Featured

sobota, 6 czerwca 2026

Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji – Marta Madejska

#WspółpracaRecenzecnka #WydawnictwoCzarne


Myślisz, że o polskiej transformacji powiedziano już wszystko? W takim razie koniecznie przeczytaj „Ostatni gasi światło”! Ten reportaż to bardzo intymny portret wielkiej przemiany, w którym pierwsze skrzypce grają ludzkie emocje. Jestem z pokolenia, które o transformacji jedynie słyszało – na lekcjach historii, rzadziej na rodzinnych spotkaniach. Wiem, że nie było łatwo, mniej więcej kojarzę, co i jak się działo. Jednak ten tytuł to coś więcej niż opis wydarzeń. Tym razem nie patrzymy na przemiany systemowe z perspektywy kalendarza, ale z punktu widzenia zwykłego człowieka.



Pierwszym wyróżnikiem tej publikacji jest właśnie pełne skupienie się na ludziach. To właśnie oni stają się swojego rodzaju przewodnikami, wpuszczają nas do swojego świata i opowiadają o tym, co się wtedy działo – o swojej codzienności, marzeniach, planach czy obawach. Są to relacje bardzo dokładne, wręcz przeładowane emocjami i… detalami, dlatego momentami ciężko mi było skupić się na treści. Z jednej strony jest to zaleta i wyróżnik, z drugiej – momentami brakuje trochę szerszej perspektywy, a osoby mniej znające historię mogą czuć się zagubione.

Kolejną cechą wyróżniającą „Ostatni gasi światło” są źródła. Autorka nie opiera się tylko na relacjach bezpośrednich świadków. Sięga również po prasę, np. czasopismo „Przyjaciółka”, taśmy magnetofonowe czy periodyki zakładowe. Porusza też bardzo wiele tematów, które na pierwszy rzut oka nie łączą się z przemianami systemowymi, m.in. kobiecą piłkę nożną czy obchody Święta Pracy.


Nie sposób nie wspomnieć o emocjach. Opisywane historie bywają naprawdę trudne. Nieraz czułam się naprawdę poruszona i przejęta. Terapia szokowa bardzo mocno dotknęła przeciętnego człowieka. Chociaż, jak wspominałam, sporo o transformacji wiedziałam, ta książka otworzyła mi oczy na trudny czas, z jakim musieli borykać się moi rodzice.

Ten tytuł jest dla mnie ważny z jeszcze jednego względu – jestem z Łodzi, a te ziemie niestety odgrywają rolę jednego z głównych bohaterów tej opowieści. Dlatego wspominane miasta czy miejsca są mi całkiem dobrze znane.

Jednak w przeciwieństwie do „Alei włókniarek” ten tytuł ma też pewne wady. Wspominałam już, że w moim odczuciu jest tu za dużo szczegółów. Czasami brakowało mi szerszej perspektywy czy planu na całą treść. Poszczególne rozdziały, chociaż bardzo ciekawe i zróżnicowane, ostatecznie nie tworzyły spójnego obrazu. Ta książka to zbiór wielu poruszających tematów, jednak dobranych dość losowo.

Mimo wszystko uważam, że warto sięgnąć po ten tytuł – głównie po to, żeby nadać transformacji ludzkie oblicze. Bo to, co wiemy z lekcji historii, to jedynie czubek góry lodowej – wierzchołek, który co prawda jest wyraźnie widoczny, ale wyłącznie sygnalizuje to, z czym na co dzień borykali się zwykli ludzie.

Lubicie takie tytuły? A może wiecie dużo o transformacji od swojej rodziny? Koniecznie mi o tym napiszcie!

Dominika Róg-Górecka

środa, 3 czerwca 2026

Trzy nowości od Media Rodzina dla maluchów

#WspołpracaRecenzencka #MediaRodzina 



Lato powoli się rozkręca, a w nasze recenzenckie łapki znowu trafił zestaw fajnych książeczek dla dzieci. Tym razem są to „Olo i Awa. Logopedyczna zabawa. Kamyki”, „Maks korzysta z toalety” oraz „Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej”.


Trzy książeczki, a każda na zupełnie inny temat! Wielokrotnie już czytałyśmy „Olo i Awa. Logopedyczna zabawa. Kamyki”! Nie dość, że ten tytuł jest typowo wakacyjny, bohaterowie wyjeżdżają w nim nad morze, to jeszcze moja córka uwielbia początkowe kwestie, czyli „To jest Olo” i „To jest Awa”.





Jednak zacznijmy od początku! Mamy wakacje – Olo i Awa muszą się spakować. To pierwsze wyzwanie, któremu muszę sprostać, ale też jedna z wielu atrakcji, która czeka ich tego lata. Tak samo jak ich młodych czytelników. Siłą tej serii jest to, że porusza tematy bliskie dzieciom. Poza tym cykl utrzymuje lekki ton i spójną stylistykę. Dla mnie jednak największą wartością są wypowiedzi rodziców. Nie tylko pokazują fajną komunikację, ale też co jakiś czas przemycają dowcip, który jest ukrytym przekazem dla dorosłych odbiorców.

Drugim bardzo życiowym tytułem jest „Maks korzysta z toalety”. Niezwykle cenię sobie takie książki. Moja córeczka uwielbia czytanie, dlatego w ten sposób łatwiej mi przekazać jej nowe wyzwania codzienności. Tym razem chodzi o korzystanie z toalety. 


Ten temat został przedstawiony delikatnie, z dużym zrozumieniem problemów, z którymi borykają się dzieci. Pojawia się wątek "alarmów", czyli sytuacji, gdy maluch nie zdąży do toalety. Jest on zarysowany jednocześnie prosto, jak i troskliwie. Nie ma tu wyższej filozofii, czy długich rozmów - prosto, na temat i, przede wszystkim, bez obwiniania. 


Dużym plusem jest też poruszanie zagadnień luźno związanych z toaletą - takich jak kanalizacja. Czytelnik uczy się nie tylko o codzienności, ale też otaczającej go rzeczywistości.


Również grafika jest bardzo ładna, posiada więcej szczegółów niż seria „Olo i Awa”, co mi bardzo się podoba. Sama książka jest kolorowa, ze sporą ilością tekstu. Z tego względu polecam ją maluchom, które potrafią się skupić na treści. W moim odczuciu będzie idealna dla malców powyżej 3 lat.




Na koniec mamy „Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej”. Z tej serii jest to nasz pierwszy tytuł. Muszę przyznać, że z dużym zainteresowaniem śledziłam tę historię, ponieważ nie znam się za bardzo na jeździe konnej. Ideą tej serii jest prezentowanie różnych zawodów – myślę, że to świetny sposób, żeby dowiedzieć się nowych rzeczy – zarówno przez dzieci, jak i dorosłych. W książce użyto bardzo dużo profesjonalnej nomenklatury, dlatego myślę, że jest ona adresowana do trochę starszego odbiorcy, niż wcześniejsze pozycje. Jednak na etapie, gdy dziecko zaczyna zadawać wiele szczegółowych pytań o otaczający je świat, cała seria będzie strzałem w 10!



Każdy z tytułów ma w sobie coś ciekawego. Mojej córce zdecydowanie najbardziej spodobał się kolejny tom przygód „Olo i Awa”. A co Wy sądzicie o tych propozycjach? Znacie te serie?


Dominika Róg-Górecka

środa, 27 maja 2026

Tato, jak być dobrym człowiekiem? – Izabela Mika

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoLuna


Najlepsze historie pisze samo życie. Banał, prawda? Ale niezwykle łatwo o nim zapomnieć. Wydawnictwo Luna zachęca do rozmów z tatą. Do wartościowej wymiany zmian i, być może, okrycie na nowo historii własnego ojca.


„Tato, jak być dobrym człowiekiem?” to publikacja, w której tata otrzymuje dużo przestrzeni… do wypełnienia. Jednak zazwyczaj tego typu książki skupiały się na aspektach biograficznych. Tym razem jest nieco inaczej, bo motywem przewodnim są wartości. Poruszane są takie kwestie jak miłość, relacje, czy praca. Niektóre pytania są krótkie, inne z kolei wymagają dłuższej odpowiedzi. Chociaż większość z nich to po prostu tekst i miejsce na odpowiedź, kilka ma dodatkowo ciekawą formę graficzną np. listu.

Od strony wizualnej książka jest przepiękna. Ma stylową okładkę ze złotym tytułem. Sam układ treści jest czytelny oraz przyjemny dla oka.


Ten tytuł to świetna okazja, by jeszcze lepiej poznać swojego tatę. Bo to właśnie on odpowiadać będzie za większość treści. I w ten sposób przechodzimy do największej zalety, a jednocześnie wady, tej publikacji. Jeśli tata lubi pisać, ma do tego smykałkę, czas i cierpliwość – powstanie wspaniała pamiątka. Taka, do której z przyjemnością będzie można wracać latami. Bo nie wszystkie pytania będą dla dziecka równie ważna w danej chwili. Do niektórych kwestii będzie przecież dopiero dorastało. Ale jeśli… tata nie lubi takiej formy przekazywania myśli, książka po prostu na zawsze zostanie pusta. Warto się więc zastanowić, czy taka forma przypadnie do gustu tacie.

Moim zdaniem, naprawdę wato. Sama chętnie przeczytałabym złote myśli mojego taty, a jeśli tylko wpadnie mi w ręce podobna publikacja dla mam, z przyjemnością ją wypiszę :)

A co Wy sądzicie o takich książkach? Lubicie je wypełniać?

Dominika Róg-Górecka

sobota, 23 maja 2026

Dj Bambi – Ava Ólafsdóttir

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoPoznańskie



Osoby trans powoli przestają być tematem tabu. Książka „DJ Bambi” to publikacja, która potrafi zmylić! Piękna, kobieca okładka, delikatny tytuł (kojarzący się z jelonkiem) i różowe barwy. A jednak nie ma tu nic słodkiego! To opowieść o niepasującym ciele i codzienności, która toczy się niezależnie od wszystkiego.


Logn to imię tymczasowe, jak stan zawieszenia, w którym żyje jego właścicielka. Urodzona jako mężczyzna, od zawsze czuje się kobietą. Czeka na zabieg, ale w Islandii wykonuje się tylko dwa rocznie. Do tego czasu musi żyć i być… nie sobą.

„DJ Bambi” to ciekawa publikacja. Z jednej strony w całości dominuje wątek bycia kobietą trans. Zaczyna się i kończy od tego, przeplata codzienne sceny, determinuje bieg wydarzeń. Z drugiej strony, poprowadzony jest naprawdę lekko, bez pouczania, jako element życia złożonego z wielu elementów. Autorka bardzo płynnie i naturalnie przechodzi od rozważań związanych z płcią do wątków zupełnie niepowiązanych z tym tematem.

Co ciekawe, wśród wielu bieżących kwestii udało się opowiedzieć delikatną historię odkrywania samego siebie, skomplikowanego życia rodzinnego, małżeństwa, a nawet tęsknoty za wnuczką (ten temat był dla mnie najbardziej wzruszający). Jednocześnie jest jeszcze wiele ciekawych kwestii, jak życie wspólnoty mieszkaniowej, przyjaźń z pisarką, relacje z bratem. Wszystko to bardzo mocno opiera się na niedopowiedzeniach. Niektóre myśli skrywają się w narracyjnym cieniu i właśnie przez ten brak dosłowności, rezonują jeszcze bardziej.

Sama książka została napisana w zaskakująco lekki sposób. Czyta się ją błyskawicznie, jednak jej wydźwięk emocjonalny jest naprawdę mocny. I nie zrozumcie mnie źle – mamy tutaj mocno zarysowany smutek, melancholię, ale nie rozpacz, czy żal. Uczucia są wyraźne, ale też delikatne. Najważniejsze, że książka nie jest nachalna, to nie głośny manifest, czy próba zmiany czyjegoś zdania. Sama bohaterka stara się żyć tak normalnie, jak to możliwe. Nie oczekuje ani wsparcia, ani uprzywilejowania. Po prostu akceptacji.

Czego mi zabrakło? Przede wszystkim wydaje mi się, że sam tytuł nie jest najlepiej dobrany. Owszem, wątek DJ Bambi się pojawia, ale nie jest on kluczowy, czy znaczący. Również praca zawodowa jest jedynie wzmiankowana, a szkoda, bo zajęcie głównej bohaterki wydało mi się ciekawe.




Na końcu warto wspomnieć o pięknym wydaniu. Książka ma cudowną, delikatną i kobiecą grafikę oraz uroczą zakładkę. To w zadziwiający sposób dopełnia i kontrastuje z opisaną historią.

Chociaż po „DJ Bambi” sięgnęłam trochę przypadkowo, to nie żałuję. Pewnie, gdyby nie wydawnictwo, nie zwróciłabym na tę książkę uwagi. I to byłby błąd. Bo jest to jedna z tych książek, które z pewnością na dłużej zostaną mi w pamięci.

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 7 maja 2026

K-Pop Academy. Kryształowy beat – Mina Finch

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoJaguar 


Chciałam zacząć ten wpis od słów: dawno nie czekałam tak na żadną książkę, ale… nie jest to do końca prawda. Na wiele książek czekam z niecierpliwością – w końcu jestem książkarą, więc umówmy się, my po prostu tak mamy. Ale na tę też! I to bardzo! Pierwsze dwa tomy bardzo mi się podobały. Dodały sporo lekkości do mojej codziennej, książkowej rutyny (tak, właśnie to wymyśliłam. Skoro influ modowe mają swoje rytuały pielęgnacyjne, to codzienne czytanie pewnie też nim jest). Ale do rzeczy! Czy tom trzeci również mnie zachwycił? Zapraszam do tekstu!


„Kryształowy beat” to trzeci tom serii „K-pop Academy”. Każda część jest krótka, dynamiczna i pełna młodzieżowych problemów. A wszystko to podane w koreańskim, kulturalnym sosie. „Kryształowy beat” jest trochę inny niż poprzednie tomy. Tym razem dziewczyny nie będą walczyć z nadprzyrodzonymi tworami, ale spróbują stworzyć zgrany zespół. Małą, acz słodką, przeszkodą będzie słodki stworek skrywający się w tajemniczym instrumencie.

Już sam opis fabuły pokazuje, że akcent tego tomu został położony na coś innego niż w poprzednich. Wcześniej chodziło o cienie, o walkę z konkretnym wrogiem. Tym razem problemy wychodzą od środka. Każda z dziewczyn coraz bardziej akcentuje swoją niezależność, angażuje się w inne wydarzenia – a to wszystko ze stratą dla zespołu. Może dlatego ten tom jest o wiele spokojniejszy, ale też bardziej życiowy. Problemy nastolatek są bardziej codzienne i częściej spotykane wśród czytelniczek (chyba że ja o czymś nie wiem i młodzież obecnie walczy z cieniami – jeśli tak, dajcie mi znać).


Owszem, motyw fantastyczny też się pojawia, ale jest on raczej dodatkiem. Może z tego względu książka podobała mi się ciut mniej niż wcześniejsze tomy. Mimo wszystko bardziej interesuje mnie pokonywanie potworów niż codzienne szkolne życie.

Nie zrozumcie mnie jednak źle – motyw, który w trzecim tomie zdominował opowieść, nadal jest bardzo ciekawie poprowadzony. To nie tylko relacja z trudów szkolnego życia, ale też opowieść o tym, jak wygląda edukacja w Korei. Ten temat jest mi dość pobieżnie znany i to, co jawi się w tej powieści, stanowi potwierdzenie tego, co wiem. Kolorytu całości dodają również opisy koreańskich przekąsek – nie raz marzyłam o tych smakołykach!

Tym razem, niestety, nie poznamy żadnych rodzinnych perypetii bohaterek, na co bardzo mocno liczyłam. Szczególnie jedna z nich ma w zanadrzu ciekawy sekret – mam nadzieję, że ten temat jeszcze wróci. Doczepić muszę się jeszcze jednego brakującego wątku: jedna z członkiń AURY zaczyna praktyki – brzmi to niesamowicie, prawda? Ale ten temat jest trochę jak praca w pierwszych Simsach (bez dodatku Kariera) – co nieco dowiadujemy się z krótkiej relacji, ale nigdy nie jest nam dane towarzyszyć bohaterce.


Na plus oceniam za to wątek pewnego słodziaka – nie tylko urozmaica on opowieść, ale też nadaje jej tempa. Jego obecność może nie zastąpi klimatu cieni, ale tworzy coś wyjątkowego.

Reasumując, tym razem w książce położono akcent na inne tematy. Jest tu już mniej „K-popowych łowczyń demonów”, ale to nadal fajna i przystępna w odbiorze młodzieżówka. Nie mogę się doczekać kontynuacji! Mam nadzieję, że to, czego dziewczyny nauczyły się w tym tomie, przyda im się w akcji!

Dominika Róg-Górecka

środa, 6 maja 2026

Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu – Anna Colton

#WspółpracaRecenzecnka #MediaRodzina


Jedzenie nigdy nie było dla mnie problem. A potem… zostałam mamą. I okazało się, że moja dzika radość z konsumowania pyszności zupełnie nie udzieliła się dziecku. Dlatego z ogromnym zapałem sięgnęłam po książkę „Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu”.


Podeszłam do lektury tego poradnika z bardzo określonym problemem. Mianowicie: prawie 2-letnie dziecko nie przepada za jedzeniem. Zdarzają się wyjątki, ale to, co powinna, nie jest tym, czego chce. Liczyłam na konkretne porady, wskazówki, sugestie… Jednak dla takiego malucha główna porada brzmi „to taki okres. W końcu minie”. Autorka zachęca do nieprzejmowania się problemem. Mówi wprost, że kluczowe jest tutaj nauczenie dziecka interpretowania sygnałów dawanych przez ciało: głodu i sytości. No cóż… nie do końca na to liczyłam. Być może autorka traktuje tę kwestię bardziej jako zagadnienie z zakresu rozszerzania diety. Zdecydowanie więcej informacji znajdziemy na temat późniejszych okresów.

Jednak konkretne porady à propos poszczególnych grup wiekowych – fragment, na który najbardziej liczyłam – to tylko jeden z wielu rozdziałów. Książka podchodzi do kwestii jedzenia bardzo holistycznie. Paradoksalnie bardziej skupia się na rodzicu, niż dziecku. Z poradnika dowiemy się czemu niejadek tak bardzo działa nam na nerwy i dlaczego to, co jednego opiekuna doprowadza do szewskiej pasji, na innym nie robi najmniejszego wrażenia. Czytelnik bardzo dużo dowie się na temat własnego podejścia do jedzenia i zrozumie, z czego wynikają określone postawy. Ten tytuł bardzo zachęca do tego, żeby skupić się na sobie i poddać się autorefleksji.

Oczywiście jest też uwielbiany przez wszystkich temat elektroniki przy jedzeniu. Autorka prezentuje klasyczne podejście do zagadnienia – jednak proponuje też ciekawą alternatywę. Nie ogranicza się wyłącznie do zakazu, ale wyjaśnia co zrobić, żeby ekrany przestały być potrzebne (chociaż tu też zaznaczę, że są to porady bardziej dla starszych dzieci).


Kolejnym ciekawym wątkiem jest kwestia deseru. Powiem szczerze, poczułam się trochę jakby ktoś wywołał mnie do tablicy. Po raz kolejny wychodzimy od tego, jakie podejście do tematu ma rodzic, w tym przypadku ja. Okazuje się, że muszę trochę nad sobą popracować, żeby przekazać dziecku dobre wzorce. Jednak w przypadku tego zagadnienia mamy też sporo praktycznych porad dot. samego dziecka – jak z nim rozmawiać, jakie argumenty podnosić, a czego nie robić.

Reasumując, „Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu” to publikacja, która najbardziej przyda się opiekunom starszych dzieci (co najmniej przedszkolaków). Autorka podchodzi do tematu bardzo holistycznie, prezentuje nie tylko konkretne, praktyczne podejście, ale też zachęca rodziców do autorefleksji i przepracowania własnego podejścia do jedzenia. Zdecydowanie warto sięgnąć po ten tytuł!

Dominika Róg-Górecka

niedziela, 26 kwietnia 2026

Cicho, bo się obrazi. Życie z narcyzem egoistą – Still Astrea

#WspółpracaRecenzencka #Limitless Mind Publishing 


Ostatnio sporo mówi się o osobowości narcystycznej. Czasem są to po prostu wyolbrzymienia, innym razem wstydliwe relacje z prawdziwych problemów. Po ten tytuł sięgnęłam bez określonych oczekiwań, za to z dużą ciekawością. „Cicho, bo się obrazi” obiecywało otwarcie oczu tym, którzy zbyt długo milczeli, i rzeczywiście – już od pierwszych stron czuć, że autorka pisze z potrzeby powiedzenia czegoś ważnego.


Fabuły w klasycznym sensie tu nie znajdziemy, bo książka opiera się na doświadczeniach autorki, która opisuje, jak wygląda życie z osobą o narcystycznych cechach. To emocjonalna podróż przez relację, w której nie ma przemocy fizycznej, ale jest stopniowe odbieranie pewności siebie. Autorka pokazuje, jak drobne gesty, pozorne kaprysy czy chwilowe fochy potrafią układać się w całość znacznie mroczniejszą, niż mogłoby się wydawać.

Choć pisarka twierdzi, że nie stworzyła poradnika, to jednak chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że nim jest. Wciąż zwraca się do czytelnika bezpośrednio, czasem wręcz jak osoba, która trzyma nas za rękę i tłumaczy rzeczy, których sami nie chcemy lub nie potrafimy nazwać. Podpowiada, jak rozpoznać narcyza, jak czytać jego zachowania, jak odgrzebać własne poczucie wartości spod warstw manipulacji i gaslightingu. I choć wszystko to oparte jest na jej osobistym doświadczeniu, przekaz pozostaje bardzo uniwersalny.

Książka napisana jest zaskakująco lekko, choć temat zdecydowanie do lekkich nie należy. Czyta się ją szybko, miejscami wręcz jednym tchem, i to pomimo rosnącego niepokoju. O osobowości narcystycznej w przestrzeni publicznej mówi się dużo, ale rzadko kiedy z taką precyzją i bezpośredniością. Dopiero tu zrozumiałam, jak podstępne potrafią być jej objawy – i jak łatwo je przeoczyć, jeśli nie wiemy, na co patrzeć.

W warstwie wizualnej książka prezentuje się naprawdę dobrze. Typografia i układ tekstu są przemyślane, pogrubienia i zmiany czcionki mają swoje uzasadnienie. Jedynym drobnym zgrzytem są grafiki stworzone przez AI. Nie mam nic przeciwko samemu pomysłowi, ale dwa wyraźnie odmienne style robią wrażenie, jakby ktoś dorzucił je w ostatniej chwili. Brakuje jednolitości, która w książce o takiej tematyce byłaby mile widziana.

Ogromnym plusem jest odwoływanie się do pojęć psychologicznych – dzięki nim łatwiej zrozumieć zachowania narcyza i dynamikę relacji, w jakiej funkcjonuje partner. Zabrakło mi jednak głębszego wprowadzenia w samą osobowość narcystyczną. Kilka dodatkowych akapitów o mechanizmach stojących za tym zaburzeniem znacznie wzmocniłoby odbiór i pomogło poukładać w głowie to, co wynika z narracji doświadczenia.

Mam też mieszane uczucia co do myśli przewodniej książki. Z jednej strony autorka zachęca, by odejść od narcyza, z drugiej – większość treści dotyczy sposobów radzenia sobie w relacji. Czy można to traktować jako przygotowanie do ostatecznej decyzji? A może jako wskazówki dla tych, którzy jeszcze nie są gotowi na odejście? Brakuje tu jednoznacznego prowadzenia. Szkoda też, że mało miejsca poświęcono temu, jak wygląda samo odchodzenie – jak się do niego przygotować, gdzie szukać wsparcia, jakie kroki podjąć w praktyce. Zastanawiałam się także, czy każdy narcyz wygląda tak, jak w książce, czy może istnieją „warianty”, które mają jedynie część opisanych cech. A jeśli tak – kiedy warto walczyć o związek, a kiedy lepiej szukać wyjścia? Odpowiedzi na te pytania bardzo by się tu przydały.

Podsumowując – „Cicho, bo się obrazi” to książka potrzebna, poruszająca i niezwykle otwierająca oczy. Jest emocjonalna, momentami bolesna, ale dzięki temu autentyczna. Dla osób, które podejrzewają, że „coś w ich relacji jest nie tak”, może okazać się wręcz przełomowa.

Jeśli chcesz zrozumieć mechanizmy toksycznych relacji, poznać narzędzia, które pomogą Ci zadbać o siebie, albo po prostu szukasz książki, która poruszy Cię bardziej, niż się spodziewasz – sięgnij po nią koniecznie. A jeśli znasz kogoś, kto może jej potrzebować, podziel się tytułem. To może być pierwszy krok ku odzyskaniu własnego życia.

Dominika Róg-Górecka

Rozwój w rytmie 4 pór roku – Magdalena Kraczla

#WspółpracaRecenzencka #LimitlessMind


Życie w rytmie czterech pór roku? Mnie ten pomysł wydaje się kuszący. W końcu człowiek jest elementem przyrody, jak wszystko inne. Tak, potrafimy pracować po nocy i spać w dzień. Nie traktujemy też jesieni jako okresu na regenerację. Ale może powinniśmy? Czy zastosowanie się do rytmu rocznego nie byłoby dla nas korzystne?


Nie bez powodu wspomniałam we wstępie o jesieni. Czytałam na ten temat już inny poradnik – „Ciepło. Najprzytulniejszy poradnik osiędbania”. Jest to jedna z moich ulubionych książek, do której z przyjemnością sięgam gdy powoli nastaje jesień. „Rozwój w rytmie 4 pór roku” przedstawia nam tę samą koncepcję. Zachęca do obserwowania zmian, które zachodzą w przyrodzie, i stosowania ich do swojego życia – zarówno osobistego, jak i zawodowego.

Jednak tym razem poradnik ten ma inną formę. Przypomina trochę planer – każdemu tygodniowi przypisane są dwie strony. Prawa zawiera grafikę, tytuł i przemyślenia, a lewa trzy zadania z miejscem na notowanie. Jest to więc tytuł dla osób, które lubią nie tylko zastanowić się nad swoim życiem, ale też pisać i planować.

Książkę można czytać na różne sposoby – chronologicznie i zgodnie z pasującym tygodniem lub losowo – poznawać treści, które akurat do nas przemawiają. Najwięcej wartości, w moim odczucie, daje pierwsze podejście, jednak wymaga też od nas systematyczności. Z jednej strony czytanie kilku zdań raz na tydzień nie jest szczególnie czasochłonne – wystarczy parę minut. Z drugiej jednak, ponieważ robiłam to tak rzadko… po prostu o tym zapominałam.

A czytać warto – bo zawarte tu myśli są ciekawe, wartościowe i skłaniają do przemyśleń. Mają stricte poradnikowy charakter – zachęcają do refleksji, do zwolnienia tempa życia. Nic odkrywczego, ale jednak ma to swoją moc. Jeśli lubisz poradniki, ten tytuł Ci się spodoba.

Jest on też uniwersalny, nie wiążę się z żadnym konkretnym rokiem. Lektura została podzielona na tygodnie, można zacząć w dowolnym momencie i kontynuować w nowym roku.

Na uznanie zasługuje też sposób wydania książki. Jest bardzo solidny, estetyczny i zwyczajnie przyjemny. Ładne grafiki, świetnie rozplanowane teksty – wszystko to tworzy pozytywny i motywujący klimat. Jedyne, czego mi brakowało to zakładki. Zanim wpadłam na to, żeby użyć swojej, za każdym razem (czyli co tydzień) musiałam szukać właściwego fragmentu.

„Rozwój w rytmie 4 pór roku” nie jest stricte poradnikiem, ale inspirującym elementem codzienności. Zachęca do dostosowania swojego trybu życia do pór roku, chociaż nie opisuje tej metody jakoś szczególnie dokładnie. Tytuł spodoba się osobą, które po prostu lubią takie klimaty, potrzebują pozytywnego kopa energii i chętnie czytają poradniki.

A Ty co sądzisz o życiu w rytmie 4 pór roku? Możesz sobie na to pozwolić? A może jest to dla Ciebie nieosiągalny luksus?

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 23 kwietnia 2026

Wujańcio – Magdalena Wawrykiewicz

#reklama #Magdalena Wawrykiewicz 


Niezbyt często sięgam po sztuki. Do teatru zaglądam od czasu do czasu, ale w domowej biblioteczce dramaty pojawiają się raczej epizodycznie – ostatnim był chyba „Małe zbrodnie małżeńskie”. Dlatego po „Wujańcia” sięgnęłam z ciekawości i lekką rezerwą. Sztuka teatralna w formie książki zawsze rodzi pytanie, czy obroni się poza sceną. Tutaj wątpliwości zniknęły szybciej, niż się pojawiły. „Wujańcio” okazał się tekstem nieoczywistym, miejscami dusznym, bardzo intensywnym emocjonalnie i takim, który zmusza do zatrzymania się – nawet jeśli w pierwszej chwili próbujemy czytać dalej.



Fabuła zarysowana jest oszczędnie, ale precyzyjnie. W centrum stoi Stefania Czarnecka – kobieta sukcesu z czasów PRL, właścicielka polonijnej firmy, barwna postać, która z jednej strony imponuje siłą, a z drugiej budzi rosnący niepokój. Jej historia odsłania się stopniowo w rozmowach z drugą bohaterką – bardziej osadzoną w codzienności, pełniącą rolę rozmówczyni, powierniczki, a momentami katalizatora trudnych emocji. To właśnie dialog staje się narzędziem odkrywania przeszłych relacji, nieudanych związków, skrywanych traum i tytułowego „wujańcia”, którego obecność – choć często niewypowiedziana wprost – kładzie się cieniem na całej opowieści.

Zaskoczyło mnie, jak dobrze czytało mi się tę książkę. Prawie całość stanowią rozmowy dwóch osób, a mimo to tekst ani na moment nie traci tempa. Dialogi są dynamiczne, nasycone emocjami, pełne napięć i niedopowiedzeń. Autorka bardzo świadomie pracuje językiem – wykreowała dwie kompletnie różne kobiety, pochodzące z odmiennych światów, co słychać w każdej wymianie zdań. Różnice w słownictwie, rytmie wypowiedzi i sposobie patrzenia na rzeczywistość są wyraźne, ale nienachalne. W ramach krótkiej formy udało się też sprawnie wplatać przeszłe wydarzenia w bieżące rozmowy – dzięki temu bohaterki nabierają głębi, a czytelnik stopniowo zaczyna je rozumieć, choć niekoniecznie usprawiedliwiać.


„Wujańcio” jest krótki, lecz tematycznie bardzo gęsty. Na pierwszym planie pojawiają się relacje miłosne Stefanii i jej uporczywe wikłanie się w związki z mężczyznami emocjonalnie niedostępnymi, często toksycznymi. To jednak tylko jedna warstwa opowieści. Pod spodem kryje się psychologiczny portret kobiety, która od dzieciństwa doświadczała porzucenia i nauczyła się kompulsywnie szukać potwierdzenia własnej wartości. Te doświadczenia wyraźnie rzutują również na jej relację z córką – a w zasadzie jej brakiem. Odczytałam tę sztukę jako gorzką przestrogę przed nieprzepracowaną przeszłością, która prędzej czy później zaczyna przejmować kontrolę.

Podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że nie czytam książki, a oglądam spektakl. W wyobraźni widziałam przygaszone światła, dwie postacie na scenie, minimalistyczną scenografię i napięcie wiszące w powietrzu między kolejnymi kwestiami. To tekst, który aż prosi się o teatralną interpretację – oparty nie tylko na słowie, ale też geście i pauzie. Z dużą przyjemnością zobaczyłabym „Wujańcia” na deskach teatru, bo mam wrażenie, że mógłby wybrzmieć jeszcze mocniej.

Dodatkową warstwą, która bardzo mnie zainteresowała, jest tło obyczajowo-historyczne. Autorce udało się dyskretnie, ale sugestywnie oddać klimat PRL. System nie wychodzi na pierwszy plan, lecz stale jest obecny – w drobnych aluzjach, czy dekoracjach codzienności. Łapówkarstwo, praca w służbach, problemy z zaopatrzeniem sklepów – wszystko to pojawia się jak naturalne tło życia bohaterów, bez publicystyki i nachalnych ocen.

Trudno jednoznacznie ocenić bohaterów tej sztuki i chyba w tym tkwi jej siła. Nie ma tu prostych odpowiedzi ani wygodnych podziałów na winnych i niewinnych. „Wujańcio” zostawia z uczuciem lekkiego dyskomfortu, ale też satysfakcją z obcowania z tekstem ambitnym, dobrze skonstruowanym i emocjonalnie uczciwym. To dramat, który działa bardziej podskórnie niż efektownie.

„Wujańcio” to książka nieszablonowa – kameralna, wymagająca skupienia, ale jednocześnie bardzo wciągająca. Jako doświadczenie czytelnicze okazała się czymś świeżym i zaskakującym, nawet dla kogoś, kto rzadko sięga po dramaty. Zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę – najlepiej bez pośpiechu, z otwartością na niewygodne pytania, które pojawią się już po lekturze.

Dominika Róg-Górecka

wtorek, 21 kwietnia 2026

Z innych źródeł – Wojciech Czusz

#Reklama #Wydawnictwo SEQOJA 


Często narzekam w książkach na powtarzalne motywy i historie, które już gdzieś czytałam, tylko w innym anturażu. Dlatego tak chętnie sięgam po tytuły, które wymykają się schematom i nie obiecują niczego konkretnego na okładce. W takich przypadkach nigdy do końca nie wiadomo, na co się trafi – na literacką perełkę czy na nieoszlifowany diament, który bardziej drażni, niż zachwyca. „Z innych źródeł” zdecydowanie należy do tej grupy książek, które nie dają się łatwo zaszufladkować i od pierwszych stron sygnalizują, że będzie to doświadczenie co najmniej nieoczywiste.

To zbiór sześciu krótkich opowiadań, pozornie niezależnych, rozgrywających się w różnych momentach i skupionych na różnych bohaterach. Nie ma tu jednej osi fabularnej ani wyraźnego punktu wspólnego, który prowadziłby czytelnika za rękę. Każda historia to raczej wyimek z czyjegoś życia – chwilowe zatrzymanie się przy cudzych myślach, lękach i decyzjach. Autor nie tłumaczy, nie dopowiada, nie domyka wątków. Zamiast klasycznej narracji dostajemy migawki – jakby ktoś uchylił drzwi i pozwolił nam zerknąć do środka, ale tylko na moment.

Książka jest naprawdę cieniutka. Liczy niewiele ponad sto stron i wyglądem bardziej przypomina broszurę niż pełnoprawny tom opowiadań. Ten minimalizm formy ma jednak swoje uzasadnienie. Sama okładka bardzo dobrze oddaje klimat środka – jest ciemna, gęsta od szczegółów, pełna różnych, pozornie niepasujących do siebie elementów. Dokładnie takie są też teksty zawarte w książce. Na pierwszy rzut oka panuje w nich chaos, ale po chwili zaczyna wyłaniać się spójny nastrój.

Opowiadania faktycznie nie mają wspólnej fabuły. Każde dotyka innych tematów, opowiada o innych ludziach i ich doświadczeniach. Spaja je jednak klimat – ciężki, dołujący, wyraźnie pesymistyczny. Bohaterowie są samotni, zagubieni, często rozdrapują w sobie poczucie braku sensu. Próbują odnaleźć samych siebie, a swój ból bardzo często wyrażają poprzez cielesność i relacje oparte na fizycznej bliskości. To były bardzo smutne teksty – i to właśnie smutek najmocniej z nich zapamiętałam.

Ciekawie wypada sposób, w jaki autor łączy tematy ważne i podniosłe z tymi zupełnie przyziemnymi. Potrafi niemal na jednym tchu pisać o samotności, lęku czy potrzebie akceptacji, by zaraz potem zejść na poziom codziennych drobiazgów. Na swój sposób jest to trafna metafora życia. Tak właśnie wygląda codzienność – raz bywa wzniosła, a raz zupełnie banalna, i rzadko daje się uporządkować w estetyczne ramy.


Same opowiadania nie kończą się jedną, wyrazistą myślą ani nie oferują czytelnikowi morału. Może właśnie dlatego ich przekaz czasami się rozmywa. Tutaj ważniejsi od akcji są bohaterowie. Czytelnik widzi ich jedynie przez chwilę – jakby podsłuchiwał rozmowę obcych ludzi w pociągu. To tylko fragment, urywek, ale wystarczający, by wyczuć, że za nim stoi znacznie większa historia.

Nie do końca podobało mi się jednak to, że niemal każda opowieść w jakiś sposób kręciła się wokół seksualności, i to przedstawionej dość wulgarnie. Rozumiem zamysł – miało być prosto, dobitnie, brutalnie – ale przez to całość traci na subtelności. Tam, gdzie liczyłam na emocjonalną głębię, momentami dostawałam jedynie dosłowność.

„Z innych źródeł” to książka wymagająca i niewygodna. Nie głaszcze po głowie, nie podnosi na duchu i nie daje prostych odpowiedzi. Zamiast tego zmusza do konfrontacji z ludzką samotnością, frustracją i poczuciem rozdarcia pomiędzy potrzebą sensu a zwyczajnością codzienności.

To bez wątpienia tytuł nieszablonowy. Nie każdemu przypadnie do gustu – przede wszystkim może trafić do osób, które lubią literackie eksperymenty i traktują książki jako przyczynek do własnych rozmyślań. Trzeba też być gotowym na prozę życia, której daleko do idealnego piękna i wygładzonych historii. To nie jest lektura lekka ani przyjemna, ale dla odpowiedniego czytelnika może okazać się doświadczeniem na długo zostającym w głowie.

Dominika Róg-Górecka

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates