wszystko wygląda inaczej, może nie mniej emocjonalnie, ale bardziej życiowo i przyziemnie.

„Matki i córki” to książka niesamowita, świetnie napisana, poruszająca ważkie tematy i niedająca łatwych odpowiedzi. Jednocześnie wciąga i przeraża, opowiada o czasach trudnych i zmusza do zastanowienia się nad pewnymi sprawami. W końcu jest to również dająca do myślenia relacja z życia czterech pokoleń kobiet, opowiadająca o tym, jak zmieniło się życie, jak inaczej wyglądają teraz problemy społeczne. Ta książka jest nie tylko ciekawa, ale też wartościowa. Polecam każdemu, kto podczas czytania lubi przeżyć coś wyjątkowego.


.com/proxy/
banner_czytampierwszy_1


sobota, 9 listopada 2019

Nigdy więcej – Anna Zamojska


O niektórych tematach po prostu trzeba mówić. Są sprawy, których nie wolno zamiatać pod dywan i żadna książki, poruszająca dane zagadnienie, nie jest zbędna. Problem dzieci molestowanych przez księży stał od jakiegoś czasu kwestią medialną. Ale poza głośną otoczką jest tragedia i dramat wielu dzieci. Obok tego nie można przejść obojętnie. 


Tytuł: Nigdy więcej 
Autor: Anna Zamojska 
Wydawnictwo: Insignis 
Data premiery: 2019-10-16 

„Nigdy więcej” to książka niepozorna. Jest niewielkich wymiarów, ma niewyróżniającą się okładkę i solidne wydanie. Nie dajcie się jednak zwieść, na tych 178 stronach zamieszczono niezwykle emocjonalne, wręcz szokujące wspomnienia autorki w młodości molestowanej przez księdza. Inspiracją do napisania tego wyznania była twórczość Reginy Brett, kobiety, która otwarcie mówi o swoich krzywdach, problemach, ale też motywuje do szukania szczęścia i wewnętrznego spokoju. To niesamowite, że właśnie jej słowa otwierają „Nigdy więcej”. W swojej szczerej rekomendacji zachęca do zapoznania się z biografią Anny Zamojskiej. Uwielbiam sposób, w jaki Regina przekazuje trudne tematy, dlatego fakt, że poleca książkę, był dla mnie jednoznaczny, z tym że chciałam ją przeczytać. Czy również poczułam się wzruszona? Jakie emocje wzbudziło we mnie to wyznanie? 

"Moja dusza jest taka uboga i ciasna. Czasem mam wrażenie, że opuściła mnie na zawsze".

Zdawać by się mogło, że temat dzieci molestowanych przez duchowny został omówiony na tysiące sposobów, że nie można nic dodać, a każda próba jest z góry skazana na bycie przewidywanym omówieniem zagadnienia. Autorka zadaje kłam takiej myśli. „Nigdy więcej” to niesamowita opowieść o życiu wewnętrznym, dorastaniu, a następnie radzeniu sobie z traumą. 

Opowieść zaczyna się niepozorne, chociaż spodziewamy się, do czego doprowadzą te niewinne wizyty, emocje nasilają się powoli. Z każdą stroną przekaz staje się coraz cięższy, a uczucia bardziej przejmujące. To nie tylko historia molestowania, ale też relacja z radzenia sobie z traumą, obok smutku, pojawia się też nadzieja. Przez przerażenie, złość, rozpacz, przechodzimy do tego, co tworzy i wspiera. 

Na samym początku zaznaczyłam, że te wspomnienia różnią się od pozostałych. Czym? Przede wszystkim sposobem narracji. Nie jest to typowa relacja, w której poznajemy każdą chwilę sekunda po sekundzie. „Nigdy więcej” jest utkana z emocji, to zapis życia wewnętrznego i opis tego, co czuła autorka. Drastyczne szczegóły pojawiają się raczej sporadycznie, a autorka pozostawia większość trudnych momentów w sferze domysłów. 

Jeżeli będziecie tam szukać odpowiedzi na pytania, gdzie byli wtedy rodzicie, czemu autorka tak często przebywała u swojego oprawy to... nie znajdziecie ich tam. Autorka nie zdradza zbyt wiele technicznych kwestii, wspomina tylko, że jej rodzina zawsze była zaangażowana w życie wspólnoty. Nie wyjaśnia jednak, co ma przez to na myśli. Możliwe, że chodzi też o ochronę prywatności, ale te elementy mogłyby być pomocne, zwłaszcza dla rodziców. 

„… przez niego wiem, czym jest manipulacja, kłamstwo, ułuda, cierpienie i piekło. Ale wiem też, co to miłość, wiara i nadzieja. To, co mi się przydarzyło, nauczyło mnie żyć, choć nie raz sądziłam, że łatwiej byłoby umrzeć”.

„Nigdy więcej” nie jest łatwą książką, to relacja z traumy, pełna ciężkich emocji i niemożliwych do zaakceptowania sytuacji. Mimo wszystko naprawdę warto po nią sięgnąć. Dzięki temu, że autorka unika wulgarnych szczegółów, jej relacja nadaje się do czytania również przez nastoletnie osoby. Szokuje, ale też daje do myślenia. 

piątek, 8 listopada 2019

Zranione uczucia – K.A. Figaro

Dorosłego człowieka nie da się zmienić od ręki. Wbrew jego woli nie tylko jest to nie możliwe, ale też... średnio właściwe. Dlaczego więc tak często wierzymy, że On się zmieni? Że nasza miłość poukłada mu wszystko w głowie i z drania przemieni w księcia z bajki?


Tytuł: Zranione uczucia
Cykl: Prosty układ (tom 2)
Autor: K.A. Figaro
Wydawnictwo: Lipstic Books

„Zranione uczucia” to bezpośrednia kontynuacja „Prostego układu”. Znajomość pierwszej części jest w zasadzie niezbędna, by zrozumieć losy bohaterów. Łucja i Dymitr dalej próbują ułożyć swoje wzajemne relacje. Ona czuje do niego coś więcej, jemu zależy przede wszystkim na seksie. Mimo tego dziewczyna dedycje się wejść układ bez miłości. Nie ma innej możliwości, jej uczucia z pewnością będą zranione.

Co do pierwszej części miałam mieszane uczucia. Nie do końca pasowały mi wszystkie elementy. Kontynuacja jest lepsza, chociaż wciąż niepozbawiona wad. Co było na plus? Z pewnością intensywne emocje, miłośniczki burzliwych romansów będą zachwycone wybuchową mieszaną uczuć i namiętności. Zarówno jednego, jak i drugiego jest naprawdę sporo. Pierwsza połowa książki przepełniona jest opisami zbliżeń i namiętnych uniesień. To chyba współczesny odpowiednik różowych okularów zakładanych na nos podczas pierwszego etapu związku. Seksu jest naprawdę sporo, a opisy nie unikają dosadności. O gustach się nie dyskutuje, ale przynajmniej dla mnie było tego wszystkiego za dużo, a niektóre zbliżenia niczym nie różniły się od poprzednich. Bynajmniej nie jestem fanką opisywania erotycznych udziwnień, ale skoro sceny są podobne, to jedną z nich można zastąpić akcją poza sypialnią.



Co do samej fabuły, w drugiej części więcej się dzieje. Do głosu dochodzi sporo nowych postaci, które próbują postawić głównego bohatera w trochę innym świetle. Pojawia się też kilka scen napisanych z jego punktu widzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że to typowy bad boy. Jeśli ktoś lubi takich amantów, to tutaj jego zły charakterek nie jest na pokaz, faktycznie wiele można mu zarzucić.



Za to nie przemawia do mnie kreacja Łucji. Dziewczyna to klasyczny przypadek ofiary losu, nie do końca wie, czego chce i idzie z prądem. Podejmuje decyzje z góry skazane na porażkę, bywa infantylna i naiwna. Aż chciałoby się powiedzieć „schemat”. Zresztą podobne uczcie towarzyszy całości. Do samego końca miałam wrażenie, że podobną historię już gdzieś czytałam i nawet zakończenie, które miało być zaskoczeniem, było zbliżone do tego z innej książki. Fakt, wiele rzeczy już ktoś kiedyś napisał, ale tym razem rozwój fabuły jest sygnalizowany na długo przed samą akcją, dlatego zwroty wydarzeń nie były dla mnie wielkim zaskoczeniem.

Zranione uczucia” to propozycja dla miłośniczek pikantnych romansów z niewłaściwymi mężczyznami. Jeśli cenicie silne emocje, nie przeszkadzają wam typowe wątki, z pewnością znajdziecie w tej książce zarówno wiele opisów uczuć, jak i namiętności. Jeśli jednak wolicie tytuły oryginalne, tym razem nie jest to propozycja dla was.



czwartek, 7 listopada 2019

Okruchy życia – Judith Lennox

Tak jak Wam niedawno obiecałam, wybierzemy się dzisiaj do Anglii, do Londynu i do hrabstwa Sussex. Zabierze nas tam Rose Martineu, gospodyni domowa i matka dwóch córek, która niespodziewanie dziedziczy po swojej babce dom w tym właśnie hrabstwie.

Tytuł: Okruchy życia
Autor: Judith Lennox
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Dom ten należał kiedyś do jej ciotki Sadie, o której Rose nigdy wcześniej nie słyszała. Zaintrygowana postanawia zgłębić rodzinne tajemnice i odkryć co poróżniło jej babkę i ciotkę i jak potoczyły się losy Sadie. Równocześnie Rose będzie musiała zmierzyć się z zawirowaniami w swoim życiu osobistym i podjąć pewne ważne decyzje. Będzie się działo naprawdę wiele i nikt już nigdy nie powie, że życie "kury domowej" jest nudne. Uwierzcie mi, z wypiekami na twarzy będziecie śledzić losy Rose i Sadie.

Akcja książki biegnie dwutorowo. Rozdziały przeplatają się, w jednych poznajemy historię Rose, a w następnych cofamy się do lat trzydziestych ubiegłego wieku i towarzyszymy Sadie w jej artystycznym życiu 

Pisałam Wam już kiedyś, że częściej czytam książki polskich autorek, bo nie raz, nie dwa rozczarowały mnie bohaterki zagranicznych powieści. Reguła ta jakimś dziwnym i szczęśliwym trafem nie dotyczy jednak książek, które wybieram do recenzji. Już po raz kolejny trafiłam na mądrą i ciekawą książką, którą czytałam z zainteresowaniem, a jej bohaterki sprostały moim oczekiwaniom.


Rose to protagonistka na miarę naszych czasów. Kobieta, która w momencie, kiedy jej  życie zmienia się diametralnie, bierze sprawy w swoje ręce i nie pozwala, aby ktoś lub coś jej w tym przeszkodziło. Podejmuje odważne decyzje, które w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku ( wtedy dzieje się akcja części, której bohaterką jest Rose), nie były wcale takie oczywiste i z zapałem walczy o lepsze życie dla siebie i swoich córek odważnie zmagając się z własnymi słabościami.

Spiritus movens tej powieści jest jednak Sadie. To dla niej czyta się tę powieść z szeroko otwartymi oczami, niecierpliwie przewracając kartkę za kartką. Obdarzamy ją sympatią od pierwszych zdań, razem z nią przeżywamy zawody miłosne i ból spowodowany konfliktem z siostrą. I bardzo, ale to bardzo chcemy się dowiedzieć co się z nią dzieje i jak potoczyły się jej losy. A na koniec z niedowierzaniem i z wielkim westchnieniem zamykamy książkę.

Wielkim plusem tej powieści są również piękne opisy przyrody i wnętrz, w których mają okazję bywać nasze bohaterki. Ja wiem, że niektórym Was szkolne lektury na zawsze obrzydziły opisy natury, ale uwierzcie mi, dzięki , poczujecie się, jakbyście naprawdę towarzyszyli Rose i Sadie w ich perypetiach. A opisy lasów Sussex to prawdziwy majstersztyk.

 Nie wypada nie wspomnieć mi o okładce tej książki. Niesamowicie zachęca ona do lektury. Pięknie upozowana postać kobiety w prześlicznej sukni, kryje w sobie jakąś tajemnicę, dla odkrycia, której koniecznie musimy otworzyć tę książkę.

Serdecznie Was do tego zachęcam. To lekka i przyjemna opowieść, przy której na pewno odpoczniecie, ale również miło spędzicie czas w przepięknych okolicznościach przyrody z przesympatycznymi bohaterami, o których długo nie zapomnicie. Miłej lektury!

A już niedługo do swojego świata zaprosi nas pewna urocza Ula. Do następnego!

Dorota Skrzypczak.


Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i s-ka

wtorek, 5 listopada 2019

Podróż do Carcassone – Agnieszka Janiszewska

Zgodnie z moją obietnicą, zabieram Was dzisiaj do Warszawy i Krakowa. Nasz niezawodny wehikuł czasu przeniesie nas w lata dwudzieste i czterdzieste poprzedniego wieku. Będziemy świadkami wielu ważnych dla naszego kraju wydarzeń. W tych wydarzeniach towarzyszyć będziemy Natalii Moore i jej córce Iwonie.

 

Tytuł: Podróż do Carcassone tom 1 i 2
Autor: Agnieszka Janiszewska
Wydawnictwo: Novae Res

Natalię poznajemy w dość ważnym momencie jej życia. Okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży z hrabią Ksawerym Leszczyńskim. Początkująca aktorka podrzędnego teatru i hrabia? Toż to mezalians, powiecie. I oczywiście będziecie mieli rację. Ta powieść nie zacznie się od szczęśliwego happy endu:), oj nie. Drogi tych państwa rozejdą się na zawsze, a my z zapartym tchem obserwować będziemy ich losy na przestrzeni wielu lat. Ich rodziny zadbają o to, abyśmy nawet przez moment się nie nudzili, a wręcz przeciwnie: powodów do wzruszeń, nerwów i wielu innych emocji będziemy mieli aż nadto.

Autorka opiera swoje powieści na pewnym intrygującym schemacie. Książkę otwiera fragment tekstu pisanego kursywą w pierwszej osobie. Domyślamy się oczywiście, że są to wynurzenia córki Natalii Moore, a w tekście tym roi się od tylu znaków zapytania i tajemnic, że z niecierpliwością chcemy poznać losy naszych bohaterek. I tak jest cały czas. Fragmenty pamiętnika Iwony przeplatają się z narracją trzecioosobową, w której poznajemy losy obu pań i rodu Leszczyńskich. Czyta się to naprawdę ciekawie, zakończenie każdego fragmentu intryguje i natychmiast chce się poznać ciąg dalszy. A naprawdę warto to zrobić.

To trzecia powieść pani Agnieszki, którą miałam niekłamaną przyjemność przeczytać, lecz pierwsza, której bohaterowie wzbudzili we mnie tak silne emocje. Już od pierwszych stron, kiedy miałam (nie)przyjemność poznać hrabinę Stefanię Leszczyńską, naprawdę we mnie zawrzało. Inni bohaterowie są równie wyraziści i budzą w czytelniku wiele rozmaitych uczuć, ale uwierzcie mi, nikt nie jest w stanie dorównać hrabinie Stefanii.

Akcja książki rozgrywa się w bardzo ważnych dla Polski latach. Jesteśmy świadkami rodzenia się nowego, młodego państwa po wieloletnim wymazaniu z map świata i towarzyszymy bohaterom w ciężkich czasach II wojny światowej. Sytuacja polityczna w kraju i na świecie prowokuje bohaterów do wydawania różnorodnych opinii na jej temat. Te rozmowy czyta się bardzo ciekawie. Nasi protagoniści wiedzą, o czym mówią, są pewni swoich racji i nie ustępują interlokutorom na krok. A my mamy uczucie, jakbyśmy naprawdę byli w środku tych ważnych wydarzeń i sami zastanawiamy się, które stanowisko jest nam bliższe i którego bohatera powinniśmy niezwłocznie poprzeć.

Zdradziłam Wam kiedyś, że moim konikiem jest onomastyka i zwracam uwagę, jakie imiona autorzy nadają swoim bohaterom. Pani Agnieszka ochrzciła swoich protagonistów bardzo tradycyjnie, imionami pasującymi do czasów, w których rozgrywa się akcja książki, ale mnie najbardziej ujęła jedna bohaterka- Aurelia. Myślę, że gdyby miała na imię, dajmy na to Józefina, również nie dałoby się jej nie lubić, ale ja jeszcze bardziej pokochałam ją dzięki temu pięknemu imieniu. Tak miała na imię moja babcia, a naprawdę dawno już w swoich literackich podróżach nie spotkałam bohaterki o tym imieniu. Dziękuję Pani Agnieszko!

Bardzo rzadko piszę w swoich recenzjach o okładkach książek, ale chyba zacznę robić to częściej, bo coraz bardziej zaczęłam zwracać na nie uwagę. I nie wypada mi nic innego jak pochwalić wydawnictwo za okładki Podróży.... Piękne, nastrojowe klimatem pasujące do czasu akcji powieści i kryjące w sobie jakąś tajemnicę.

Gorąco zapraszam Was do lektury tych książek. Odbędziecie niesamowitą podróż w niezwykłe czasy i przeżyjecie wzruszającą przygodę, w której prawdziwa miłość odegra niebagatelną rolę. A podróż do Carcassone? Obiecuję, też ją odbędziecie, Miłej lektury!

A już niedługo zabiorę Was do Anglii, prosto do samego Sussex.
  
 Dorota Skrzypczak.
https://1.bp.blogspot.com/-_6F_NJRpW_k/W4T2wb37ldI/AAAAAAAAIJg/cvm-aGyrxr4romU4diN2TrDeVQEZW-y1wCPcBGAYYCw/s200/logo_novae_res_2014_podstawowe_rgb.png

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates