Featured

poniedziałek, 23 maja 2022

Pamiętnik szeptuchy – Dorota Gąsiorowska



Wybierzemy się dziś na nasze piękne Podlasie, by odkryć tajemnice tam drzemiące i przeżyć niesamowitą podróż literacką. Ściśle rzecz ujmując, zabierze nas tam Dorota Gąsiorowska, która uraczyła nas cudowną trylogią zatytułowaną Dni mocy. Dziś na tapet weźmiemy pierwszy jej tom: Pamiętnik szeptuchy.

 

Tytuł: Pamiętnik szeptuchy

Cykl: Dni mocy

Autor: Dorota Gąsiorowska

Wydawnictwo: Znak litera nova


Bohaterką pierwszego tomu jest Natasza, popularna modelka, mimo młodego wieku odnosząca w show-biznesie niemałe sukcesy. Pewnego dnia, pod wpływem niczym niewytłumaczalnego impulsu, zamiast na umówione spotkanie z producentem filmowym wyrusza na Podlasie. Wskutek dziwnego zbiegu okoliczności Natasza trafia do ukrytej w lesie chatki tajemniczej zielarki Salmy. To wydarzenie na zawsze odmieni życie jej i jej bliskich. Jak potoczą się losy modelki, jaką tajemnicę z przeszłości ukrywa Elżbieta, matka Nataszy i czy nasza bohaterka znajdzie miłość swojego życia? Tego będziecie musieli dowiedzieć się sami, ja obiecuję Wam tylko niesamowitą ucztę literacką.


Jeżeli już trochę mnie znacie, to wiecie, że nie za bardzo przepadam za fantastyką i opowieściami, w których jedną z ważniejszych ról odgrywają zjawiska nadprzyrodzone. Dlatego, "z pewną dozą nieśmiałości" podeszłam do tej książki. Szeptuchy, tajemnice z przeszłości, stary pamiętnik? Czy to, aby na pewno lektura dla mnie? – pomyślałam. Moje wątpliwości rozwiały pierwsze strony tekstu. Kiedy tylko otworzyłam tę powieść, nie mogłam się od nie oderwać. Historia Nataszy wciągnęła mnie niemiłosiernie i nie mogłam doczekać się końca pracy, by jak najszybciej do niej wrócić.


W tym utworze ujęło mnie wszystko, począwszy od kreacji głównych bohaterów, na dziejach Mildy kończąc. Jej historia, której tak bardzo się obawiałam, po prostu mnie zachwyciła i jestem przekonana, że Wy również nie będziecie się mogli od niej oderwać.


Już zazdroszczę Wam spotkania z bohaterami. Autorka stworzyła niebanalną galerię protagonistów, których się nie zapomina. Z Nataszą i Olgą zaprzyjaźnicie się na pewno, Aleks sprawi, że Wasze serca zabiją mocniej, a Elżbieta, no cóż, Elżbieta... Nie ulega wątpliwości, że też musicie ją poznać. I nie zapominajmy również o Salmie, Mildzie i wielu innych, którzy na pewną wywołają w Was niesamowite emocje.


W tej książce jest jeszcze coś, co czyni ją wyjątkową. Są to mianowicie piękne opisy podlaskiej przyrody, I nie, nie obawiajcie się, nie mają one nic wspólnego z Elizą Orzeszkową i jej Nad Niemnem. Te opisy chłonie się jednym tchem, a powieść dzięki nim staje się jeszcze ciekawsza.


I jeszcze jedno ostrzeżenie. Nie siadajcie do jej lektury Broń Boże, głodni. Bohaterowie jedzą tu dużo i bardzo smacznie. Mam nieodparte wrażenie, że podczas jej lektury przytyłam tak ze dwa kilogramy. I na pewno nie miała z tym nic wspólnego Coca-cola, która stała obok:)


Serdecznie Was zapraszam w tę przepiękną, literacką podróż na Podlasie. Na pewno nie będziecie się tam nudzić, a ja ze swej strony obiecuję, że już niedługo zabiorę Was tam jeszcze dwa razy. Miłej podróży i do następnego!


Dorota Skrzypczak

piątek, 13 maja 2022

Czy z tym domem mi do twarzy – Carsten Henn



„Czy z tym domem mi do twarzy” nie jest typowym poradnikiem wnętrzarskim. Nie spodziewałam się jednak tego, jak daleko idąca jest ta jego nietypowość!


TytułCzy z tym domem mi do twarzy
Autor: Agnieszka Załubska
Wydawnictwo: Załubska studio

Książka stanowi rodzaj doświadczenia, podczas którego śledzimy monolog poszczególnych części Domu (tak, Domu przez duże D). Trzeba przyznać, że mają one naprawdę sporo do powiedzenia. Od historii po przysłowia, od opisu emocji, po ich dokładną analizę. Dowiadujemy się naprawdę sporo, chociaż formę przekazywania tych informacji ciężko nazwać uporządkowaną. Jest to zwyczajna rozmowa, podczas której rozmówca na bieżąco wymyśla, o czym chce opowiedzieć. Z jednej strony jest to dość naturalny sposób wypowiedzi, przez co książkę czyta się lekko i szybko. Z drugiej jednak odnaleźć konkretne fragmenty, by po do nich później wrócić.

Punktem wyjścia dla tej publikacji jest psychologia designu. Autorka porusza techniczne elementy projektowania nijako mimochodem. Tym razem najważniejsze jest stworzenie miejsca, w którym domownicy będą się czuć, jak u siebie w Domu. Pada więc dużo pytań o emocje, odczucia, czy ulotne wrażenia. Autorka posiłkuje się też licznymi przykładami, czy anegdotami mającymi lepiej zobrazować jej myśl. Wszystko to razem tworzy wrażenie bardziej opowieści o Domu, niż książki, która ma nas nauczyć wybierać poduszki. Pod sam koniec czułam się żyta z bohaterami. Co ciekawe, również klimat tej publikacji mogę ocenić jako ciepły i rodzinny (co raczej nie występuje w przypadku typowych poradników).

Ciekawym dodatkiem są też ćwiczenia, którymi autorka skłania nas, żeby zastanowić się nad swoimi emocjami, czy osobistym poczuciem piękna. Dzięki nim przekaz tej publikacji jest jeszcze wyraźniejszy. Podczas ćwiczeń pojawił się też pewna niezamierzona, jak zakładam, zabawna sytuacja. Pozwólcie, że zacytuję: „Spróbuj zatem znaleźć najbardziej frustrujący cię aspekt w relacji z miejscem, w którym mieszkasz. Na przykład niechciane przedmioty, źle ustawione meble, brak balkonu czy nieudekorowana przestrzeń”. Tu pomyślałam sobie, że to będzie coś dla mnie! Nie mam balkonu, co mnie bardzo irytuję. Byłam więc bardzo ciekawa porady, a brzmiała ona tak: „Zastanów się następnie, jak można to naprawić (…). A potem po prostu zrób to”. No i trochę w kropce jestem, bo nie wiem, co wspólnota kamienicy na to, że dobuduję sobie balkon kosztem ich podwórka.

Plusem tego tytułu jest to, że zwraca uwagę na kwestie, o których często zapominamy, a które mimo wszystko są bardzo ważnie. Nie liczą się tylko modne dodatki, czy praktyczne rozwiązania, ale takie dekorowanie wnętrz, by czuć się w nich dobrze.

Minusem są za to błędy interpunkcyjne. Jak to bywa w przypadku własnych wydawnictw, tak i tym razem parę pomyłek nie udało się korekcie wychwycić.

Domyślam się też, że nie do każdego ta forma przemówi. Osoby, które potrzebują prostych rad, bardziej technicznych rozwiązań i wskazówek, mogą się poczuć lekko rozczarowane. „Czy z tym domem mi do twarzy” to świetny punkt wyjścia do remontu. Publikacja, która zwróci uwagę na psychologię, w żaden jednak sposób nie zastąpi typowego poradnika, z prostymi, technicznymi poradami.

Dominika Róg-Górecka

wtorek, 10 maja 2022

Jak mniej gotować i wciąż mieć co jeść


Zaglądasz do lodówki, a tam tylko chłód i światełko? A może masz tylko 15 minut przerwy między callami na odgrzanie obiadu, tylko, że nie ma czego odgrzewać? Albo jeszcze gorzej, restauracja co prawda pobrała pieniądze z karty, ale ich kierowca utknął w korkach i niby się spieszy, ale tak w praktyce jednak nie? Znasz te sytuacje? Jeśli tak, to prawdopodobnie tak jak ja, żyjesz w biegu. Ale pewnie jeść nadal lubisz? Witaj w klubie!


Przygotowywanie jedzenia zawsze zajmowało sporo czasu. Rozbijanie kotletów, obtaczanie w bułce i smażenie. W międzyczasie siekanie sałatki, obieranie ziemniaków i ich ubijanie. Stop! Naprawdę można inaczej. Uprzedzam, nie będzie szczególnie tradycyjnie! Medalu idealnej pani, czy idealnego pana domu za to nie dostaniecie, za to zyskacie trochę czasu, by cieszyć się życiem! Przynajmniej ja mam takie plany.


Moje pomysły uszeregowałam od tych, które zajmują najwięcej czasu, do tych turbo-czas-oszczędnych! Część z pewnością znasz, inne mogą być dla Ciebie ciekawą inspiracją. A więc... zaczynajmy!


Czas

Kiedy znajdujesz w sobie pokłady cierpliwości, które wystarczą na przygotowanie jedzenia, mierz siły na zamiary, a konkretnie... sprawdź czas przygotowania. Dania są różne, niektóre zajmują 5-10 minut, inne kilka godzin.

… i sposób przygotowania
Koniecznie zwróć też uwagę, jak przebiega proces przygotowywania. Ja uwielbiam te, które odbywają się samodzielnie. Jeśli wrzucisz warzywa na patelnię, będziesz je musieć co chwilę mieszać. Do tych w piekarniku trzeba podchodzić o wiele rzadziej.

Kolejnym świetnym patentem są zupy krem. Składniki należy tylko z grubsza pokroić, a następnie gotuje się „samo”. Na koniec trzeba tylko całość zblendować, doprawić i gotowe!

Zainteresuj się też parowarem. Ja mam taki, który umożliwia zaprogramowanie różnego czasu gotowania dla poszczególnych przegród. Tutaj też należy tylko wszystko pokroić i włożyć do urządzenia. Co ciekawe, również kotleciki przygotowane w ten sposób są mniej kłopotliwe, nie trzeba ich przewracać i sprawdzać, czy są gotowe w środku. Dedykowane programy dają Ci pewność, że wszystko gotuje się tyle czasu, ile powinno. Co więcej, Ty nie musisz przy tym stać!


Gotuj na zapas
Jeśli ważne jest dla Ciebie to, żeby samemu przygotować każde danie... gotuj więcej. Zaplanuj swoje tygodniowe menu i przygotuj na przyszłość to, co może chwile poleżeć w lodówce.
Świetnie sprawdzają się zupy, które można mrozić.


Co więcej, nie oznacza to, że musisz cały czas jeść to samo. Jeśli robisz kotleciki, połowę mięsa włóż do brytfanki i upiecz. Tak samo jeśli masz gęstą zupę kremową, to zanim ją rozwodnisz, część odlej i wykorzystaj następnego dnia, jako sos.

Pamiętaj też o kreatywnym wykorzystaniu resztek. Masz makaron z obiadu i kiełbasę z kolacji? Przygotuj masę omletową, dodaj pozostałe składniki i usmaż.

Niektóre sposoby są szybsze od innych
Uwielbiam ziemniaki gotowane w tzw. mundurkach. Ponoć skórka ziemniaków ma wiele wartości odżywczych. Jedyne co robię, to dokładnie je myję. To oczywiście z troski o zdrowie, nie lenistwo!
Lubisz jajka na twardo? Zamiast gotować za każdym razem dwa, ugotuj 6!

Robisz ciasto? Oddaj ugniatanie robotowi, a ubijanie mikserowi, którego nie trzeba trzymać w ręku. Wybieraj też ciasta, które ograniczają się do zmieszania składników. Polecam też wykorzystać jako spód biszkopty lub... zmielone orzeszki. Jako polewa świetnie nadaje się masło orzechowe. I tak oto zdradziłam Wam mój sekret na błyskawiczny sernik :)

Pewnie masz też swoje patenty na rezygnowanie z czynności, które zajmują czas. Warto mieć je w pamięci, gdy pobyt w kuchni nie jest naszym celem dnia.


Rób to, co znasz
Kocham testować nowe przepisy, ale nie wtedy, kiedy się spieszę. Eksperymenty są dobre w weekend, a nie wtedy, kiedy pędzisz między jednym spotkaniem a drugim, lub padasz na twarz po całodziennej walce z deadlinami.


Sprawdź lodówkę i planuj
Bądźmy realistami, ja też mam czasem ochotę na duszonego pstrąga, kiedy w lodówce mam tylko parówki. Jednak bieganie co chwilę po kolejny składnik to może dobry patent na kondycję, ale też spora strata czasu.

Po pierwsze, planuj! Rób zakupy rzadziej, a mądrzej. Kupuj tylko to, co naprawdę Ci się przyda, co lubisz i co jest łatwe w obróbce.

Po drugiej, kupuj z głową! Ja rozumiem, że w dziale z warzywami wszyscy czujemy w sobie ducha zmiany, który od tej pory będzie się tylko żywił zieleniną, a w dziale mięsnym nagle przypominamy sobie przepis na wyśmienitą pieczeń. Opanuj swojego idealistę i kupuj tylko to, co naprawdę wykorzystasz. Nie pakuj do koszyka produktów, z którymi chciałbyś, żeby zobaczył cię sąsiad. Bądź realistą i pomyśl, ile razy w ciągu tygodnia będziesz robić zapiekankę warzywną. Raz? Wcale? W takim razie odłóż te pięć kilo papryki na regał. Ale już! Rozsądne kupowanie to też świetny patent na niemarnowanie żywności! A jak za jednym zamachem można oszczędzić czas, portfel i planetę, to ja nie mam pytań!

Kiedy jesteś w podbramkowej sytuacji, zanim zdecydujesz, co ugotujesz... sprawdź lodówkę. Pomyśl, jak kreatywnie możesz połączyć to, co masz, Zajrzyj do półek i spiżarni. Nie masz sosu? Użyj fasolki po bretońsku... z sosem pomidorowym. A może dysponujesz musztardą? Dodaj olej, wodę i przyprawy! Szybki sos gotowy!

Pogódź się z półproduktami
Ale, że jak to? Żeby tak iść na łatwiznę i kupować coś, co jest już praktycznie gotowe? Zgadza się! Kupuj to, czego przygotowanie zajmuje najwięcej czasu np. sos i mięso. Kasza, czy ryż robią się bez większego zaangażowania.

Zainteresuj się też słoikami, czy konserwami, bo to już prawie gotowe danie! Na przykład tuńczyk z puszki, makaron i oliwki, to już gotowe i pyszne danie!

Możesz też od razu skorzystać z gotowych dań. Jeśli awaryjne sytuacje zdarzają Ci się co jakiś czas, wybierz te mrożone. Mają dłuższy termin ważności.

Tylko uwaga! Dania gotowe nie bez powodu podejrzewane są o całe zło tego świata. Mądre kupowanie oznacza też sprawdzanie składu. Całe szczęście mamy już do dyspozycji mnóstwo świetnych, zdrowych produktów. Ale są też te całkiem parszywe. Nie sugeruj się ani ceną ani reklamą. Wiele razy natknęłam się na produkty, które wręcz zapewniały, że uczynią ze mnie zdrowego wegetarianina, jednak z większym prawdopodobieństwem mogły doprowadzić do cukrzycy. Niemile można się zaskoczyć przy różnego rodzaju pastach warzywnych, czy mlekach roślinnych.

Najlepiej znajdź sprawdzone produkty i się ich trzymaj!


Spróbuj dietę pudełkową
Dieta pudełkowa to naprawdę niesamowita wygoda. Nie trzeba się martwić przygotowaniem jedzenia, gotowaniem i sprzątaniem. Jedzonko trafia do Ciebie w wybrane dni, a Ty możesz je tylko pałaszować.
Jeśli odrzucasz ten patent, wychodząc z założenia, że Cię na to nie stać, to... zatrzymaj się. Jakiś czas temu dodałam wpis o tym, kiedy dieta pudełkowa może się opłacać i co zrobić, by z niej efektywniej korzystać. Jeśli jeszcze nie znasz tego wpisu, to polecam się z nim zapoznać.

Warto mieć na uwadze, że dieta pudełkowa daje wiele swobody i naprawdę nie musi być zamawiana codzienne. Jeśli określone dni tygodnia są dla Ciebie wyjątkowo ciężkie, to właśnie na nie możesz zaplanować dostawę. Niektóre cateringi są jeszcze bardziej elastyczne i pozwalają wybrać konkretne posiłki. Jeśli np. w środę i czwartek wystarczy Ci obiad, to zamów odpowiedni zestaw np. dwie podwójne porcje obiadowe. Gdy masz w planach być zajęta cały dzień – idealnie sprawdzi się menu uwzględniające wszystkie posiłki. Przykładowo taką elastyczność zapewnia Primate diet.


Mam nadzieję, że udało się Wam znaleźć coś, co usprawni Wam gotowanie i oszczędzi chociaż odrobinę czasu. Chętnie poznam też Wasze sposoby!


Dominika Róg-Górecka

materiał sponsorowany

poniedziałek, 9 maja 2022

Spacerujący z książkami – Carsten Henn



Czasy się zmieniają, życie idzie do przodu, ale jedno jest niezmienne. Wciąż czytamy książki! Mają już inne formy, zamawiamy je różnymi drogami, interesują nas odmienne tematy, ale... czytamy. Nie zmienia to jednak faktu, że branża wciąż się zmienia. Dla pewnego księgarza będzie to nie lada wyzwanie!


Tytuł: Spacerujący z książkami

Autor: Carsten Henn

Wydawnictwo: Marginesy


Dzień dobry! Przyniosłem zamówioną książkę!

Dla Carla książki są wszystkim, ale jeszcze więcej przyjemności, niż ich czytanie, daje mu ich dostarczanie. Chociaż z każdym rokiem jest mu coraz trudniej, nie ustaje w wysiłkach i osobiście przynosi powieści swoim klientom. Zawsze robi to sam, aż tu nagle... ktoś chce mu pomóc. Mała dziewczynka, dla której jego praca to wspaniała przygoda. Niestety nie wszyscy tak myślą, a nowa szefowa księgarni nie ma już takiego przywiązania do tradycji, jak poprzedni właściciel. Co na to Carl? On po prostu dostarcza książki, ale też rozmawia z klientami, słucha ich i towarzyszy im w codzienności. Jednak jak długo?


Prawdziwa perełka

Na rynku książki, wśród nowości, naprawdę ciężko znaleźć coś, co wyróżnia się na tle konkurencji. Większość tytułów to miałka nijakość. Oczywiście literatura nie ogranicza się do premier, ale jeśli będziemy szukać wśród nich czegoś oryginalnego, nie będzie to łatwe zadanie. Tymczasem... udało się! „Spacerujący z książkami” to powieść niepodobna do innych! Pełna czaru, dobrych emocji i walki o marzenia. Przede wszystkim opowiada niesamowicie ciepłą historię, której fabuła jest niepodobna do niczego, co do tej pory czytałam. A było tego naprawdę sporo!


Nie zawsze jest dobrze, ale zawsze warto o to walczyć

W powieści przede wszystkim urzekł mnie klimat. Fabuła nie jest przepakowana akcją, opowiada o spotkaniach zwykłych ludzi, o ich życiu, mniejszych i większych problemach, które w jakiś sposób się ze sobą zazębiają i tworzą wielką, różnobarwną społeczność.

Czytając „Spacerującego z książkami”, czułam się nie tylko zaintrygowana biegiem wydarzeń, podobał mi się już sam proces zaznajamiania się z lekturą. Klimat, który tworzy ta opowieść, jest unikatowy! Jest niczym wizyta w przytulnej kawiarni, po prostu nie chce się wychodzić!


Nie oznacza to jednak, że historia ta złożona jest z samych łatwych tematów. Wręcz odwrotnie, fabuła utkana jest z problemów, a nawet dramatów, z kwestii niełatwych i spraw wymagających przemyślenia. Jednak nawet, gdy opowiada o stracie, o samotności, czy śmierci, robi to w sposób, który nie jest dobijający, bardziej melancholijny. Czułam się tak, jakby autor chciał mi przekazać, że życie nie jest idealne, ale warto walczyć o idealne chwile.


Wpadnij po książkę

„Spacerujący z książkami” to powieść inna od tego, co reklamują gazety. To historia jednocześnie niełatwa, ale też ciepła, mądra, ale daleka od moralizatorstwa. Zdecydowanie warto zwrócić na nią swoją uwagę!


Dominika Róg-Górecka

niedziela, 8 maja 2022

Tajemnica carycy – Małgorzata Starosta


Agata Śródka przyciąga problemy niczym magnes! A może to one ją przyciągają? W każdym razie i teraz ma ich co niemiara: konkurs kulinarny, mamusie Michelka, ciekawą koleżankę, a... i trupa. Jak zawsze!



Tytuł: Tajemnica carycy
Autorka: Małgorzata Starosta
Wydawnictwo: W.A.B.

Pierwszy tom, czyli „Wina wina” niesamowicie przypadł mi do gustu. Trochę obawiałam się, czy również drugiemu uda się utrzymać poziom. Jak się okazało, zdołał go nawet przebić!


Wszystko zaczęło się od... jajka. A konkretnie jajka Faberge! Nie dosłownie, bardziej o jego czekoladową replikę, która ma uświetnić konkurs kulinarny. Jednak nie każdemu w smak jadalne odpowiedniki. Niektórzy ostrzą sobie pazurki na oryginał. Przypadkowe odnalezienie ciała przez przyjaciółkę Śródki po raz kolejny sprawia, że kompaktowa restauratorka nagle znajduje się w samym centrum śledztwa!


Jak drugi tom ma się do pierwszego? Historia nie jest może bezpośrednią kontynuacją, jednak bez wątpienia warto zachować kolejność chronologiczną. Chociaż sama sprawa kryminalna jest zupełnie nowa, to jednak bohaterowie parę razy nawiązują do wcześniejszych wydarzeń. Warto je więc znać, żeby rozumieć sens ich wypowiedzi, ale też nie psuć sobie zabawy z odkrywania zagadki z pierwszego tomu.


Co do humoru, wciąż jest ciekawie, zabawnie, a bohaterowie zawsze mają swoje trzy grosze do dodania, jednak teraz jest wszystkiego więcej! Dowiadujemy się więcej na temat Michela oraz samej Agaty, a intryga z każdą chwilą coraz bardziej się pląta.


Co ciekawe, chociaż fabuła ma na celu odkrycie sprawcy, sam czytelnik zna go prawie od samego początku. Nie wie jednak: jak, po co, dlaczego i gdzie go to wszystko doprowadzi! Właśnie szukanie odpowiedzi na pojawiające się wciąż na nowo pytania to coś, co sprawia, że historia ani na chwilę nie traci tempa. Rozstrzygnięcie intrygi jest naprawdę niezłe. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Jednak mimo wszystko sam finał przebiegł zbyt szybko. Zaskoczyło mnie to, jak błyskawicznie doszło do konfrontacji!


Miałam też wrażenie, jakby część wątków pobocznych nie doczekała się domknięcia. Sama intryga, jak wspomniałam wyżej, miała finał niezwykle dynamiczny. Jednak w tle autorka zarysowała wiele ciekawych relacji międzyludzkich, które zarzuciła w połowie. Szkoda, bo wielu z nich byłam naprawdę ciekawa!


Reasumując, Małgorzata Starosta po raz kolejny pokazała, że nawet do zbrodni... potrafi podejść z uśmiechem. Jeśli ciekawi Was, jaką tajemnicę skrywa caryca, koniecznie sięgnijcie po ten tytuł!

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 2 maja 2022

Czy na diecie pudełkowej można oszczędzić pieniądze? Oto kilka sposobów, żeby było taniej!



Za każdym razem, kiedy ktoś mi wspominał, że dieta pudełkowa pomaga mu oszczędzać lub chociaż nie zwiększa wydatków na jedzenie... lekko parskałam śmiechem. Szybkie pomnożenie 30 dni przez cenę za dzień było dla mnie jasną odpowiedzią. Gdybym faktycznie tyle wydawała na produkty spożywcze... byłabym biedna niczym mysz kościelna. Nie da się i już!


Potem okazało się, że z wolnym czasem robi mi się naprawdę krucho. Przybywa pracy... w pracy i po pracy. Ciężko mi znaleźć chociaż chwilę na gotowanie. Przełamałam się i spróbowałam diety pudełkowej. Jak się okazało, czasami takie rozwiązanie potrafi być naprawdę ekonomiczne! Kiedy? Oto kilka takich sytuacji.


  1. Nie masz czasu gotować i co jakiś czas zamawiasz jedzenie?

W dobie pandemii zamawianie jedzenia na wynos stało się naprawdę popularne. Za każdym razem, gdy nie miałam czasu gotować, sięgałam po telefon i zamawiałam coś w jednej z popularnych aplikacji. Każda kusiła promocjami i rabatami, a potem doliczała swoje za prowizję, dostawę itp.


Przełóżmy to więc na liczby! Dwa kebaby to koszt 50 zł, z kolei za jedną pizzę zapłacimy 35-50 zł. Obydwie propozycję nakarmią dwie osoby. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, są to rozwiązania raczej budżetowe i średnio zdrowe. W Łodzi za tzw. polską kuchnię zapłacimy ok. 25 zł za osobę, plus dostawa i wspominane opłaty. Co więcej, w przeciwieństwie do pizzy, taki posiłek będzie raczej naraz i nie ma co liczyć, że zostanie coś na później. Każda inna opcja jest niestety już droższa.


Jak to wygląda w przypadku diet pudełkowych? Te, z których korzystałam do tej pory, kosztowały ok. 50 zł za dzień i składały się z pięciu dań. U mnie taki zestaw starcza na jeden dzień na dwie osoby. Cenowo wychodzi więc podobnie do fastfoodów, jednak urozmaicenie jest dużo większe, a same dania są też zdrowsze.


Warto mieć też na uwadze, że diety pudełkowej nie trzeba zamawiać na cały miesiąc. Równie dobrze można korzystać z niej raz w tygodniu. Jeśli więc raz na siedem dni zamawiasz coś do domu, to przelicz, ile Cię to kosztuje. Może się okazać, że dieta pudełkowa będzie nie tylko ciekawą odmianą, ale też pozwoli Ci oszczędzić parę groszy.



  1. Czas to pieniądz!

Pracujesz dorywczo po pracy? A może masz własną działalność? Jeśli tak, to jesteś w stanie policzyć, ile mniej więcej nie zarabiasz, kiedy gotujesz. Jeśli lubisz pichcić, to czas w kuchni możesz potraktować jako formę relaksu. I przy tym pozostań. Niektórzy jednak wkurzają się, że mają kolejny, niepłatny obowiązek i zamiast wykonywać pracę dla klientów, marnują czas w kuchni, w której potem trzeba będzie jeszcze posprzątać.


W takiej sytuacji weź kalkulator w dłoń i policz. To pomoże Ci ocenić, co się bardziej opłaca. Ile czasu średnio spędzasz w kuchni? Co w tym czasie możesz zrobić w pracy i ile zarobić? Niech zdecyduje wyższa kwota!


  1. Zakupoholizm w natarciu

Jest jeszcze trzecia opcja, dla mnie nie do końca zrozumiała, ale dość powszechna. Od znajomych wiem, że mają problem z zakupami. Wpadają do sklepu bez większego planu, za to z głową pełną ideałów o zdrowym życiu, pełnym warzyw i zieleniny. To wszystko trafia najpierw do koszyka, a potem do kosza... Nawet promocje zachęcają nas, żeby kupować więcej, niż potrzebujemy. Niektórzy co rusz natrafiają w swojej kuchni na przeterminowane produkty lub spleśniałe (ledwie ruszone) dania w lodówce.


W takim przypadku dyscyplina, którą narzuca dieta pudełkowa, może im pomóc oszczędzić czas i pieniądze.


Czas na pewne kombinacje...

Opisane powyżej sytuacje sprowadzają się do prostych kalkulacji. Wystarczy policzyć i ustalić, co się bardziej opłaca. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wymyśliła kilka własnych patentów. Te wymagają pewnych kombinacji, mogą jednak sprawić, że przy niewielkim nakładzie pracy korzystanie z diety pudełkowej będzie bardziej opłacane.


  1. Rozmnażanie jedzenia

W diecie pudełkowej doceniam to, że w dużej mierze skupia się na konkretach, a nie zapychaczach. Kiedy trafia mi się śniadanie w postaci pasty z bułeczkami, co do zasady wygląda tak: mnóstwo pasty, przekrojona bułka. Co bym nie zrobiła, zaproponowane pieczywo nie jest w stanie pomieścić takiej porcji dodatków. Ponieważ zawsze mam chleb, to korzystam z niego, a pasta śniadaniowa starcza mi na co najmniej dwa śniadania dla dwóch osób.


Świetnie „rozmnaża się” też dania obiadowe. Przyniesione danie dzielę na pół i dorzucam jakiś lekkostrawny dodatek, który zalega mi w lodówce. Nie należę do tych, którzy trzymają tam tylko światełko. Zawsze coś jest, jakaś sałatka, bagietka, czy surówka. Świetnie w ten sposób „dobija się” resztki.


Tym razem ciężko przeliczyć efekt na pieniądze, ale zamiast zamawiać dwie diety codziennie, kupuję jedną na dwa dni. Takie posiłki starczają nam (czyli dwóm osobom) na 2-3 dni.


W tym zakresie mam też dwie spostrzeżenia. Przed większym zamówieniem warto skorzystać z dnia próbnego. Czasem kaloryczność potrafi być taka sama, a porcje bardzo różne objętościowo.


Jest jeszcze drugi sposób, można postawić wyłącznie na dania obiadowe i kolacyjne, ponieważ to one są najbardziej treściwe. Zupy czy koktajle niestety nie nadają się do dzielenia. Większość cateringów nie pozwala nam wybierać dań, otrzymujemy wszystko, od śniadania po kolację. Ostatnio odkryłam Primate, gdzie wszystko ma się pod kontrolą. Można samemu zdecydować, co konkretnie się zamawia. Polecam sprawdzać też kaloryczność dań. Niektóre są naprawdę spore! Przykładowo wołowina po tajsku z makaronem chińskim jest nie tylko przepyszna, ale stanowi naprawdę konkretny posiłek. Gdybym zamówiła ją tylko dla siebie, jadłabym ją na dwa razy.



  1. Oszczędzaj na kosztach dostawy

Jeśli wybrany przez Ciebie catering dolicza dodatkowo za dostawę, koniecznie spróbuj zamawiać więcej, a rzadziej. Zamiast codziennej paczki bardziej opłaca się wziąć podwójną raz na dwa dni.


Dobrym pomysłem może być też zrobienie zbiorowego zamówienia. Jeśli sąsiad również kupuje dietę pudełkową, złóżcie jedno zamówienie. Za dostawę pod ten sam adres płaci się przecież raz!


  1. Bony, kupony i okazje

Wielkanoc, walentynki, a może początek wakacji? Są takie dni, których żaden marketingowiec nie może zignorować. Dla nas, klientów, oznacza to rabaty i promocje. Jeśli naprawdę jesteś zainteresowany zakupem, zanotuj sobie ceny i wyczekuj okazji.


  1. Jeśli pokochasz, zostań na dłużej

Jeszcze dość niedawno ceny były na w miarę stałym poziomie. Teraz pędzą jak szalone. Jeśli uda Ci się znaleźć idealny catering, wypatrzysz też promocję... najlepiej zamów więcej. Zawsze możesz zmienić konkretne dni później i naprawdę w tym momencie nie musisz ustalać planów na święta Bożego Narodzenia. Ważne jest to, żeby „zaklepać” sobie cenę. Niestety ostatnio zauważyłam, że każde moje zamówienie jest... droższe. I to konkretnie. Większe zamówienie może być naprawdę przydane. Nawet jeśli, tak jak ja, potrzebujesz dostawy jedzenia tylko raz w tygodniu, już teraz zaplanuj kilka miesięcy. Te terminy w każdej chwili możesz zmienić, masz jednak pewność ceny.


Dieta cateringowa to naprawdę spora wygoda. Zwłaszcza jeśli łączysz życie domowe z pracą na etacie i dodatkowym zajęciem. „Rozmnażając” jedzenie i kupując w promocjach, możesz zarówno oszczędzić czas, jak i pieniądze. Fakt, wymaga to trochę starań, ale też sprawia, że „pudełka” nie są już tylko opcją dla najbogatszych.


Jakie są Wasze doświadczenia z dietą pudełkową? Staraliście się obniżyć ich cenę?


Dominika Róg-Górecka

materiał sponsorowany



sobota, 23 kwietnia 2022

Wina wina – Małgorzata Starosta


Co jakiś czas lubię sięgnąć po książkę, przy której nie tylko przyjemnie spędzę czas, ale też przednio się ubawię. Mistrzynią w kreowaniu wciągających, pełnych ciętego humoru opowieści jest Małgorzata Starosta. Jej „Wina wina” ubarwiła mi niejeden wieczór.


Tytuł: Wina wina
Autorka: Małgorzata Starosta
Wydawnictwo: W.A.B.


Wszystko zaczyna się od tego, że Agacie, niepokornej restauratorce z ciętym językiem, zachciało się prowadzić winnicę. Miejsce już ma, pierwszy krok wykonała, ale... nie ma bladego pojęcia o produkcji wina. Właśnie dlatego od razu przyjmuje zaproszenie od lokalnego producenta wina. Jednak mężczyzna nie wie, ze Agata planuje zrobić mu konkurencję. Z kolei wszyscy obecni nie mają pojęcia, kto jest zabójcą. Bo na wyjeździe dochodzi do zbrodni. I to niejednej! Czyżby... wina wina?


Ta powieść jest po prostu świetna! Lekka, zabawna, z dynamiczną historią i wyczuwalną atmosferą zagrożenia. Autorce nie raz udało się zrobić mnie w balona! Jednak najlepiej wyszła jej kreacja bohaterów, każda z osób ma w sobie „to coś”, jakąś ciekawą cechę, która wyróżnia ją w tłumie. A ich rozmowy! Dosłownie boki zrywać! Humor w tej powieści oparty jest głównie na dialogach, chociaż same sytuacje również potrafią być komiczne. Jednak to właśnie niebanalni bohaterowie i ich wzajemne docinki to coś, co wyróżnia tę książkę wśród innych tytułów.


A jak ma się w tym wszystkim kryminał? Całkiem nieźle! Dość szybko dochodzi do pierwszej zbrodni, a bohaterzy, niczym w grze Cludo, próbują ustalić, kto z nich jest winny. Muszę przyznać, że jest to jedne z moich ulubionych motywów, dlatego przy lekturze „Winy wina” bawiłam się przednio. Jeśli jednak czytasz kryminały po to, by sprawdzić swoje detektywistyczne umiejętności, to tutaj czeka Cię niezłe wyzwanie. Wskazówek nie jest dużo, a nawet te, które się pojawiają, to bardziej niejednoznaczne sugestie. Ja nie domyślałam się zakończenia, ale finał okazał naprawdę oryginalny i pomysłowy.


Ciekawym smaczkiem były też wszystkie informacje o winie. Poznamy skomplikowane zasady uprawy winogron, ale też rodzaje tego szlachetnego trunki. Dzięki tej książce można się całkiem sporo dowiedzieć na temat wina!


Jeśli szukacie lekkie, ciekawej i zabawnej historii, koniecznie sięgnijcie po „Winę wina”... najlepiej z lampką wina :)


Dominika Róg-Górecka

sobota, 16 kwietnia 2022

Zaklinaczka motyli – Agnieszka Stec-Kotasińska (Rebel)

 

Rzucamy dzisiaj wszystko i udajemy się... oczywiście, że tak, w Bieszczady. Tak jak zrobili to Iga i Michał. Oni też postanowili rozpocząć nowe życie  w tym malowniczym zakątku naszego kraju.

 

Tytuł: Zaklinaczka motyli

Autor: Agnieszka Stec-Kotasińska

Wydawnictwo: Replika


Oboje po traumatycznych wydarzeniach osiadają w Bieszczadach. I jak to zwykle podczas naszych peregrynacji bywa, te decyzje odmienią na zawsze ich życie. I nie tylko ich. Nasi bohaterowie staną przed trudnymi wyborami, będą zmuszeni pogodzić się z niełatwą i skrywającą wiele niemiłych tajemnic przeszłością, ale również przeżyją mnóstwo cudownych chwil, a my będziemy im w tym towarzyszyć i miło spędzimy z nimi czas.

 

Powieść ta napisana jest w narracji pierwszoosobowej. O przebiegu wydarzeń dowiadujemy się od wszystkich bohaterów książki. Do głosu zostają dopuszczeni również najbliżsi Igi i Michała. Dzięki temu możemy ujrzeć wydarzenia z perspektywy wszystkich zainteresowanych, a przy okazji zajrzeć im głęboko w dusze. I od razu ostrzegam- nie zawsze spodoba nam się to co tam ujrzymy.

 

Bohaterowie ci tworzą barwną galerię postaci, którzy uprzyjemnią nam ten bieszczadzki urlop i wzbudzą w nas wiele emocji. Zośkę i Majkę na pewno pokochacie od pierwszego zdania, a Ewelinę... No właśnie Ewelinę, ciekawa jestem, jak na nią zareagujecie.

 

Pisałam Wam już kiedyś, że bardzo cenię autorki, które z każdą nową książką przedstawiają nam zupełnie inną historię. Pani Agnieszce należą się wielkie brawa, bo Zaklinaczka motyli, jest zupełnie inną książką niż jej poprzednia Siła przeznaczenia, o której również miałam przyjemność pisać Wam jakiś czas temu. Tu mamy do czynienia z zupełnie nowymi bohaterami i problemami, jakie autorka porusza i dlatego ta książka tak bardzo mi się podoba. Pisarka potrafiła stworzyć zupełnie nowy literacki świat, który zachwyca i wywołuje różne emocje tak samo jak poprzedni, ale nie przywołuje w tyle głowy żadnych porównań z Siłą przeznaczenia. I jet to wielki plus tej książki.

 

Nie mogę nie wspomnieć o urokliwej okładce, o którą zadbało wydawnictwo Replika. Jedno na nią spojrzenie wystarczy, by czytelnik w mgnieniu oka znalazł się w Bieszczadach i zatopił w tej pasjonującej lekturze.

I co przekonani? Rzucacie wszystko i udajecie się w te pędy do Igi i Michała? Myślę, że nie macie się co zastanawiać, oni już tam na Was czekają, a przesympatyczna Lara zachęcająco macha ogonem. Miłej lektury i do następnego!

Dorota Skrzypczak

piątek, 15 kwietnia 2022

Zdrownik — Pan Tabletka

 

Tak się złożyło, że ta książka trafiła do mnie w najlepszym (chociaż niekoniecznie dobrym) momencie. Najpierw pochorował się mój mąż, a zaraz potem ja. Chociaż zawsze ceniłam medycynę naturalną, to kompendium sprawdziło się wręcz rewelacyjnie!


Tytuł: Zdrownik

Kim jest Pan Tabletka?


Muszę przyznać, że z porad Pana Tabletki korzystam już od jakiegoś czasu. Tak naprawdę na jego stronę zerkam za każdym razem, gdy potrzebuję kupić jakiś suplement. Pan Tabletka jest farmaceutą, mężem i ojcem, a jego książka i strona... paradoksalnie zachęcają do ograniczania tabletek. Oto garść jego artykułów, które polecam każdemu:


Naturalnie, że pomaga!




„Zdrownik” podzielony jest według przypadłości. Znajdziemy w nim medykamenty na wszystkie powszechne bolączki. Ważne jest to, że same recepty są łatwe w wykonaniu, a ich składniki przystępne. Co więcej, jest ich tyle, że jeśli w danym momencie nie możemy wykonać jednego przepisu, to z pewnością w książce znajdziemy kilka innych, do których wykonania wystarczą produkty posiadane w domu.


Tytuł zaczyna się od części teoretycznej. Zanim przejdziemy do receptur, możemy się zapoznać z garścią praktycznych wskazówek np. w zakresie suszenie ziół czy sposobów przygotowywania naparów. Znajdziemy więc tu sporo informacji, które przydadzą się na późniejszym etapie.



Potem przechodzimy do przepisów, których klarowny układ ułatwia ich przygotowanie. Przed każdym składnikiem otrzymujemy fragment, w którym poznajemy jego lecznicze właściwości. Następnie przechodzimy do receptur, których układ jest z grubsza podobny. Najpierw praktyczna wskazówka, potem informacja o tym, kto może stosować (z ważnym rozróżnieniem dla dzieci i dorosłych), propozycja podania, liczba porcji i sposób przygotowania. Czasem pojawia się też wskazówka o sposobie przechowywania.


Jak widzicie, kilka razu padło już słowo „praktycznie” i to właśnie ono najlepiej oddaje charakter tej publikacji. Autor skupia się na tym, co faktycznie może nam się przydać podczas choroby i dorzuca mnóstwo pomocnych wskazówek. Naprawdę bardzo fajnie korzysta się z tej książki, a dwie wszyte zakładki dodatkowo ułatwiają zaznaczanie potrzebnych w danym momencie przepisów. Z resztą do ich wyszukiwania można podejść na kilka sposobów: po liście przypadłości, indeksie formy (np. syrop, kisiel), czy indeksie składników.


Nie tylko choroby


Warto też wspomnieć, że „Zdrownik” nie zawiera wyłącznie sposobów na radzenie sobie z chorobami. Znajdziecie w nim również rozdział poświęcony domowemu spa oraz omówienie użycia miodu, jako sposobu na poprawę odporności.


Zdrowie jest piękne




„Zdrownik” jest też przepięknie wydany. Ma twardą okładkę, dwie zakładki i przepiękne zdjęcie. Również przejrzysty sposób zaprezentowania treści ułatwia czytelnikowi proces wyszukiwania i korzystania z przepisów. Jestem pewna, że będę sięgać po ten tytuł przy każdej choroby, a do rozdziału od domowym spa nawet częściej :)


Tę oraz wiele innych, przydanych publikacji, możecie kupić na stronie Pana Tabletki: https://kursydlarodzicow.pl/sklep/.


Za możliwość recenzowania dziękuję portalowi www.nakanapie.pl.


Dominika Róg-Górecka

czwartek, 14 kwietnia 2022

Samotnie przeciwko mrozowi – Glenn Rahman, Gavin Inglis



Lubisz książki, w których bohaterowie stawiają czoło niebezpieczeństwom i odkrywają tajemnice? Jeśli tak, to zapewne nie zawsze zgadzasz się z ich decyzjami. Tym razem możesz to zmienić! Weź udział w mrożącej krew żyłach przygodzie, której przebieg zależeć będzie wyłącznie od Ciebie!


Tytuł: Samotnie przeciwko mrozowi
Autorzy: Glenn Rahman, Gavin Inglis
Wydawnictwo: Black Monk

„Samotnie przeciwko mrozowi” to kolejna gra paragrafowa od wydawnictwa Black Monk, którą miałam przyjemność recenzować. Jej założenia są bardzo podobne do wcześniejszych tytułów, jednak doszedł jeden element, tj. mechanika rzucania kośćmi. Sam tytuł składa się z trzech elementów: gry paragrafowej (w formie książkowej), scenariusza RPG zawierającego zasady rzucania kośćmi oraz karty postaci. O ile do wcześniejszych tytułów można było usiąść z marszu, to tym razem potrzeba było ciut więcej cierpliwości.

Scenariusz RPG

To krótka broszura zawierająca zasady rozgrywki oraz wspominany scenariusz. Do omawianego zestawu została dodana prawdopodobnie właśnie ze względu na pierwszy element, a opis zabawy dla czterech graczy to po prostu taki gratis. Początkowo zasady mogą się wydawać dość skomplikowane. Opisują bowiem bardzo dokładnie wszystkie reguły, parametry i statystyki. Na pocieszenie dodam, że większe znaczenia ma to przy sesji RPG. W trakcie zabawy z grą paragrafową fabuła prowadzi nas za rączkę, a mechanika schodzi na drugi plan.


Mechanika

Ale na czym polegają te wspominane cały czas reguły? Otóż do gry dołączono również wielościenne kości. Zabawę zaczynamy od analizy karty postaci i przypisania jej określonych (wybranych przez siebie) umiejętności. Następnie ruszamy w drogę. Po przeczytaniu pierwszych fragmentów napotykamy na możliwość wyboru. W zależności od naszych decyzji przechodzimy w książce do fragmentów oznaczonych określonymi numerami. Część z nich wymagać będzie od nas przetestowania naszych umiejętności. I tu wkraczają kości. Rzucamy nimi i sprawdzamy wynik. W zależności ile mamy punktów umiejętności (my lub nasi towarzysze) przechodzimy do fragmentu oznaczającego zwycięstwo lub porażkę. O ile w innych tytułach jedynie podejmowaliśmy decyzje, to tutaj jeszcze od naszego szczęścia zależeć będzie wynik wielu konfrontacji.

Jak już wspomniałam, mechanika początkowo sprawiała wrażenie nieprzystępnej. Nie wszystko zrozumiałam za pierwszym, czy drugim przeczytaniem, ale wiele wyjaśniło się samo podczas zabawy. Czy wszystko? Niekoniecznie, Parę wątpliwości pozostało, ale nieszczególnie się nimi przejmowałam. Stawiałam bardziej na płynną zabawę, niż analizowanie niuansów.

Ruszamy w drogę

Mamy lata 20. XX wieku. Jesteśmy badaczami na uniwersytecie i nagle trafia się nam okazja jedna na sto! Uczelnia zdecydowała się sfinansować ekspedycję na północno-zachodnie terytoria Kanady. Naszego entuzjazmu nie zmniejsza nawet fakt, że zgodnie z krążącymi pogłoskami wielu próbowało osiągnąć podobny cel, ale... nikt nie wrócił. My tymczasem zbieramy ekipę i ruszamy w drogę.

Daj się ponieść

Klimat tej gry jest naprawdę niepokojący. Praktycznie każdy wybór niósł za sobą kolejne niebezpieczeństwa, a opisy okropności były naprawdę dosadne i ciut przerażające. Pierwsze podejście do zabawy skończyło się szybko i nieprzyjemnie (dla głównego bohatera). Zagrożenie czaiło się z każdej strony, a fakt, że wiele zależało od wyniku kości, dodatkowo podkręcał klimat niepewności. O ile przy wcześniejszych tytułach czułam, że mam pełną władzę nad historią, to tym razem cały czas testowałam swoje szczęście, a losowość nie raz odgrywała kluczową rolę.

Z tego też względu w ten tytuł grało nam się zupełnie inaczej, niż we poprzednio. Wcześniejsze przygody polegały na czytaniu, zanurzaniu się w klimacie i podejmowaniu decyzji. W „Samotnie przeciwko mrozowi” było więcej działania. Nie można było po prostu słuchać i się relaksować. Trzeba było co chwilę rzucać kośćmi i sprawdzać statystyki. I chociaż każdy z tytułów określany jest jako „gra paragrafowa”, to temu zdecydowanie bliżej do gry, niż do powieści.

Wybór należy do Ciebie

Możliwość podejmowania decyzji, po raz kolejny, jest ogromnym plusem tego rodzaju publikacji. Niemniej, jest to wybór dość ograniczony. W jednym przypadku gra nie pozwala nam spróbować uciec, ale zmusza do tego, by ktoś z naszej ekspedycji został złapany. I chociaż mamy ze sobą broń palną, nie ma opcji jej użycia. Tego rodzaju problemów nie ma przy zabawie ze scenariuszem RPG, pojawiają się jednak w wariancie paragrafowym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to naturalna konsekwencja tego typu zabawy, jednak w sytuacji, gdy na początku sporo czasu poświęciliśmy na tworzenie postaci, brak możliwości wykorzystania jej umiejętności może być frustrujący.

Po kilku rozgrywkach da się zauważyć też sposób, w jaki skonstruowano opowieść. Są punkty, które stanowią miejsce spotkania wielu odnóg historii. Gra w ciekawy sposób „zamyka” przed nami możliwość ponownego wejścia do kluczowych lokacji (byłoby dziwne kilka razy odkrywać to samo) – każąc nam notować określone słowa. To dość ciekawe rozwiązanie, które potrafi zwieść gracza na manowce, bo raz jedno miejsce było świetnym punktem, a za drugim razem staje się śmiertelnym zagrożeniem. Nieustająco trzeba mieć się na baczności!

Czas rozliczyć się z zabawy

Niesamowicie spodobał mi się też pomysł na zakończenie. W zależności od naszych decyzji oraz szczęścia i tego, w jakim składzie kończymy „imprezę”, otrzymujemy ciut inną wersję finału. Po zakończeniu ekspedycji wracamy na uczelnie, a tam czekają ludzie żądni naszej relacji. Co nas spotka? Pochwały i uznanie, a może szykany i proces? To wszystko zależy od tego, jak poprowadziliśmy wyprawę.

Piękna strona horroru

Na końcu warto też wspomnieć o stronie estetycznej. Black Monk naprawdę świetnie wydaje swoje tytuły i „Samotnie przeciwko mrozowi” nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem. Grafiki są naprawdę rewelacyjne (bo słowo „piękne” niezbyt dobrze pasuje do potworów). Mają swój specyficzny klimat i doskonale podkreślają atmosferę opowieści. Oczywiście podczas „skakania” pomiędzy paragrafami nie raz zdarzy nam się dostrzec obrazek, który dotyczy innego fragmentu, ale to tylko zachęca do dalszego odkrywania opowieści.

Nieznane uroki Kanady

Jeśli chcesz poznać uroki Kanady w wydaniu Lovecrafta, poczuć grozę i samemu decydować o następnych krokach ekspedycji, koniecznie sięgnij po ten tytuł. Przygotuj się na ciekawą mechanikę i wciągająca opowieść pełną potwornych niebezpieczeństw! Jeśli jednak uda Ci się je pokonać, wrócisz na uniwersytet z przerażającą wiedzą!

Dominika Róg-Górecka

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates