Lone wolf: Otchłań zagłady – Joe Dever
#WspółpracaRecenzencka #BlackMonk
Lubię gry paragrafowe, bo mam dwa w jednym: z jednej strony ciekawą historię i sporo czytania (co przecież, jako mol książkowy, uwielbiam), z drugiej – możliwość wpływania na decyzje bohaterów. Po raz czwarty sięgnęłam po losy samotnego wilka. A oto krótka relacja z wyprawy!
Zanim przejdziemy do moich wrażeń, kilka słów o samym tytule. Jeśli już jesteś na tym etapie „Lone wolf” to już doskonale znasz wszystkie zasady. Ale… może czytasz ten tekst przypadkiem? Jeśli tak, krótki wstęp: seria „Lone wolf” to historia ostatniego z Lordów Kai. To prosta gra paragrafowa, w której mechanika jest istotna, ale też dość prosta. Chociaż na początku konieczność śledzenia wszystkich statystyk może się wydawać męcząca, dość szybko wchodzi w krew (z drobnym zastrzeżeniem, ale o tym później). Tym razem samotny wilk jest wysłany, żeby sprawdzić, czemu inni zwiadowcy nie wracają pewnej odleglej prowincji. Ma do dyspozycji ludzi, ale czy okażą się pomocni?
W tej części naprawdę dużo się dzieje! Fabuła rozwija się wartko i przenosi czytelnika w bardzo różne miejsca. Cały czas czuć oddech wrogów na karku, a pułapki nigdy się nie kończą. Jednak uczucie zagrożenia towarzyszyło mi tylko na samym początku. Na tym etapie nasz bohater ma już sporo umiejętności, dlatego przygoda wydała mi się też w pewien sposób łatwiejsza.
Czas też na wspomnianą gwiazdkę dotyczącą mechaniki – o ile na początku budziła ona moje emocje, w pewnym momencie… trochę się przejadła. Główne zasady w każdej części są identyczne – nie mamy żadnego interesującego zwrotu akcji, czy czegoś, co każe nam opracować inną strategię. W efekcie tego w pewnym momencie po prostu z niej zrezygnowałam. Gdy rzuty kością decydowały o powodzeniu zadania – po prostu były dla mnie nudne. Ale te wpływające na rozwój fabuły – nadal rozbudzały moją ciekawość.
Z kolei, jeśli chodzi o bieg wydarzeń – sama historia jest ciekawa – jednak nasz wpływ na nią… dość ograniczony. Gracz, a w zasadzie wyniki testów – wpływają na dwa aspekty: sukces lub jego brak poszczególnych aktywności oraz wybór fabularnych ścieżek. Jednak to drugie to tylko kwestia wątków pobocznych (czy coś zobaczymy, czy coś znajdziemy, którędy dotrzemy do celu). Sam przebieg głównego wątku pozostaje bez zmian – z jednej strony rozumiem, że w książce mogłoby być trudno przygotować różne ścieżki (chociaż nie jest to niemożliwe, bo znam tytuły od tego wydawcy, które to robią), z drugiej – chociaż dwie oddzielne linie sprawiłyby, że czułabym większy wpływ na opowieść. Najbardziej rozczarowało mnie, że niezależnie od moich decyzji, los wspomnianych we wstępie ludzi pozostał ten sam. A szkoda, bo tu aż prosiło się o wprowadzenie nowej mechaniki i ocenę dowódczych umiejętności gracza.
Podróżując przez „Otchłań zagłady” bawiłam się nieźle, chociaż nieidealnie. Minął pierwszy powiew świeżości, a autor nie postarał się, żeby dostarczyć zamiast tego coś nowego. Dlatego jestem ciekawa, jak dalej rozwinie się ta seria – mam nadzieję, że jeszcze mnie czymś zaskoczy!

0 komentarze:
Prześlij komentarz
Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!