Featured

piątek, 10 kwietnia 2026

Kicia Kocia ratuje boisko – Anita Głowińska

#WspółpracaRecenzencka #MediaRodzina 


To ja! Matka, która deklarowała, że w życiu nie kupi „Kici Koci”. Argumentów za tą tezą miałam całe mnóstwo, ale przeważył jeden przeciwny. Moja córka uwielbia „Kicię Kocię”. Bibliotekowe wydanie dosłownie zdobyło jej serce. Dlatego bez wahania zgłosiłam się do recenzowania najnowszych przygód kotki. I tak o to w nasze ręce trafiła „Kicia Kocia ratuje boisko”.


W tej części do przedszkola przyjeżdża dziennikarz. Kicia Kocia i Pacek są zachwyceni! Nie spodziewają się jednak, że niedługo sami wcielą się w rolę dziennikarzy. A wystarczyło jedno pytanie! Gość zapytał dzieci, o czym chcieliby napisać. Kicia Kocia zgłasza się i proponuje temat boiska Adelki. Okazuje się, że nikt tam się nie bawi. Dlaczego? Tego właśnie dowiedzą się dzieci.

Od strony wizualnej ta część utrzymuje klimat serii. Albo się on podoba (np. mojej córce), albo nie (np. mnie). Trzeba jednak przyznać, że obrazki są proste, czytelne i zrozumiałe nawet dla małych dzieci. Do tego kolorowe i wesołe – testerka, do której adresowaną tę publikację, jest zadowolona.
 

Ciekawa jest również sama fabuła. Akcja przyjemnie biegnie do przodu, a opisywane wydarzenia są ciekawe. Przy okazji wartkiej fabuły autorka porusza kilka ważnych tematów. Dla mnie najbardziej wartościowy jest motyw drzew. Kicia Kocia wyjaśnia czytelnikowi, dlaczego są one tak potrzebne w mieście. Pozytywnie też oceniam postępowanie samej kotki – autorka pokazuje, że dzieci mają wpływ na swoje otoczenie i że działanie dla dobra ogółu to coś, co warto podejmować.

Jeśli ktoś już lubi Kicie Kocię, myślę, że warto, żeby uzupełnił swoją biblioteczkę o ten tytuł. Nieprzekonanych, takich jak ja, ta część może zachęcić do zmiany zdania i polubienia się z bohaterką. A najmłodsi – oni będą mieli dużo frajdy z słuchania o tym, jak Kicia Kocia uratowała boisko.

Dominika Róg-Górecka

Dziwna pogoda w Tokio Hiromi Kawakami

#WspółpracaRecenzencka #Znak


Czasem przypadek potrafi zdeccydować o całym życiu. Dla jednych zbieg okoliczności, dla innych przeznaczenie. Nie zmienia to jednak faktu, że jedna sytuacja, zupełnie niespodziewana, nagle odmienia wszystko. Tak właśnie zaczyna się „Dziwna pogoda w Tokio”.


Tsukiko nie jest najbardziej towarzyską osobą. Mówiąc dobitniej, to samotniczka, która lubi spędzać czas w barze i w spokoju pić sake. Przypadkiem spotyka tam swojego byłego nauczyciela, którego nazywa Senseiem. Wkrótce z przypadku robi się zwyczaj, a ze zwyczaju oczekiwany moment dnia. Zwykłe rozmowy zyskują na głębi, a samotność… smakuje już inaczej.

Tak, nie tylko pogoda, ale też ta książka są dziwne. Bo w zasadzie ciężko tu mówić o jakiejś prowadzącej w konkretne miejsce fabule. Historia złożona jest z coraz mniej przypadkowych spotkań i coraz bardziej głębokich rozmów. Toczy się powoli bez żadnego konkretnego kierunku. Od kieliszka do kieliszka coś powoli nabiera intensywności. Z jednej strony byłam trochę zdziwiona tym, ile razy można sięgać po alkohol, z drugiej strony, z zainteresowaniem śledziłam rozmowy, które z każdym spotkaniem robiły się bardziej zażyłe.


„Dziwna pogoda w Tokio” to przede wszystkim opowieść o znajomości, która zaczęła się niepozornie i rozwijała bez większych fajerwerków. A jednocześnie była bardzo dojrzała i głęboka. To nie jest historia ku pokrzepieniu serc, to relacja z codzienności, melancholijna, przepełniona samotnością. Nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji, po prostu szare życie i od czasu do czasu promienie słońca.

A w tle prawdziwa Japonia – a w zasadzie jej elementy: dużo kuchni, trochę kultury, problemów społecznych, widoków. Oraz oczywiście klimat: trochę melancholijny i kameralny, a jednocześnie wciąż intrygujący.

To jest książka dla osób, które cenią sobie powolną akcję, lubią szukać w dialogach drugiego dna i nie straszna im szara, czasem nudna, rzeczywistość. Wytrwali odbiorcy znajdą w powieści sporo ciepła, nieoczywistego dowcipu i odkryją przyjemność obcowania z naturalną, powoli rozwijającą się relacją.

Dominika Róg-Górecka

środa, 8 kwietnia 2026

Pomsta i pokuta Pauline – Louisa May Alcott

#WspółpracaRecenzecnka #Patronat #WydawnictwoMG 


Nie samymi nowościami człowiek żyje. Co jakiś czas uwielbiam sięgać po klasyki, zwłaszcza te od wydawnictwa MG. „Pomsta i pokuta Pauline” to nasz patronat, ale też naprawdę ciekawa powieść!


Tytułowa Pauline to kobieta inteligentna, silna i… skrzywdzona przez mężczyznę. A to sprawia, że ma w głowie tylko jeden cel: zemstę. By ją osiągnąć, nie cofnie się przed niczym, nawet przed wykorzystaniem swojego niewinnego adoratora. Jednak czy kara, którą planuje wymierzyć, nie skrzywdzi też jej samej?

„Pomsta i pokuta Pauline” wyróżnia się dwoma rzeczami: pięknym wydaniem i kwiecistym językiem. To pierwsze jest zasługą wydawnictwa MG, które doszło pod tym względem niemal do perfekcji. Piękna twarda okładka, świetnie opracowany tekst i ładne ilustracje. Jednak najbardziej podoba mi się tutaj spójność. Wszystkie książki Louisa May Alcott wydają w ten sam sposób, a ja mam dzięki temu naprawdę ładnie wyglądającą kolekcję.

Tym razem dzieło autorki „Małych kobietek” stawia na bardziej emocjonalne nuty. Powieść przepełniona jest emocjami, uniesieniami, westchnieniami i lametami. To nie wydarzenia, a uczucia, odgrywają pierwsze skrzypce w tej historii. A wszystko to za sprawą kwiecistego, lekko archaicznego języka. Tę powieść czyta się zupełnie inaczej niż współczesne publikacje – z niekłamaną przyjemnością zagłębiałam się w opowieść „napisaną” przez emocje.

Jednak czy te afekty i wzburzenia nie były czasem przesadzone? Zdecydowanie tak! Zwłaszcza jeden z bohaterów wydał mi się aż nadto zdeterminowany i dość naiwnie zakochany. To jest romans w starym stylu, tutaj krew dudni w uszach, serce bije jak szalone, a z emocji aż ciężko złapać oddech. Dla mnie jednak ten styl ma w sobie dużo uroku.

Co do przebiegu akcji, jest ona podporządkowana zemście Pauline. Część wydarzeń dzieje się za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności. Może trudno tu mówić o jakiś szczególnie zaskakujących zwrotach akcji, ale cała fabuła toczy się sprawnie i prowadzi do ciekawego, dającego do myślenia zakończenia.


Sama książka ma dość niewielką objętość, liczy sobie zaledwie 160 stron (nie odejmując ilustracji), ale udało się na nich zmieścić intensywną, emocjonalną opowieść. Na uznanie zasługują też bohaterowie: to ciekawe postacie o złożonych charakterach. Każdy z nich ma zarówno swoje wady, jak i zalety – przez co trudno ich jednoznacznie ocenić.

Największy kunszt autorki ujawnia się w dialogach – wiele się tutaj dzieje. Pauline uskutecznia zemstę, ale jednocześnie sama odpiera ataki. Dodatkowo w tle jest jeszcze dwójka bohaterów, którzy w mniej lub bardziej zamierzony sposób biorą udział w intrydze. Połączenie konfliktu interesów oraz etykiety owocuje rozmowami, które można interpretować na różne sposoby.

Czy warto sięgnąć po ten tytuł? Zdecydowanie tak. „Pomsta i pokuta Pauline” to książka krótka, ale treściwa i niezwykle intensywna pod względem emocji. Stanowi też przyjemną odskocznię od współczesnych tytułów.

A Ty lubisz klasyki? Znasz twórczość Louisa May Alcott?

Dominika Róg-Górecka


piątek, 3 kwietnia 2026

Urwany ślad – Jon Billman

#Recenzja #WydawnictwoCzarne


„Urwany ślad” to książka, którą trafiłam w idealnym momencie. Ostatnio jakoś bardziej ciągnie mnie do reportaży – fikcja schodzi na dalszy plan, choć wciąż mam słabość do azjatyckiej literatury. Prawdziwe historie działają jakoś mocniej, dłużej się w głowie kotłują. A jeśli chodzi o te mocno tajemnicze, niewyjaśnione sprawy, to już w ogóle trudno przejść obojętnie. Liczyłam, że ta książka przyniesie coś wyjątkowego, bo mowa o zniknięciach, których... mimo dużych nakładów pracy, nikt jak na razie nie rozwiązał. I właśnie to dostałam – wciągające śledztwo, trochę niepokojący klimat i takie myśli, które gdzieś zostają, nawet długo po zamknięciu ostatniej strony.


Autor zabiera nas na amerykańskie tereny parków narodowych – miejsca kojarzące się z dziką, piękną przyrodą, wielkimi przestrzeniami i wolnością. A właśnie tam, na przestrzeni lat, ludzi po prostu znikało bez śladu. „Urwany ślad” to próba poskładania tych historii w całość – autor rozkłada na części pierwsze konkretne przypadki, zestawia fakty, słowa świadków, działania służb i takie elementy, które zupełnie nie pasują do oficjalnych wersji. Książka ma charakter reportażu, ale czyta się ją jak solidny thriller non fiction. Co naprawdę rzuca się w oczy, to jak autor się angażuje w temat. Nie jest to zimny, bezosobowy wyciąg faktów. Wręcz przeciwnie – naprawdę czuć, że sporo czasu, energii i emocji włożył w tę pracę. Widać, że nie tylko chce opowiedzieć tę historię, ale też zrozumieć bohaterów, oddać sprawiedliwość rodzinom, a przy okazji wykazać się dociekliwością. Ta pasja aż przebija się przez tekst i dzięki temu czytelnik szybko wciąga się w opowieść.

No, ale muszę uprzedzić – nie oszczędza nam szczegółów. Miejscami jest ich wręcz za dużo: opisy, daty, nazwiska, procedury, mapki terenu. Dla jednych będzie to plus, ale są i tacy, którym te detale mogą ciążyć. Zwłaszcza, że co chwilę mamy dość gwałtowne przeskoki między wątkami i łatwo się pogubić, więc czasami trzeba zwolnić i sobie wszystko ułożyć w głowie. Ta mieszanka – sporo detali i pełne zaangażowanie autora – sprawia, że u mnie wywołała mieszane uczucia. Z jednej strony, jak już się zaczęło, trudno było się odrywać, kolejny rozdział wciągał jeszcze bardziej. Z drugiej zaś, czasem miałam ochotę odkładać książkę, bo wiedziałam, że nastąpi intensywna i, powiedzmy, wymagająca lektura. Momentami to już prawie przytłaczający napływ informacji.

Ciekawostką jest też to, że książka nie skupia się tylko na samych zaginięciach. Autor podejmuje temat poboczny, ale ważny – kompetencje służb, procedury, komunikację, a także zarządzanie parkami narodowymi. Dzięki temu „Urwany ślad” to nie tylko zestaw niewyjaśnionych historii, ale swoista analiza całego systemu. Wiedzy jest tu sporo, ale na szczęście autor potrafi o tym opowiadać tak, że nie gubi się czytelnik. Jasno, ciekawie i bez zbytniego nudzenia.

Gdybym miała wskazać coś, co mi trochę przeszkadzało, to właśnie ten ogrom detali – przydałoby się trochę ostrzejsze cięcie redakcyjne. Ale to już raczej kwestia tego, jak kto lubi czytać, a nie prawdziwa wada.

Podsumowując – „Urwany ślad” to taki reportaż, który mocno wciąga i zostawia po sobie pewien niepokój. Zmusza do myślenia, trochę jednak burzy poczucie bezpieczeństwa i pokazuje, jak często... no właśnie, ile tak naprawdę nie wiemy, nawet tam, gdzie nam się wydaje, że wszystko jest jasne.

Lubice reportaże? Koniecznie dajcie mi znać, co sądzicie o tym!

Dominika Róg-Górecka

wtorek, 31 marca 2026

Idzie Nowe. Manifest na koniec epoki ciszy - Milena Cybulska

#WspółpracaRecenzecnka #Limitless Mind Publishing Ltd 


Są takie momenty, kiedy lubię sięgnąć po coś, co nie jest klasyczną powieścią ani typowym czytadłem na wieczór. Coś, co trochę drapie, trochę zaskakuje, a trochę wywraca oczekiwania na lewą stronę. Właśnie dlatego „Idzie Nowe. Manifest na koniec epoki ciszy” Mileny Cybulskiej przyciągnęło moją uwagę. Już sam opis sugeruje literacki eksperyment – dystopię, która bardziej próbuje poruszyć czytelnika, niż dostarczyć mu linearnej fabuły.


Jeśli chodzi o sam zarys fabuły, ten jest tu właściwie zaledwie cienką nicią, na której autorka zawiesza swoje refleksje. Świat przedstawiony to rzeczywistość zmęczonego pokolenia – zagubionego w technologicznej alienacji, przeciążonego presją produktywności i bombardowanego uproszczonymi komunikatami kultury popularnej. To rzeczywistość, w której „wszystko da się sprzedać”, a człowiek powoli traci autentyczność. W tym świecie ktoś próbuje się zatrzymać, zadać pytania, odzyskać głos. To właśnie punkt wyjścia – fabularna rama, która jednak nigdy nie staje się główną bohaterką książki. 

Bo jest to książka zdecydowanie nietypowa. Autorka skupia się na emocjach, refleksjach i komunikatach, które mają zadziałać jak przystanki na trasie za szybkiego życia. Forma to zlepek manifestów, listów, aforyzmów, strzępów narracji i mocno poetyckich złotych myśli. Recenzenci słusznie zauważyli, że to nie tyle opowieść, ile literacka próba przytrzymania czytelnika za ramię i powiedzenia: „Hej, zatrzymaj się na chwilę”. W wielu miejscach książka przypomina esej w formie emocjonalnych impulsów – ekspresyjnych, momentami surowych. Czy są to refleksje przełomowe? Niekoniecznie. Raczej te, które każdy z nas nosi gdzieś pod skórą: po co tak pędzimy, dlaczego tak trudno nam być „tu i teraz”, czemu tak bardzo boimy się wsłuchać w siebie i innych. Nic odkrywczego – ale jednak potrzebnego. 

Autorka podkreśla, że świadomie stworzyła książkę prawie bez fabuły. I trzeba przyznać: cel osiągnięty. Szanuję odwagę w pisaniu rzeczy nieoczywistych. Ale muszę się przyznać, że moje czytelnicze serce miałoby ochotę na coś innego – na klasyczną dystopię, w której te refleksje stanowiłyby mocne tło. Dlaczego? Bo nawet to szczątkowe wspomnienie świata przyszłości, które autorka jedynie muska, było na tyle interesujące, że obudziło moje apetyty. Ten świat naprawdę dało się poczuć – i szkoda, że nie został szerzej wykorzystany do zbudowania opowieści, która mogłaby mieć siłę jeszcze większej literackiej petardy. 


W efekcie otrzymujemy książkę wartościową, ale też nie w pełni wykorzystującą swój potencjał. Z pewnością może być pretekstem do refleksji, zatrzymania się, spojrzenia na własne życie z innej perspektywy. Mocny język, poetyckość, czasem wręcz sentencyjność – wszystko to sprawia, że tekst budzi emocje i zachęca do podkreślania fragmentów. Ale gdyby była bardziej rozwinięta fabularnie, jej wymowa mogłaby być jeszcze silniejsza i bardziej wielowymiarowa, a całość mogłaby wybrzmieć donośniej niż manifest w próżnię.

Z drugiej strony – może właśnie o to tu chodziło? Może ta książka miała być bardziej doświadczeniem niż historią. Bardziej lustrem niż narracją. I trzeba przyznać: jako literacka prowokacja działa. Można się przy niej zatrzymać. Można się zirytować. Można się zachwycić. Ale trudno przejść obojętnie.

Podsumowując – „Idzie Nowe” to lektura nieoczywista i zdecydowanie nie dla każdego, ale dla wielu osób może stać się pretekstem do przemyśleń. Ja czuję pewien niedosyt, głównie przez niewykorzystany świat przyszłości, który aż prosił się o rozwinięcie. Ale szanuję formę eksperymentu i odwagę, z jaką autorka odrzuca konwencje. To książka, przy której mentalnie nie da się robić niczego „na autopilocie”.

Daj znać – lubisz takie literackie eksperymenty? A może jednak stawiasz na klasyczne formy?

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 26 marca 2026

Co robić, kiedy twój świat się wali – Laura Williams

#WspółpracaRecenzecnka #FeeriaYoung 


Od czasu do czasu lubię sięgnąć po poradnik. Zazwyczaj kończy się na przyjemnej lekturze, która wprowadza chwilowy spokój, ale nie wywraca niczego do góry nogami. Tym razem jednak było inaczej. „Co robić, kiedy twój świat się wali” nie tylko przyciągnęło moją uwagę, ale i całkiem niepostrzeżenie zaczęło zmieniać sposób, w jaki myślę o trudnych momentach.

Autorka, psycholożka kliniczna, prowadzi czytelnika krok po kroku przez zrozumienie, czym jest kryzys – ten nagły, oszałamiający, ale i ten cichy, codzienny, kiedy życie się nie wali, tylko delikatnie sypie. Omawia emocje, mechanizmy obronne, biologiczne i społeczne czynniki dobrostanu, relacje, lęk, wstyd, perfekcjonizm i sposoby odbudowywania poczucia bezpieczeństwa. Dużo tu praktyki: konceptualizacja problemów, mindfulness, regulowanie emocji, realne narzędzia, a nie suche recepty. To bardziej przewodnik niż typowy poradnik – taki, z którym można iść przez najgorsze tygodnie, ale i przez te zwyczajne.

Punktem wyjścia jest osobiste doświadczenie autorki. Williams opowiada o śmierci swojego męża i o tym, jak wygląda moment, w którym jedna wiadomość potrafi zmienić całe życie. Jej opis jest emocjonalny, poruszający, pozbawiony dystansu, który często wybierają autorzy piszący o traumach. To nie jest „teoria z gabinetu”, tylko szczera relacja osoby, która najpierw przeżyła tragedię, a dopiero później opisała to językiem psychologii. I to czuć w każdej części książki.

Jednocześnie – co jest tu ogromnym atutem – ta publikacja jest niesamowicie merytoryczna. Wiele poradników balansuje między lekkimi anegdotami a ogólnymi stwierdzeniami o sile pozytywnego myślenia. Tutaj dostajemy kompetentną, opartą na wiedzy i praktyce psychologicznej treść. Dużo teorii, ale podanej po ludzku. Dużo wyjaśnień, ale bez taniego moralizowania. Właśnie tego mi brakowało: czegoś, co nie tylko pociesza, ale też uczy.

Czy to książka wyłącznie dla tych, którzy mierzą się z traumą? Absolutnie nie. Trauma jest punktem wyjścia, ale treści dotyczą szerokiego spektrum wyzwań. Autorka pisze też o przestymulowaniu, codziennym lęku, trudnościach w relacjach czy przeciążeniu obowiązkami. Teoria, którą przedstawia, jest uniwersalna – przyda się każdemu, kto chce lepiej rozumieć siebie i innych. Bo dobrostan psychiczny, jak wiemy, nie jest zarezerwowany dla wybranych. Powiedziałabym wręcz, że to obowiązek społeczny, żeby od czasu do czasu zajrzeć w siebie głębiej niż tylko do zakładki „muszę zrobić na jutro”.

Książka łączy empatię z nauką, delikatność z konkretami. Nie ocenia. Nie narzuca. Nie udaje, że ból można wyłączyć jak aplikację w telefonie. Zamiast tego pozwala zrozumieć, że odwaga i kruchość mogą współistnieć, a słabość nie jest przeciwieństwem siły – raczej jej innym obliczem. I to jest piękne odkrycie.

Podsumowując: „Co robić, kiedy twój świat się wali” to poradnik, który naprawdę robi robotę. Pomaga, uczy, uspokaja i pokazuje, że nawet największy kryzys da się przejść, jeśli tylko pozwolimy sobie poczuć to, co i tak już czujemy. Jest to książka wartościowa, mądra i napisana z niezwykłą uważnością.

Jeśli szukasz lektury, która nie tylko pogłaszcze po głowie, ale też da Ci narzędzia do zrozumienia siebie – sięgnij po tę książkę. A potem wróć do mnie i powiedz, czy Ty też poczułaś, że ktoś wreszcie napisał poradnik, który naprawdę ma sens.

Dominika Róg-Górecka

sobota, 21 marca 2026

Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią – Takuya Asakura

#WspółpracaRecenzecnka #HarperCollins 


Ostatnio japońskie klimaty mają swoje pięć minut – i to nie tylko w kuchni czy designie, ale też w literaturze, która coraz chętniej korzysta z jednego fantastycznego motywu jako klucza do rozmowy o emocjach. Pojawia się odrobina magii, a potem powoli rozsupłuje się z niej opowieść o żałobie, winie, pamięci i tym, co niepowiedziane. „Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią” dokładnie tak działa: nie epatuje cudownością, tylko wykorzystuje ją, by delikatnie oświetlić to, co ludzkie i kruche.


Fabuła jest prosta, ale bardzo nośna. Gdzieś na granicy światów istnieje księgarnia, która pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś naprawdę jej potrzebuje. Prowadzi ją Sakura – tajemnicza, powściągliwa właścicielka – wraz z trójkolorową kotką Kobako. Do tego miejsca trafiają bohaterowie dźwigający ciężary, z którymi od dawna nie potrafili sobie poradzić: ktoś po stracie, ktoś z niedopowiedzeniem, ktoś z żalem, który nie daje spać. Każdy z nich wychodzi stamtąd z książką, która nie odpowiada na pytanie „czego szukasz?”, lecz „czego potrzebujesz”. I właśnie w tym tkwi cały urok.

Wątek samej księgarni jest naprawdę interesujący. Choć – jak to często bywa w takich historiach – dopiero ostatnie opowiadanie odsłania najwięcej szczegółów. Pomysł nie jest rewolucyjny, ale w morzu podobnych „miejsc‑magnesów”, które ostatnio przewinęły mi się przez ręce, ten wyróżnia się subtelnością. Zwłaszcza że, aby w ogóle do księgarni trafić, musi zadziać się kilka warunków, a spotkanie z Sakurą staje się czymś na pograniczu przypadku i przeznaczenia.

Każde z opowiadań porusza inny życiowy temat, a jednak wszystkie łączą się w jedną całość dzięki księgarni i jej nieuchwytnemu rytmowi. Podoba mi się też, jak ważną rolę grają tu książki – nie tylko jako rekwizyty, lecz jako żywy dialog z klasyką. Bohaterowie nie tyle czytają konkretne tytuły, ile wchodzą z nimi w rezonans. Dzięki temu powieść zyskuje dodatkową warstwę: to nie tylko historia o ludziach, ale też o tym, jak literatura zapuszcza korzenie w naszych doświadczeniach.


Klimat jest typowo japoński – powściągliwy, wyważony, a jednocześnie bardzo emocjonalny. W niewielu słowach mieści się tu dużo milczenia, tęsknoty i tego specyficznego „ale jednak”. Najmocniej wybrzmiała we mnie opowieść o dwóch siostrach, które inaczej zapamiętały to samo wydarzenie. Ta historia nie krzyczy – ona delikatnie skrzypi gdzieś pod żebrami, jak stare wspomnienie, którego nikt nie chce poruszać, ale które domaga się wysłuchania.

Zaskoczyła mnie też sama Sakura. W większości tego typu historii kustoszka magicznego miejsca jest urocza, ciepła, niemal nadprzyrodzenie serdeczna. Tutaj – nic z tych rzeczy. Sakura jest powściągliwa, cicha, a momentami wręcz nieprzystępna. Nie buduje atmosfery „miłego sklepiku”, tylko stawia swoich gości przed ich własnymi emocjami. I to właśnie ta oszczędność, a nie cukierkowość, dodaje całości charakteru.

Okładka? Cudo. Naprawdę. Pastelowa, miękka, subtelna – i dokładnie taka, jakiej ta historia potrzebuje. Już samą ilustracją obiecuje spokój, chwilę oddechu i to specyficzne poczucie, że zaraz wejdziemy do świata, który rozumie ciszę lepiej niż słowa.

Podsumowując: „Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią” to książka, która mieści się w modnym trendzie japońskich comfort‑powieści, ale jednocześnie nie tonie w tłumie. To cztery oszczędne, pięknie złożone opowieści o ludziach, którzy muszą przestać uciekać przed przeszłością. Zero tanich wzruszeń, za to dużo czułych, mądrych momentów.

„Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią” to jest książka jak spokojny poranek, w którym po raz pierwszy od dawna nic Cię nie goni. Nie musisz od razu się w niej zakochać, ale bardzo możliwe, że poczujesz ulgę, kiedy zamkniesz ostatnią stronę. I jeśli masz w sobie gotowość na trochę refleksji – naprawdę warto po nią sięgnąć.

Dominika Róg-Górecka

piątek, 20 marca 2026

Testujemy HIPP!

#współpracareklamowa @hipp.polska 


Moja mała córeczka od zawsze była typowym niejadkiem – wszystko trzeba było podawać po kilka razy, w różnych formach, w różnych humorach… aż tu nagle przyszła do nas paczka od HiPP Polska i postanowiłyśmy dać szansę ich produktom BIO. I wiecie co? Było warto! 😍


Największym zaskoczeniem okazało się spaghetti z pomidorami i mozarellą BIO – zniknęło szybciej, niż zdążyłam zrobić zdjęcie. 🍝✨ Penne z warzywami też poszło naprawdę nieźle, a owocowe desery i tubki mamy już wpisane na listę „ratunkowych przekąsek” na spacery.



Jako mama wiecznego smakowego sceptyka mogę powiedzieć jedno – kilka z tych przysmaków zdobyło jej prawdziwe uznanie. A to u nas duży sukces! 💛


A jak jest u Was – czy Wasze maluchy lubią produkty HiPP?

#bioodpokoleń #bobaslubiwybor #smakiodhipp #hipppolska #rozszerzaniediety #trnd

wtorek, 17 marca 2026

Jak znaleźć szczęście? – Mojo Graff

#WspółpracaRecenzencka #MojoGraff 




Jedną z pierwszych książek, jakie dostała moja córeczka z okazji narodzin, były „Jesteś wyjątkowa” i „Kocham cię” autorstwa Mojo Graffi Katarzyny Bielińskiej. Pokochałyśmy twórczość tej Pani całym sercem – ten ciepły styl, miękką kreskę i to uczucie, że ilustracje przytulają czytelnika, po prostu robią swoje. Nasza biblioteczka szybko wzbogaciła się o kolejne tytuły, a gdy okazało się, że będę mogła zrecenzować najnowszą książkę. Dlatego, gdy dowiedziałam się, że będę mogła zrecenzować „Jak znaleźć szczęście?”, bardzo się ucieszyłam.


Fabuła koncentruje się na czwórce przyjaciół, którzy – jak to często bywa w życiu – mają zupełnie różne wyobrażenia o tym, co właściwie daje szczęście. Każdy widzi idealny świat po swojemu, więc nic dziwnego, że szybko pojawiają się sprzeczki. Kiedy nadarza się możliwość wypowiedzenia życzenia, bohaterowie mogą wreszcie sprawdzić, jak wyglądałby ten ich wymarzony, perfekcyjny świat. Sęk w tym, że to, co zachwyca jednego, zupełnie nie odpowiada drugiemu, a kolejne życzenia wcale nie poprawiają sytuacji – wręcz przeciwnie, wszystko robi się jeszcze bardziej poplątane. W efekcie przyjaciele muszą działać razem, żeby odwrócić skutki swoich pragnień i odkryć, że różnorodność to wcale nie wada, a ogromna siła, bo każdy ma w sobie coś, co pozwala pokonać przeszkody i budować piękny, pełen barw świat.

O jej! Jaka ta książka jest piękna! W literaturze dla najmłodszych bywa różnie – czasem ilustracje są bardzo proste, symboliczne, mocno „pod malucha”. Rozumiem, że to ma swój cel, ale kiedy dostaję do rąk książkę tak wizualnie dopieszczoną jak „Jak znaleźć szczęście?”, nie mogę wyjść z podziwu. Te obrazy wciągają! Są jednocześnie pełne czułości i dynamiczne, jakby miały zaraz wyskoczyć z kartki i wskoczyć do naszego salonu. A do tego te błyszczące elementy na okładce… no uwielbiam! Widać tu charakterystyczny styl Mojo Graffi – słodki, dopracowany, pełen detali, a jednocześnie naturalny i miękki. Ilustracje stanowią ogromną część doświadczenia tej książki.


Sama myśl przewodnia jest niezwykle mądra i stanowi świetny punkt wyjścia do rozmów z dziećmi. Autorka pięknie pokazuje, że szczęście nie jest jedną uniwersalną receptą, lecz czymś zupełnie subiektywnym – czasem nawet sprzecznym między różnymi osobami. Bohaterowie odkrywają, że to, co jednego uszczęśliwia i zachwyca, drugiemu może zupełnie przeszkadzać. W dodatku jest tu też ważny motyw współpracy, bo przecież tylko razem można naprawić konsekwencje pochopnych życzeń. To prosta, ale bardzo trafiona lekcja: różnimy się po to, by się uzupełniać, a nie by stawiać mur między sobą.

Chociaż tematem przewodnim jest różnorodność, to mnie absolutnie zachwyciła ostatnia scena. Okazuje się bowiem, że zwykły dzień – identyczny jak ten z pierwszej strony, wcześniej uznany za nudny i mało satysfakcjonujący – to tak naprawdę kwintesencja szczęścia. Dla bohaterów to odkrycie, które zmienia wszystko, a czytelnik może jedynie pokiwać głową, bo… my, dorośli, też tego nieustannie się uczymy. Ile razy doceniamy coś dopiero, gdy to stracimy? Piękny pretekst, żeby porozmawiać o wdzięczności i o tym, że szczęście często leży tuż pod nosem, tylko trzeba je zauważyć.

Tempo akcji jest wyjątkowo dynamiczne jak na książkę dla maluchów. Dzieci nie będą tu wyłącznie oglądać obrazków, ale z zainteresowaniem śledzić kolejne zwroty akcji – życzenia, ich konsekwencje, próbę naprawienia sytuacji. Bohaterowie się nie nudzą, a czytelnik wraz z nimi. To jedna z tych historii, które można czytać wiele razy i za każdym razem dostrzec coś nowego.


A bohaterowie! Jest ich całkiem sporo, ale każdy ma swój charakter i małą „iskierkę wyjątkowości”, która wzbudza sympatię. Ich różne temperamenty świetnie ukazują, jak odmienne można mieć potrzeby i marzenia. Dzięki temu książka jest też bardzo inkluzywna – dziecko może z łatwością zidentyfikować się z jedną z postaci.

Podsumowując – „Jak znaleźć szczęście?” to piękna, mądra, wizualnie obłędna książka, która rozwija, wzrusza i zachwyca. Idealnie trafia w emocje najmłodszych (i tych starszych też!), a przy okazji otwiera drzwi do naprawdę wartościowych rozmów. To tytuł, który chce się mieć na półce na stałe, bo przypomina o sprawach prostych, ale fundamentalnych: że szczęście nie zawsze oznacza fajerwerki, a różnice między nami mogą tworzyć coś pięknego.

Jeśli więc szukacie historii, która nie tylko zachwyci oczy, ale też poruszy serce, to „Jak znaleźć szczęście?” będzie strzałem w dziesiątkę. A jeśli macie ochotę na więcej takich wartościowych, ciepłych tytułów, koniecznie sięgajcie po kolejne książki Mojo Graffi – naprawdę warto!

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 12 marca 2026

Tydzień, zanim umrę – Seo Eun-chae

#WspółpracaRecenzencka #Znak 


Ta książka mnie zaskoczyła – najpierw negatywnie, potem pozytywnie, i to bardzo. „Tydzień, zanim umrę” otworzyłam z oczekiwaniem miękkiej, kojącej lektury w klimacie cosy – a dostałam początek, który pachniał młodzieżówką z mocnym akcentem romantyczno‑metafizycznym. Przez moment pomyślałam: dlaczego wszyscy się tym tak zachwycają. A jednak – gdy fabuła ruszyła, coś zaskoczyło. Opowieść, która miała być lekką pociechą na wieczór, wciągnęła mnie w rozważania o stracie, winie i tym, jak odzyskuje się własne życie, kiedy kalendarz odlicza ostatnie dni. To wstęp, który nie obiecuje cudów – ale potem je ofiaruje.



Hee‑wan żyje w cieniu żałoby po Nam‑u – chłopaku, którego kochała jeszcze zanim zdążyła powiedzieć to na głos. Sześć lat po jego śmierci spotyka go na ulicy, jakby nic się nie stało. Tyle że wszystko się stało – według dawnej opowieści Śmierć przychodzi w postaci ukochanej osoby, a to spotkanie znaczy jedno: pozostał tydzień. Ten prosty koncept otwiera całą sekwencję małych i większych rzeczy, które „trzeba jeszcze zrobić” – kino, gwiazdy, wyjazd, te wszystkie listy, których normalnie nie piszemy, bo wydaje nam się, że mamy czas. Brzmi to jak klasyczna historia o drugiej szansie – ale szybko okazuje się, że tu „druga szansa” nie polega na cofaniu zegara, tylko na odważnym spojrzeniu w to, od czego się uciekało. Każda ich wspólna chwila jest jednocześnie listem do przeszłości i ćwiczeniem z przyszłości, której być może nie będzie – i właśnie to napięcie trzyma w lekturze najmocniej.

I czym byłam zaskoczona najbardziej? Na początku spodziewałam się typowej literatury cosy – ciepła, przewidywalna, miła w dotyku jak kocyk. Pierwsze rozdziały podkręciły tę intuicję, a mój optymizm szybko opadł, bo wyglądało, jakby historia chciała oprzeć się na jednym chwycie. Aż do momentu, w którym wchodzi inny narrator. Potem kolejny. I nagle – klik. Ta sama historia zaczyna wybrzmiewać inaczej. Wieloperspektywiczna konstrukcja okazała się strzałem w dziesiątkę. Nagle każdy wybór ma długie dno, każde niedopowiedzenie inny ciężar, a osoby stojące dotąd na dalszym planie dostają prawo głosu. Zmienia się nie tylko ton – zmienia się wymowa. Z „ładnej opowiastki o żałobie” robi się opowieść o odpowiedzialności, o tym, jak nasze małe gesty układają się w czyjąś wielką historię. W moim przypadku to był moment, gdy z ciekawości zrobiło się autentyczne zaangażowanie.

Narracja jest oszczędna, ale nie sucha – z tych, które w kilku linijkach potrafią narysować całą scenę i jeszcze zostawić miejsce na ciszę. Zdania są celne, dialogi pracują bez nadmiarowego melodramatu, a obrazy – choć proste – mają dobrą nośność. Czyta się szybko, a mniej więcej od połowy – wręcz błyskawicznie. Każda nowa perspektywa obiecuje kolejny puzzel do ułożenia i trudno nie wpaść w rytm „jeszcze jeden rozdział”.


Wątek fantastyczny bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Myślałam, że będzie tylko pretekstem – eleganckim, ale jednak dekoracyjnym. Tymczasem legenda o Śmierci w ukochanej postaci okazuje się żywym mechanizmem fabuły – czymś, co porządkuje emocje i stawia trudne pytania. Czy prawo do „spokojnego odejścia” może stać w konflikcie z prawem do miłości? Czy pamięć jest schronieniem czy ciężarem? Czy odwaga to powiedzenie „tak”, czy może umiejętność powiedzenia „dość”? Ten realizm magiczny jest tu jak dobrze dobrany filtr – nie przykrywa rzeczywistości, tylko wydobywa jej fakturę. Nie ma nadmiarowych wyjaśnień, nie ma też fabularnych skrótów na koszt sensu – wszystko jest rozpisane tak, by nadnaturalność oświetlała najzupełniej ludzkie wybory.

Okładka to osobny, piękny temat. Pastelowa paleta i delikatne, lekko zamglone tło wprowadzają atmosferę wspomnienia – jakbyśmy patrzyli na kadr, który dopiero próbuje się wyostrzyć. Typografia jest miękka, z oddechem – nic tu nie krzyczy, wszystko sugeruje. Jeżeli okładki bywają obietnicą tonu, to ta obiecuje dokładnie to, co dostajemy w środku – melancholijną czułość zamiast patosu, subtelność zamiast dekoracyjnej przesady. To jedna z tych okładek, które chce się mieć na wierzchu, bo pracują także po lekturze – przypominają, że intymność da się narysować kolorem i światłem.

Co jeszcze? Cieszy mnie konsekwencja w rysunku postaci – nawet jeśli nie wszyscy bohaterowie dostają tyle czasu antenowego, ile bym sobie życzyła, to każdy ma swój mały łuk, swoją wewnętrzną logikę i swój język. Podoba mi się, że autorka nie ucieka od tematów winy i żalu, ale też nie ugniata ich w łzawy dramat. Mamy sporo drobnych, czułych scen, które wybrzmiewają nie dlatego, że są „wielkie”, tylko dlatego, że są prawdziwe – rozmowa na krawędzi milczenia, gest zrobiony „tak po prostu”, spojrzenie, które mówi więcej niż deklaracja.

Podsumowując – zaczęłam z myślą, że to będzie „miła rzecz na wieczór”, po kilku stronach nabrałam wątpliwości, a skończyłam z przekonaniem, że mam przed sobą dobrze pomyślaną, czule napisaną powieść o odzyskiwaniu siebie. Wielogłos nadaje jej głębię, fantastyka działa jak soczewka, a tempo – choć nie sprintem od pierwszej strony – od pewnego momentu samo niesie. Finał jest satysfakcjonujący bez taniego szantażu emocjonalnego – zostawia w środku spokój, który nie zaprzecza bólowi, ale pozwala go unieść. Dla mnie to jedna z tych historii, które jeszcze chwilę rezonują po zamknięciu książki – wraca się do nich nie po sensację, tylko po szept.

Jeśli na starcie też pomyślicie „to chyba nie dla mnie”, dajcie „Tygodniowi…” kilka rozdziałów na zmianę zdania!

Dominika Róg-Górecka

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates