Featured

niedziela, 26 kwietnia 2026

Cicho, bo się obrazi. Życie z narcyzem egoistą – Still Astrea

#WspółpracaRecenzencka #Limitless Mind Publishing 


Ostatnio sporo mówi się o osobowości narcystycznej. Czasem są to po prostu wyolbrzymienia, innym razem wstydliwe relacje z prawdziwych problemów. Po ten tytuł sięgnęłam bez określonych oczekiwań, za to z dużą ciekawością. „Cicho, bo się obrazi” obiecywało otwarcie oczu tym, którzy zbyt długo milczeli, i rzeczywiście – już od pierwszych stron czuć, że autorka pisze z potrzeby powiedzenia czegoś ważnego.


Fabuły w klasycznym sensie tu nie znajdziemy, bo książka opiera się na doświadczeniach autorki, która opisuje, jak wygląda życie z osobą o narcystycznych cechach. To emocjonalna podróż przez relację, w której nie ma przemocy fizycznej, ale jest stopniowe odbieranie pewności siebie. Autorka pokazuje, jak drobne gesty, pozorne kaprysy czy chwilowe fochy potrafią układać się w całość znacznie mroczniejszą, niż mogłoby się wydawać.

Choć pisarka twierdzi, że nie stworzyła poradnika, to jednak chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że nim jest. Wciąż zwraca się do czytelnika bezpośrednio, czasem wręcz jak osoba, która trzyma nas za rękę i tłumaczy rzeczy, których sami nie chcemy lub nie potrafimy nazwać. Podpowiada, jak rozpoznać narcyza, jak czytać jego zachowania, jak odgrzebać własne poczucie wartości spod warstw manipulacji i gaslightingu. I choć wszystko to oparte jest na jej osobistym doświadczeniu, przekaz pozostaje bardzo uniwersalny.

Książka napisana jest zaskakująco lekko, choć temat zdecydowanie do lekkich nie należy. Czyta się ją szybko, miejscami wręcz jednym tchem, i to pomimo rosnącego niepokoju. O osobowości narcystycznej w przestrzeni publicznej mówi się dużo, ale rzadko kiedy z taką precyzją i bezpośredniością. Dopiero tu zrozumiałam, jak podstępne potrafią być jej objawy – i jak łatwo je przeoczyć, jeśli nie wiemy, na co patrzeć.

W warstwie wizualnej książka prezentuje się naprawdę dobrze. Typografia i układ tekstu są przemyślane, pogrubienia i zmiany czcionki mają swoje uzasadnienie. Jedynym drobnym zgrzytem są grafiki stworzone przez AI. Nie mam nic przeciwko samemu pomysłowi, ale dwa wyraźnie odmienne style robią wrażenie, jakby ktoś dorzucił je w ostatniej chwili. Brakuje jednolitości, która w książce o takiej tematyce byłaby mile widziana.

Ogromnym plusem jest odwoływanie się do pojęć psychologicznych – dzięki nim łatwiej zrozumieć zachowania narcyza i dynamikę relacji, w jakiej funkcjonuje partner. Zabrakło mi jednak głębszego wprowadzenia w samą osobowość narcystyczną. Kilka dodatkowych akapitów o mechanizmach stojących za tym zaburzeniem znacznie wzmocniłoby odbiór i pomogło poukładać w głowie to, co wynika z narracji doświadczenia.

Mam też mieszane uczucia co do myśli przewodniej książki. Z jednej strony autorka zachęca, by odejść od narcyza, z drugiej – większość treści dotyczy sposobów radzenia sobie w relacji. Czy można to traktować jako przygotowanie do ostatecznej decyzji? A może jako wskazówki dla tych, którzy jeszcze nie są gotowi na odejście? Brakuje tu jednoznacznego prowadzenia. Szkoda też, że mało miejsca poświęcono temu, jak wygląda samo odchodzenie – jak się do niego przygotować, gdzie szukać wsparcia, jakie kroki podjąć w praktyce. Zastanawiałam się także, czy każdy narcyz wygląda tak, jak w książce, czy może istnieją „warianty”, które mają jedynie część opisanych cech. A jeśli tak – kiedy warto walczyć o związek, a kiedy lepiej szukać wyjścia? Odpowiedzi na te pytania bardzo by się tu przydały.

Podsumowując – „Cicho, bo się obrazi” to książka potrzebna, poruszająca i niezwykle otwierająca oczy. Jest emocjonalna, momentami bolesna, ale dzięki temu autentyczna. Dla osób, które podejrzewają, że „coś w ich relacji jest nie tak”, może okazać się wręcz przełomowa.

Jeśli chcesz zrozumieć mechanizmy toksycznych relacji, poznać narzędzia, które pomogą Ci zadbać o siebie, albo po prostu szukasz książki, która poruszy Cię bardziej, niż się spodziewasz – sięgnij po nią koniecznie. A jeśli znasz kogoś, kto może jej potrzebować, podziel się tytułem. To może być pierwszy krok ku odzyskaniu własnego życia.

Dominika Róg-Górecka

Rozwój w rytmie 4 pór roku – Magdalena Kraczla

#WspółpracaRecenzencka #LimitlessMind


Życie w rytmie czterech pór roku? Mnie ten pomysł wydaje się kuszący. W końcu człowiek jest elementem przyrody, jak wszystko inne. Tak, potrafimy pracować po nocy i spać w dzień. Nie traktujemy też jesieni jako okresu na regenerację. Ale może powinniśmy? Czy zastosowanie się do rytmu rocznego nie byłoby dla nas korzystne?


Nie bez powodu wspomniałam we wstępie o jesieni. Czytałam na ten temat już inny poradnik – „Ciepło. Najprzytulniejszy poradnik osiędbania”. Jest to jedna z moich ulubionych książek, do której z przyjemnością sięgam gdy powoli nastaje jesień. „Rozwój w rytmie 4 pór roku” przedstawia nam tę samą koncepcję. Zachęca do obserwowania zmian, które zachodzą w przyrodzie, i stosowania ich do swojego życia – zarówno osobistego, jak i zawodowego.

Jednak tym razem poradnik ten ma inną formę. Przypomina trochę planer – każdemu tygodniowi przypisane są dwie strony. Prawa zawiera grafikę, tytuł i przemyślenia, a lewa trzy zadania z miejscem na notowanie. Jest to więc tytuł dla osób, które lubią nie tylko zastanowić się nad swoim życiem, ale też pisać i planować.

Książkę można czytać na różne sposoby – chronologicznie i zgodnie z pasującym tygodniem lub losowo – poznawać treści, które akurat do nas przemawiają. Najwięcej wartości, w moim odczucie, daje pierwsze podejście, jednak wymaga też od nas systematyczności. Z jednej strony czytanie kilku zdań raz na tydzień nie jest szczególnie czasochłonne – wystarczy parę minut. Z drugiej jednak, ponieważ robiłam to tak rzadko… po prostu o tym zapominałam.

A czytać warto – bo zawarte tu myśli są ciekawe, wartościowe i skłaniają do przemyśleń. Mają stricte poradnikowy charakter – zachęcają do refleksji, do zwolnienia tempa życia. Nic odkrywczego, ale jednak ma to swoją moc. Jeśli lubisz poradniki, ten tytuł Ci się spodoba.

Jest on też uniwersalny, nie wiążę się z żadnym konkretnym rokiem. Lektura została podzielona na tygodnie, można zacząć w dowolnym momencie i kontynuować w nowym roku.

Na uznanie zasługuje też sposób wydania książki. Jest bardzo solidny, estetyczny i zwyczajnie przyjemny. Ładne grafiki, świetnie rozplanowane teksty – wszystko to tworzy pozytywny i motywujący klimat. Jedyne, czego mi brakowało to zakładki. Zanim wpadłam na to, żeby użyć swojej, za każdym razem (czyli co tydzień) musiałam szukać właściwego fragmentu.

„Rozwój w rytmie 4 pór roku” nie jest stricte poradnikiem, ale inspirującym elementem codzienności. Zachęca do dostosowania swojego trybu życia do pór roku, chociaż nie opisuje tej metody jakoś szczególnie dokładnie. Tytuł spodoba się osobą, które po prostu lubią takie klimaty, potrzebują pozytywnego kopa energii i chętnie czytają poradniki.

A Ty co sądzisz o życiu w rytmie 4 pór roku? Możesz sobie na to pozwolić? A może jest to dla Ciebie nieosiągalny luksus?

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 23 kwietnia 2026

Wujańcio – Magdalena Wawrykiewicz

#reklama #Magdalena Wawrykiewicz 


Niezbyt często sięgam po sztuki. Do teatru zaglądam od czasu do czasu, ale w domowej biblioteczce dramaty pojawiają się raczej epizodycznie – ostatnim był chyba „Małe zbrodnie małżeńskie”. Dlatego po „Wujańcia” sięgnęłam z ciekawości i lekką rezerwą. Sztuka teatralna w formie książki zawsze rodzi pytanie, czy obroni się poza sceną. Tutaj wątpliwości zniknęły szybciej, niż się pojawiły. „Wujańcio” okazał się tekstem nieoczywistym, miejscami dusznym, bardzo intensywnym emocjonalnie i takim, który zmusza do zatrzymania się – nawet jeśli w pierwszej chwili próbujemy czytać dalej.



Fabuła zarysowana jest oszczędnie, ale precyzyjnie. W centrum stoi Stefania Czarnecka – kobieta sukcesu z czasów PRL, właścicielka polonijnej firmy, barwna postać, która z jednej strony imponuje siłą, a z drugiej budzi rosnący niepokój. Jej historia odsłania się stopniowo w rozmowach z drugą bohaterką – bardziej osadzoną w codzienności, pełniącą rolę rozmówczyni, powierniczki, a momentami katalizatora trudnych emocji. To właśnie dialog staje się narzędziem odkrywania przeszłych relacji, nieudanych związków, skrywanych traum i tytułowego „wujańcia”, którego obecność – choć często niewypowiedziana wprost – kładzie się cieniem na całej opowieści.

Zaskoczyło mnie, jak dobrze czytało mi się tę książkę. Prawie całość stanowią rozmowy dwóch osób, a mimo to tekst ani na moment nie traci tempa. Dialogi są dynamiczne, nasycone emocjami, pełne napięć i niedopowiedzeń. Autorka bardzo świadomie pracuje językiem – wykreowała dwie kompletnie różne kobiety, pochodzące z odmiennych światów, co słychać w każdej wymianie zdań. Różnice w słownictwie, rytmie wypowiedzi i sposobie patrzenia na rzeczywistość są wyraźne, ale nienachalne. W ramach krótkiej formy udało się też sprawnie wplatać przeszłe wydarzenia w bieżące rozmowy – dzięki temu bohaterki nabierają głębi, a czytelnik stopniowo zaczyna je rozumieć, choć niekoniecznie usprawiedliwiać.


„Wujańcio” jest krótki, lecz tematycznie bardzo gęsty. Na pierwszym planie pojawiają się relacje miłosne Stefanii i jej uporczywe wikłanie się w związki z mężczyznami emocjonalnie niedostępnymi, często toksycznymi. To jednak tylko jedna warstwa opowieści. Pod spodem kryje się psychologiczny portret kobiety, która od dzieciństwa doświadczała porzucenia i nauczyła się kompulsywnie szukać potwierdzenia własnej wartości. Te doświadczenia wyraźnie rzutują również na jej relację z córką – a w zasadzie jej brakiem. Odczytałam tę sztukę jako gorzką przestrogę przed nieprzepracowaną przeszłością, która prędzej czy później zaczyna przejmować kontrolę.

Podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że nie czytam książki, a oglądam spektakl. W wyobraźni widziałam przygaszone światła, dwie postacie na scenie, minimalistyczną scenografię i napięcie wiszące w powietrzu między kolejnymi kwestiami. To tekst, który aż prosi się o teatralną interpretację – oparty nie tylko na słowie, ale też geście i pauzie. Z dużą przyjemnością zobaczyłabym „Wujańcia” na deskach teatru, bo mam wrażenie, że mógłby wybrzmieć jeszcze mocniej.

Dodatkową warstwą, która bardzo mnie zainteresowała, jest tło obyczajowo-historyczne. Autorce udało się dyskretnie, ale sugestywnie oddać klimat PRL. System nie wychodzi na pierwszy plan, lecz stale jest obecny – w drobnych aluzjach, czy dekoracjach codzienności. Łapówkarstwo, praca w służbach, problemy z zaopatrzeniem sklepów – wszystko to pojawia się jak naturalne tło życia bohaterów, bez publicystyki i nachalnych ocen.

Trudno jednoznacznie ocenić bohaterów tej sztuki i chyba w tym tkwi jej siła. Nie ma tu prostych odpowiedzi ani wygodnych podziałów na winnych i niewinnych. „Wujańcio” zostawia z uczuciem lekkiego dyskomfortu, ale też satysfakcją z obcowania z tekstem ambitnym, dobrze skonstruowanym i emocjonalnie uczciwym. To dramat, który działa bardziej podskórnie niż efektownie.

„Wujańcio” to książka nieszablonowa – kameralna, wymagająca skupienia, ale jednocześnie bardzo wciągająca. Jako doświadczenie czytelnicze okazała się czymś świeżym i zaskakującym, nawet dla kogoś, kto rzadko sięga po dramaty. Zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę – najlepiej bez pośpiechu, z otwartością na niewygodne pytania, które pojawią się już po lekturze.

Dominika Róg-Górecka

wtorek, 21 kwietnia 2026

Z innych źródeł – Wojciech Czusz

#Reklama #Wydawnictwo SEQOJA 


Często narzekam w książkach na powtarzalne motywy i historie, które już gdzieś czytałam, tylko w innym anturażu. Dlatego tak chętnie sięgam po tytuły, które wymykają się schematom i nie obiecują niczego konkretnego na okładce. W takich przypadkach nigdy do końca nie wiadomo, na co się trafi – na literacką perełkę czy na nieoszlifowany diament, który bardziej drażni, niż zachwyca. „Z innych źródeł” zdecydowanie należy do tej grupy książek, które nie dają się łatwo zaszufladkować i od pierwszych stron sygnalizują, że będzie to doświadczenie co najmniej nieoczywiste.

To zbiór sześciu krótkich opowiadań, pozornie niezależnych, rozgrywających się w różnych momentach i skupionych na różnych bohaterach. Nie ma tu jednej osi fabularnej ani wyraźnego punktu wspólnego, który prowadziłby czytelnika za rękę. Każda historia to raczej wyimek z czyjegoś życia – chwilowe zatrzymanie się przy cudzych myślach, lękach i decyzjach. Autor nie tłumaczy, nie dopowiada, nie domyka wątków. Zamiast klasycznej narracji dostajemy migawki – jakby ktoś uchylił drzwi i pozwolił nam zerknąć do środka, ale tylko na moment.

Książka jest naprawdę cieniutka. Liczy niewiele ponad sto stron i wyglądem bardziej przypomina broszurę niż pełnoprawny tom opowiadań. Ten minimalizm formy ma jednak swoje uzasadnienie. Sama okładka bardzo dobrze oddaje klimat środka – jest ciemna, gęsta od szczegółów, pełna różnych, pozornie niepasujących do siebie elementów. Dokładnie takie są też teksty zawarte w książce. Na pierwszy rzut oka panuje w nich chaos, ale po chwili zaczyna wyłaniać się spójny nastrój.

Opowiadania faktycznie nie mają wspólnej fabuły. Każde dotyka innych tematów, opowiada o innych ludziach i ich doświadczeniach. Spaja je jednak klimat – ciężki, dołujący, wyraźnie pesymistyczny. Bohaterowie są samotni, zagubieni, często rozdrapują w sobie poczucie braku sensu. Próbują odnaleźć samych siebie, a swój ból bardzo często wyrażają poprzez cielesność i relacje oparte na fizycznej bliskości. To były bardzo smutne teksty – i to właśnie smutek najmocniej z nich zapamiętałam.

Ciekawie wypada sposób, w jaki autor łączy tematy ważne i podniosłe z tymi zupełnie przyziemnymi. Potrafi niemal na jednym tchu pisać o samotności, lęku czy potrzebie akceptacji, by zaraz potem zejść na poziom codziennych drobiazgów. Na swój sposób jest to trafna metafora życia. Tak właśnie wygląda codzienność – raz bywa wzniosła, a raz zupełnie banalna, i rzadko daje się uporządkować w estetyczne ramy.


Same opowiadania nie kończą się jedną, wyrazistą myślą ani nie oferują czytelnikowi morału. Może właśnie dlatego ich przekaz czasami się rozmywa. Tutaj ważniejsi od akcji są bohaterowie. Czytelnik widzi ich jedynie przez chwilę – jakby podsłuchiwał rozmowę obcych ludzi w pociągu. To tylko fragment, urywek, ale wystarczający, by wyczuć, że za nim stoi znacznie większa historia.

Nie do końca podobało mi się jednak to, że niemal każda opowieść w jakiś sposób kręciła się wokół seksualności, i to przedstawionej dość wulgarnie. Rozumiem zamysł – miało być prosto, dobitnie, brutalnie – ale przez to całość traci na subtelności. Tam, gdzie liczyłam na emocjonalną głębię, momentami dostawałam jedynie dosłowność.

„Z innych źródeł” to książka wymagająca i niewygodna. Nie głaszcze po głowie, nie podnosi na duchu i nie daje prostych odpowiedzi. Zamiast tego zmusza do konfrontacji z ludzką samotnością, frustracją i poczuciem rozdarcia pomiędzy potrzebą sensu a zwyczajnością codzienności.

To bez wątpienia tytuł nieszablonowy. Nie każdemu przypadnie do gustu – przede wszystkim może trafić do osób, które lubią literackie eksperymenty i traktują książki jako przyczynek do własnych rozmyślań. Trzeba też być gotowym na prozę życia, której daleko do idealnego piękna i wygładzonych historii. To nie jest lektura lekka ani przyjemna, ale dla odpowiedniego czytelnika może okazać się doświadczeniem na długo zostającym w głowie.

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Młócka – Marek Szymaniak

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoCzarne


Przez ostatnie miesiące słowo „AI” zdominowało światowe media i było odmieniane przez wszystkie przypadki. To jeden z wielu czynników, chociaż niejedyny, który może w sposób nieodwracalny zmienić to, jak pracujemy. Na lepsze? Na gorsze? Przede wszystkim jednak warto zastanowić się nad tym, jak będą wyglądać te zmiany. Próbą odpowiedzi na to pytanie jest „Młóćka. Reportaż o pracy przyszłości”.


Już na wstępie chylę czoło! Jaka ta książka była dobra! Naprawdę! Delektowałam się każdym rozdziałem i z niekłamanym zainteresowaniem śledziłam wszystkie poruszane zagadnienia! Ale od początku. „Młóćka” to reportaż autorstwa Marka Szymaniaka wydany nakładem wydawnictwa Czarnego. Na jego stronach spojrzymy na przyszłość rynku pracy z bardzo różnych perspektyw. Autor co prawda poświęci sporo uwagi AI, ale nie ograniczy się do niej. Dowiemy się sporo o kierowcach samochodów dostawczych, sytuacji dzieci, artystów, copywriterów i wielu, wielu innych ludzi. Chociaż sama książka nie jest przesadnie grupa, to zakres omawianych zagadnień jest ogromny! Gdy kończyłam jeden rozdział, już nie mogłam się doczekać co będzie w następnym. Ta książka była niczym literacka bombonierka pełna smakowitych tematów.

Bardzo dużym plusem tej publikacji jest też przedstawienie wielu wątków z różnych punktów widzenia. Nawet w obrębie jednego zagadnienia mamy kilka punktów perspektyw. Z kolei sam autor zdradza swoje stanowisko tylko od czasu do czasu. I to też uważam za zaletę – najbardziej cenie sobie, gdy reportaż pozwala mi przeanalizować omawiane zagadnienia samodzielnie, a nie daje mi prostych odpowiedzi.


„Młóćka” napisana jest też niesamowicie przystępnie. I to nie tylko za sprawą narracji. Autor sprawnie łączy ze sobą różne źródła. Mamy trochę rozmów, trochę raportów, trochę przemyśleń. Te różnorodne formy sprawiają, że nie sposób się nudzić. Widać też, że w napisanie tego tytułu autor włożył mnóstwo pracy i chociaż, jak sam zauważa, mógłby zdać się na AI, nie robi tego.

Mniej więcej w połowie czytania tego tytułu, tak się dałam porwać, że postanowiłam przeczytać wszystko, co wyjdzie spod pióra tego autora. Sprawdziłam więc, co jeszcze napisał. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że wszystko już czytałam. Obydwie wcześniejsze publikacji, czyli „Urobieni” oraz „Zapaść” to tytuły genialne, które sprawiły, że pokochałam reportaże. Serdecznie je polecam!

Wracając jednak do „Młóćki” – tematy, które poruszane są w książce, mogą nas wiele nauczyć – skłonić do myślenia i, być może, zrewidowania ścieżki zawodowej. Przygotowania do przyszłości zawsze bowiem zaczynają się zanim ona nastanie. Ale to nie wszystko – książka może być też przestrogą, skłonić do refleksji nad tym, czego tak naprawdę oczekujemy od jutra. Czy ścieżka, którą idziemy, doprowadzi nas do oczekiwanego celu?

Reasumując, „Młóćka” to świetny reportaż, który polecam absolutnie każdemu. Nawet jeśli nie interesuje Cię temat pracy przyszłości, myślę, że ta książka to zmieni.

Dominika Róg-Górecka

niedziela, 19 kwietnia 2026

Lone wolf: Otchłań zagłady – Joe Dever

#WspółpracaRecenzencka #BlackMonk 


Lubię gry paragrafowe, bo mam dwa w jednym: z jednej strony ciekawą historię i sporo czytania (co przecież, jako mol książkowy, uwielbiam), z drugiej – możliwość wpływania na decyzje bohaterów. Po raz czwarty sięgnęłam po losy samotnego wilka. A oto krótka relacja z wyprawy!




Zanim przejdziemy do moich wrażeń, kilka słów o samym tytule. Jeśli już jesteś na tym etapie „Lone wolf” to już doskonale znasz wszystkie zasady. Ale… może czytasz ten tekst przypadkiem? Jeśli tak, krótki wstęp: seria „Lone wolf” to historia ostatniego z Lordów Kai. To prosta gra paragrafowa, w której mechanika jest istotna, ale też dość prosta. Chociaż na początku konieczność śledzenia wszystkich statystyk może się wydawać męcząca, dość szybko wchodzi w krew (z drobnym zastrzeżeniem, ale o tym później). Tym razem samotny wilk jest wysłany, żeby sprawdzić, czemu inni zwiadowcy nie wracają pewnej odleglej prowincji. Ma do dyspozycji ludzi, ale czy okażą się pomocni?



W tej części naprawdę dużo się dzieje! Fabuła rozwija się wartko i przenosi czytelnika w bardzo różne miejsca. Cały czas czuć oddech wrogów na karku, a pułapki nigdy się nie kończą. Jednak uczucie zagrożenia towarzyszyło mi tylko na samym początku. Na tym etapie nasz bohater ma już sporo umiejętności, dlatego przygoda wydała mi się też w pewien sposób łatwiejsza.



Czas też na wspomnianą gwiazdkę dotyczącą mechaniki – o ile na początku budziła ona moje emocje, w pewnym momencie… trochę się przejadła. Główne zasady w każdej części są identyczne – nie mamy żadnego interesującego zwrotu akcji, czy czegoś, co każe nam opracować inną strategię. W efekcie tego w pewnym momencie po prostu z niej zrezygnowałam. Gdy rzuty kością decydowały o powodzeniu zadania – po prostu były dla mnie nudne. Ale te wpływające na rozwój fabuły – nadal rozbudzały moją ciekawość.



Z kolei, jeśli chodzi o bieg wydarzeń – sama historia jest ciekawa – jednak nasz wpływ na nią… dość ograniczony. Gracz, a w zasadzie wyniki testów – wpływają na dwa aspekty: sukces lub jego brak poszczególnych aktywności oraz wybór fabularnych ścieżek. Jednak to drugie to tylko kwestia wątków pobocznych (czy coś zobaczymy, czy coś znajdziemy, którędy dotrzemy do celu). Sam przebieg głównego wątku pozostaje bez zmian – z jednej strony rozumiem, że w książce mogłoby być trudno przygotować różne ścieżki (chociaż nie jest to niemożliwe, bo znam tytuły od tego wydawcy, które to robią), z drugiej – chociaż dwie oddzielne linie sprawiłyby, że czułabym większy wpływ na opowieść. Najbardziej rozczarowało mnie, że niezależnie od moich decyzji, los wspomnianych we wstępie ludzi pozostał ten sam. A szkoda, bo tu aż prosiło się o wprowadzenie nowej mechaniki i ocenę dowódczych umiejętności gracza.



Podróżując przez „Otchłań zagłady” bawiłam się nieźle, chociaż nieidealnie. Minął pierwszy powiew świeżości, a autor nie postarał się, żeby dostarczyć zamiast tego coś nowego. Dlatego jestem ciekawa, jak dalej rozwinie się ta seria – mam nadzieję, że jeszcze mnie czymś zaskoczy!

czwartek, 16 kwietnia 2026

Zuzia odzyskuje humor – Schneider Liane

#WspółpracaRecenzencka #MediaRodzina



Coraz częściej sięgamy po książki dla dzieci, w których tekst nie jest już tylko dodatkiem do ilustracji, a pełnoprawnym elementem opowieści. To bardzo wyraźny trend – i bardzo dobra wiadomość. Dzieci chcą słuchać historii, nie jedynie je oglądać, a my chcemy im te historie czytać bez poczucia, że po trzech zdaniach „już po wszystkim”. Po Jadzi Pętelce naturalnym krokiem okazuje się „Zuzia odzyskuje humor”, bo to opowieść z tego samego porządku – bliska codzienności, osadzona w emocjach i napisana z myślą o młodym odbiorcy, którego nie trzeba prowadzić za rękę.



Tym razem towarzyszymy Zuzi w dniu, który wyraźnie nie układa się po jej myśli. Smutek pojawia się z różnych powodów – coś się zepsuło, coś poszło nie tak, ktoś powiedział jedno zdanie za dużo. Dla dorosłego to sytuacje nieistotne, dla dziecka bardzo realne i obciążające. Zuzia przeżywa swoje emocje intensywnie, a my patrzymy na ten proces z jej perspektywy – bez ironii, bez umniejszania, bez przyspieszania finału. To historia o tym, że gorszy dzień nie musi mieć jednej przyczyny i że nie zawsze da się go „naprawić” jednym dobrym gestem.

Fabuła jest prosta, ale siła tej książki tkwi właśnie w tej prostocie. Sceny z życia codziennego są niezwykle uniwersalne, dzięki czemu młody czytelnik bez trudu odnajdzie w nich siebie. Zuzia mierzy się z trudnymi sytuacjami, które nie wymagają wielkich słów ani spektakularnych rozwiązań – wystarczy zrozumienie i czas. To także bardzo czytelny sygnał dla dorosłych, że to, co z naszej perspektywy bywa drobiazgiem, dla dziecka naprawdę może być wyzwaniem na miarę całego dnia.

Dużym plusem jest sposób przedstawienia dorosłych. Rodzice Zuzi nie są idealni – i bardzo dobrze. Nie zawsze reagują perfekcyjnie, czasem coś im umyka, czasem popełniają błąd. Jednocześnie nie rozpamiętują swoich potknięć i nie robią z nich życiowego dramatu. To podejście, które pokazuje zdrową równowagę – błędy są częścią codzienności, ważne jednak, by uwzględniać potrzeby całej rodziny, zarówno dziecka, jak i dorosłego. Bez nadmiernej presji i bez udawania doskonałości.

Ogromną rolę w odbiorze książki odgrywają ilustracje. Są delikatne, bajkowe, ale zdecydowanie nie uproszczone. Nie krzyczą kolorem ani formą, za to subtelnie dopełniają tekst i pomagają wybrzmieć emocjom. To obrazki, które można długo oglądać – pełne detali, miękkie wizualnie i bardzo spójne z treścią. Śliczne, ale nie infantylne.

Warto pamiętać, że „Zuzia odzyskuje humor” jest częścią większej serii, co z jednej strony pozwala dziecku wracać do znanej bohaterki, a z drugiej daje dorosłym poczucie ciągłości i sensu w budowaniu domowej biblioteczki. Dodatkowym atutem jest bardzo przystępna cena – to książka, po którą można sięgnąć bez długiego zastanawiania się i bez wyrzutów sumienia.

To jedna z tych historii, które działają po cichu. Nie moralizują, nie pouczają wprost, nie podają gotowych rozwiązań na tacy. Zamiast tego pokazują proces – przeżywanie, bycie wysłuchanym, powolne odzyskiwanie równowagi. Idealna jako punkt wyjścia do rozmów, ale też jako samodzielna, wartościowa lektura.

„Zuzia odzyskuje humor” to książka, która przypomina, że dziecięce emocje zasługują na uważność i powagę. Bez nadęcia, bez patosu, za to z dużą empatią i spokojem. Jeśli lubicie historie, które nie tylko bawią, ale też zostają z czytelnikiem na dłużej – to zdecydowanie tytuł wart uwagi.

A Wy? Lubicie nietypowe książki dla dzieci, które nie spieszą się z puentą i pozwalają emocjom wybrzmieć we własnym tempie?

Dominika Róg-Górecka

piątek, 10 kwietnia 2026

Kicia Kocia ratuje boisko – Anita Głowińska

#WspółpracaRecenzencka #MediaRodzina 


To ja! Matka, która deklarowała, że w życiu nie kupi „Kici Koci”. Argumentów za tą tezą miałam całe mnóstwo, ale przeważył jeden przeciwny. Moja córka uwielbia „Kicię Kocię”. Bibliotekowe wydanie dosłownie zdobyło jej serce. Dlatego bez wahania zgłosiłam się do recenzowania najnowszych przygód kotki. I tak o to w nasze ręce trafiła „Kicia Kocia ratuje boisko”.


W tej części do przedszkola przyjeżdża dziennikarz. Kicia Kocia i Pacek są zachwyceni! Nie spodziewają się jednak, że niedługo sami wcielą się w rolę dziennikarzy. A wystarczyło jedno pytanie! Gość zapytał dzieci, o czym chcieliby napisać. Kicia Kocia zgłasza się i proponuje temat boiska Adelki. Okazuje się, że nikt tam się nie bawi. Dlaczego? Tego właśnie dowiedzą się dzieci.

Od strony wizualnej ta część utrzymuje klimat serii. Albo się on podoba (np. mojej córce), albo nie (np. mnie). Trzeba jednak przyznać, że obrazki są proste, czytelne i zrozumiałe nawet dla małych dzieci. Do tego kolorowe i wesołe – testerka, do której adresowaną tę publikację, jest zadowolona.
 

Ciekawa jest również sama fabuła. Akcja przyjemnie biegnie do przodu, a opisywane wydarzenia są ciekawe. Przy okazji wartkiej fabuły autorka porusza kilka ważnych tematów. Dla mnie najbardziej wartościowy jest motyw drzew. Kicia Kocia wyjaśnia czytelnikowi, dlaczego są one tak potrzebne w mieście. Pozytywnie też oceniam postępowanie samej kotki – autorka pokazuje, że dzieci mają wpływ na swoje otoczenie i że działanie dla dobra ogółu to coś, co warto podejmować.

Jeśli ktoś już lubi Kicie Kocię, myślę, że warto, żeby uzupełnił swoją biblioteczkę o ten tytuł. Nieprzekonanych, takich jak ja, ta część może zachęcić do zmiany zdania i polubienia się z bohaterką. A najmłodsi – oni będą mieli dużo frajdy z słuchania o tym, jak Kicia Kocia uratowała boisko.

Dominika Róg-Górecka

Dziwna pogoda w Tokio Hiromi Kawakami

#WspółpracaRecenzencka #Znak


Czasem przypadek potrafi zdeccydować o całym życiu. Dla jednych zbieg okoliczności, dla innych przeznaczenie. Nie zmienia to jednak faktu, że jedna sytuacja, zupełnie niespodziewana, nagle odmienia wszystko. Tak właśnie zaczyna się „Dziwna pogoda w Tokio”.


Tsukiko nie jest najbardziej towarzyską osobą. Mówiąc dobitniej, to samotniczka, która lubi spędzać czas w barze i w spokoju pić sake. Przypadkiem spotyka tam swojego byłego nauczyciela, którego nazywa Senseiem. Wkrótce z przypadku robi się zwyczaj, a ze zwyczaju oczekiwany moment dnia. Zwykłe rozmowy zyskują na głębi, a samotność… smakuje już inaczej.

Tak, nie tylko pogoda, ale też ta książka są dziwne. Bo w zasadzie ciężko tu mówić o jakiejś prowadzącej w konkretne miejsce fabule. Historia złożona jest z coraz mniej przypadkowych spotkań i coraz bardziej głębokich rozmów. Toczy się powoli bez żadnego konkretnego kierunku. Od kieliszka do kieliszka coś powoli nabiera intensywności. Z jednej strony byłam trochę zdziwiona tym, ile razy można sięgać po alkohol, z drugiej strony, z zainteresowaniem śledziłam rozmowy, które z każdym spotkaniem robiły się bardziej zażyłe.


„Dziwna pogoda w Tokio” to przede wszystkim opowieść o znajomości, która zaczęła się niepozornie i rozwijała bez większych fajerwerków. A jednocześnie była bardzo dojrzała i głęboka. To nie jest historia ku pokrzepieniu serc, to relacja z codzienności, melancholijna, przepełniona samotnością. Nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji, po prostu szare życie i od czasu do czasu promienie słońca.

A w tle prawdziwa Japonia – a w zasadzie jej elementy: dużo kuchni, trochę kultury, problemów społecznych, widoków. Oraz oczywiście klimat: trochę melancholijny i kameralny, a jednocześnie wciąż intrygujący.

To jest książka dla osób, które cenią sobie powolną akcję, lubią szukać w dialogach drugiego dna i nie straszna im szara, czasem nudna, rzeczywistość. Wytrwali odbiorcy znajdą w powieści sporo ciepła, nieoczywistego dowcipu i odkryją przyjemność obcowania z naturalną, powoli rozwijającą się relacją.

Dominika Róg-Górecka

środa, 8 kwietnia 2026

Pomsta i pokuta Pauline – Louisa May Alcott

#WspółpracaRecenzecnka #Patronat #WydawnictwoMG 


Nie samymi nowościami człowiek żyje. Co jakiś czas uwielbiam sięgać po klasyki, zwłaszcza te od wydawnictwa MG. „Pomsta i pokuta Pauline” to nasz patronat, ale też naprawdę ciekawa powieść!


Tytułowa Pauline to kobieta inteligentna, silna i… skrzywdzona przez mężczyznę. A to sprawia, że ma w głowie tylko jeden cel: zemstę. By ją osiągnąć, nie cofnie się przed niczym, nawet przed wykorzystaniem swojego niewinnego adoratora. Jednak czy kara, którą planuje wymierzyć, nie skrzywdzi też jej samej?

„Pomsta i pokuta Pauline” wyróżnia się dwoma rzeczami: pięknym wydaniem i kwiecistym językiem. To pierwsze jest zasługą wydawnictwa MG, które doszło pod tym względem niemal do perfekcji. Piękna twarda okładka, świetnie opracowany tekst i ładne ilustracje. Jednak najbardziej podoba mi się tutaj spójność. Wszystkie książki Louisa May Alcott wydają w ten sam sposób, a ja mam dzięki temu naprawdę ładnie wyglądającą kolekcję.

Tym razem dzieło autorki „Małych kobietek” stawia na bardziej emocjonalne nuty. Powieść przepełniona jest emocjami, uniesieniami, westchnieniami i lametami. To nie wydarzenia, a uczucia, odgrywają pierwsze skrzypce w tej historii. A wszystko to za sprawą kwiecistego, lekko archaicznego języka. Tę powieść czyta się zupełnie inaczej niż współczesne publikacje – z niekłamaną przyjemnością zagłębiałam się w opowieść „napisaną” przez emocje.

Jednak czy te afekty i wzburzenia nie były czasem przesadzone? Zdecydowanie tak! Zwłaszcza jeden z bohaterów wydał mi się aż nadto zdeterminowany i dość naiwnie zakochany. To jest romans w starym stylu, tutaj krew dudni w uszach, serce bije jak szalone, a z emocji aż ciężko złapać oddech. Dla mnie jednak ten styl ma w sobie dużo uroku.

Co do przebiegu akcji, jest ona podporządkowana zemście Pauline. Część wydarzeń dzieje się za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności. Może trudno tu mówić o jakiś szczególnie zaskakujących zwrotach akcji, ale cała fabuła toczy się sprawnie i prowadzi do ciekawego, dającego do myślenia zakończenia.


Sama książka ma dość niewielką objętość, liczy sobie zaledwie 160 stron (nie odejmując ilustracji), ale udało się na nich zmieścić intensywną, emocjonalną opowieść. Na uznanie zasługują też bohaterowie: to ciekawe postacie o złożonych charakterach. Każdy z nich ma zarówno swoje wady, jak i zalety – przez co trudno ich jednoznacznie ocenić.

Największy kunszt autorki ujawnia się w dialogach – wiele się tutaj dzieje. Pauline uskutecznia zemstę, ale jednocześnie sama odpiera ataki. Dodatkowo w tle jest jeszcze dwójka bohaterów, którzy w mniej lub bardziej zamierzony sposób biorą udział w intrydze. Połączenie konfliktu interesów oraz etykiety owocuje rozmowami, które można interpretować na różne sposoby.

Czy warto sięgnąć po ten tytuł? Zdecydowanie tak. „Pomsta i pokuta Pauline” to książka krótka, ale treściwa i niezwykle intensywna pod względem emocji. Stanowi też przyjemną odskocznię od współczesnych tytułów.

A Ty lubisz klasyki? Znasz twórczość Louisa May Alcott?

Dominika Róg-Górecka


Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates