Rodzicielstwo bliskości – Agnieszka Stein
#WspółpracaRecenzencka #Mamania
Portal kulturalny - książki, recenzje, inspiracje, konkursy.


Czym właściwie są te książki? To nie klasyczne albumy ze zdjęciami ani zwykłe pamiętniki. To przemyślane, prowadzone pytaniami księgi wspomnień, które zapraszają babcię i dziadka do opowiedzenia swojej historii – od dzieciństwa, przez młodość, aż po dorosłe życie i rodzinę. Autorzy nie zostawiają tu miejsca na pustą kartkę bez kontekstu. Każda strona delikatnie prowadzi narrację, podsuwa tematy i pomaga nazwać to, co często trudno ubrać w słowa. Dzięki temu nawet osoby, które na co dzień nie piszą lub niechętnie wracają do przeszłości, dostają bezpieczną, uporządkowaną przestrzeń do wspomnień.
Ogromnym atutem obu albumów jest ich wydanie. To książki solidne, estetyczne i naprawdę dopracowane. Twarda oprawa sprawia, że od pierwszego kontaktu czuć, iż mamy do czynienia z czymś trwałym, a nie jednorazowym gadżetem. Papier jest gruby, przyjemny w dotyku, a całość zaprojektowana tak, by przetrwać lata – dokładnie tak, jak historie, które mają się w nich znaleźć. Układ „Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku” jest bardzo podobny, co daje poczucie spójności i porządku. Po lewej stronie często pojawiają się ciekawostki lub fakty z czasów młodości – realia historyczne, codzienne drobiazgi, elementy, które uruchamiają pamięć. Po prawej natomiast znajduje się miejsce na osobiste wpisy: odpowiedzi na pytania, anegdoty, wspomnienia. Na przykład o tym, jak dziadkowie się poznali, jak wyglądała ich pierwsza praca, czego bali się jako dzieci, co było dla nich ważne.
I tu naprawdę trudno nie powiedzieć: jej, jakie to jest dobre. Wzruszające, mądre i piękne w swojej prostocie. Te albumy mają w sobie ogromny potencjał emocjonalny. Jeśli ktoś zdecyduje się je wypełnić – nie po łebkach, ale z sercem – powstanie pamiątka absolutnie bezcenna. Coś, co po latach wnuczka czy wnuk będą czytać z wypiekami na twarzy. Coś, co pozwoli dzieciom spojrzeć na swoich rodziców w zupełnie innym świetle, bo odkryją ich jako dzieci, młodych ludzi, marzycieli.
Warto jednak powiedzieć uczciwie: to nie są książki „na jeden wieczór”. Pisania jest naprawdę dużo. To proces, który wymaga czasu, skupienia i gotowości do powrotu do przeszłości. Nie każdemu taki sposób spędzania czasu przypadnie do gustu. Dla niektórych może być to wyzwanie, a nawet lekkie obciążenie. Ale właśnie w tym tkwi sens. Te pytania poruszają tematy, o których w codziennym biegu się nie rozmawia. A potem przychodzi moment, gdy jest już za późno i zostaje żal, że nie zapytaliśmy.
„Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku” dają pretekst do rozmów, do wspólnego siedzenia przy stole, do wspominania. Nawet jeśli nie wszystko zostanie zapisane od razu, już samo otwarcie tych albumów może być początkiem ważnych rozmów. Dowiedzą się z nich nie tylko wnuki, ale także dzieci. To piękny most między pokoleniami. Dla mnie to nie tylko książki – to inwestycja w pamięć. I naprawdę warto ją podjąć.
Dominika Róg-Górecka
#WspółpracaReklamowa dla Frosta.pl
Zamiast klasycznego gotowania, postawiłam na pieczenie, bo piekarnik robi większość pracy za nas. Zasada w każdym przepisie była taka sama:
mięso lub ryba + mrożonki + przyprawy → wszystko do brytfanki → piekarnik
Bez rozmrażania, bez osobnych garnków. Tylko jeden zapiekany obiad.
Zasada wspólna dla wszystkich przepisów
To rozwiązanie idealne na dni, kiedy chcesz zjeść coś domowego, ale nie masz czasu ani energii na gotowanie „na raty”.
1. Schab pieczony z fasolką mrożoną oraz marchewką z groszkiem
Najbardziej klasyczne i sycące połączenie.
Do brytfanki trafiła:
Całość doprawiłam solą, pieprzem i ulubionymi ziołami, skropiłam tłuszczem i wstawiłam do piekarnika. Mięso piecze się razem z warzywami, które przechodzą jego smakiem i nie wymagają żadnej wcześniejszej obróbki.
To dobry przykład na to, że mrożonki sprawdzają się nie tylko jako dodatek, ale jako pełnoprawna baza obiadu.
2. Dorsz pieczony z fasolką oraz marchewką z groszkiem
Ten sam zestaw warzyw, zupełnie inny efekt.
Dorsz to delikatna ryba, dlatego pieczenie z mrożonkami bardzo dobrze się tu sprawdza – warzywa chronią rybę przed przesuszeniem, a całość wychodzi lekka, ale nadal konkretna.
Do brytfanki:
Minimalna ilość przypraw i gotowe. To obiad, który spokojnie sprawdzi się także jako lżejsza kolacja.
3. Łosoś pieczony z mrożonką „zupa kalafiorowa” i fasolką z puszki
Najbardziej nieoczywisty wariant z całej trójki.
Do naczynia żaroodpornego trafił:
Zupa kalafiorowa została użyta nie jako zupa, ale jako gotowa mieszanka warzywna do pieczenia. Po upieczeniu stworzyła kremową, warzywną bazę pod rybą, a fasolka dodała sytości.
To przykład na to, że mrożonki można wykorzystywać zupełnie inaczej niż sugeruje nazwa na opakowaniu.
Dla mnie to realne ułatwienie codziennego gotowania – szczególnie wtedy, gdy liczy się czas, prostota i powtarzalność, która się nie nudzi.
Fabuła? Zaczyna się od młodego maga, który dziedziczy potężną księgę. Brzmi epicko? No cóż, problem w tym, że Alser – bo tak ma na imię nasz bohater – nie ma pojęcia, jak się nią posługiwać. A księga, jak na magiczny artefakt przystało, ma swoje humory i potrafi wpakować właściciela w kłopoty szybciej, niż zdąży pomyśleć „to na pewno dobry pomysł”. Do drużyny dołączają wampir-wyrzutek, elfia księżniczka uciekająca sprzed ołtarza i nietypowy poszukiwacz przygód. Razem tworzą ekipę, która ma zapobiec katastrofie… choć sami nie do końca wiedzą, jak. Brzmi jak początek żartu? A jednak działa – i to znakomicie.
„– Bezużyteczny człowiek w lesie. Błąd. – Powiedział nagle krasnolud. – Dla nas zaś szczęśliwy przypadek”.
Już od pierwszych stron można wyczuć, że największym atutem tej powieści jest humor. Czeka nas dowcip w najróżniejszych formach: w dialogach, kreacji świata, postaci, samej fabule – dosłownie na każdym kroku. To humor ironiczny, pełen ciętych ripost, z mnóstwem nawiązań do popkultury i klasyki fantasy. Miłośnicy gatunku, szczególnie Pratchetta, będą zachwyceni! Autorka bawi się konwencją, mruga do czytelnika, a jednocześnie nie zapomina o tym, że dobra historia musi mieć serce. Pod warstwą żartów kryje się refleksja o przeznaczeniu, przypadku i tym, że nie wszystko da się kontrolować – nawet z potężną księgą w ręku.
Co do fabuły – ma ogromny potencjał. Przygoda jest ciekawa, wielowątkowa, chociaż momentami dość chaotyczna. Bohaterowie często się rozdzielają i realizują zupełnie oddzielne misje, których celu sami nie są do końca świadomi. Z jednej strony jest to komiczne, z drugiej – sprawia wrażenie pewnego bałaganu w strukturze opowieści. Tempo akcji bywa nierówne: raz pędzi jak smok po trzech kawach, innym razem zatrzymuje się na dłużej, by pogłębić relacje między postaciami. Czy to wada? Niekoniecznie – ale widać, że to debiut.
„Czy można winić króla za krwawe mordy przeciwników politycznych? Konstypacja nie była tak małostkowa, jako królowa prawdopodobnie zrobiłaby to samo”.
Zwroty akcji? Ciekawe, dynamiczne i często… mocno losowe. „Przeznaczeni do przypadku” to książka, w której niespodzianki wyskakują zza pleców bohaterów jak króliki z kapelusza. Czy to minus? Jeśli ktoś lubi perfekcyjnie zaplanowane intrygi – może się krzywić. Ale jeśli cenisz spontaniczność i element zaskoczenia – będziesz się bawić świetnie.
Za to absolutnie uwielbiam motyw główny, czyli księgę, która sama pisze opowieść! To pomysł świeży, intrygujący i dający ogromne pole do zabawy. Tak samo jak wszystko, co się z nią wiąże – w tym narracja, która momentami zdaje się komentować wydarzenia z przymrużeniem oka. Genialne rozwiązanie, które dodaje książce charakteru.
„– Skąd mam mieć pewność, że puścicie mnie wolno, kiedy już wam pomogę? (...)
– Och. Na razie musi ci wystarczyć pewność, że w przeciwnym wypadku cię nie puścimy”.
Równie fajnie prezentują się bohaterowie. Każdy z nich reprezentuje pewną klasę i przełamuje (lub wyolbrzymia) przypisane jej stereotypy. Wampir, który jest wyrzutkiem, elfka uciekająca sprzed ołtarza, mag, który nie ogarnia własnej mocy – brzmi jak drużyna z różnych bajek, ale razem tworzą mieszankę wybuchową. Ich interakcje są zabawne, pełne spięć i zaskoczeń. To właśnie ta nieszablonowa ekipa sprawia, że przygoda nabiera rumieńców.
Dodam jeszcze, że styl Moniki Żelewy jest lekki, plastyczny i bardzo przystępny. Bez zbędnego patosu, z naturalnym rytmem i polotem. Dialogi są błyskotliwe, choć czasem aż nazbyt „mądre” jak na sytuację – ale to drobiazg. Autorka potrafi rozbawić, wzruszyć i zaskoczyć, a to w fantasy nie jest wcale takie oczywiste.
„– Będę miał przez to kłopoty (...) Studentom nie wolno korzystać z dywanów Szkoły bez pisemnego zezwolenia przedstawiciela kadry...
– A co wasz regulamin mówi na temat zaniedbywania obowiązku ratowania świata i narażaniu innych na niebezpieczeństwo poprzez kurczowe trzymanie się regulaminu?”.
Podsumowując: „Przeznaczeni do przypadku” to książka, która poprawia humor, wciąga i zostawia po sobie ciepłe wrażenie. Nie jest idealna – momentami chaotyczna, z fabułą, która lubi się rozbiegać – ale nadrabia pomysłowością, humorem i sympatycznymi bohaterami. Jeśli szukasz lekkiej, zabawnej fantastyki z twistem i mrugnięciem do Pratchetta – to jest lektura dla Ciebie.
Na koniec – czy przypadek jest nowym przeznaczeniem? Sprawdź sam. A potem wróć i powiedz, czy drużyna z przypadku skradła Ci serce.
Dominika Róg-Górecka
Recenzja we współpracy z portalem nakanapie.pl