sobota, 7 marca 2020

Nimfomanka – Sonia Rosa



Po przeczytaniu tej książki miałam ochotę podłączyć mojego męża pod monitoring, obwiązać drutem kolczastym pod wysokim napięciem, a już na pewno nigdy nie wypuszczać z domu. Tak na wszelki wypadek. Dziś będzie trochę o tym, że co za dużo, to nie zdrowo, i że czasem by było by lepiej nie opisywać wszystkiego… tak dokładnie.


Tytuł: Nimfomanka
Auotr: Sonia Rosa
Wydawnictwo: Filia

Anita, jak sugeruje tytuł, jest uzależniona od seksu. Albo o nim myśli, albo go uprawia. Nie ważne gdzie, nie ważne z kim, ważne, żeby dużo. Z czasem ten nałóg odbiera jej wszystko, rodzinę, pracę, godność. Mimo to dalej nie potrafi z niego zrezygnować. Zapraszam was na wyprawę w bardzo nieprzyjemne obszary seksualności i to w jednym kierunku, prosto do samego dna.

Sama nie wiem, co mnie pokusiło, by sięgnąć po ten tytuł. Ładna okładka? Dobre wydawnictwo? Intrygująca zapowiedź, że jest to tytuł wyłącznie dla dorosłych? Sama nie wiem, na początku miałam wyłącznie dobre skojarzenia z tą powieścią i chociaż koleżanka mi ją odradzała, nie zraziłam się. Ja przecież lubię książki skonstruowane wokół problemów i dramatów, zwłaszcza na etapie ich pokonywania. A tutaj przecież mamy kryzys jak się patrzy, więc z pewnością będzie ciekawie… cóż… myliłam się.



Aż ciężko wyliczyć wszystkie rzeczy, które w tej powieści poszły źle. Na początku zacznę więc od kwestii technicznych. Sama narracja jest lekka, przystępna, chociaż przesadnie dosadna. Początkowo kompozycja wygląda nieźle, bo na zmianę prezentowana jest przeszłość i teraźniejszość. Czyli niby stopniowo odkrywamy co doprowadziło bohaterkę do tego stanu. Napisałam „niby” bo moim zdaniem to ona prędzej mogłaby się nabawić wstrętu do seksu niż jego zamiłowania, ale mniejsza… Niestety, ostatecznie cała historia do niczego nie prowadzi. Liczyłam na przełom, terapię, leczenie, refleksję, pracę nad sobą. Nic bardziej mylnego. Całość to opis mnóstwa przypadkowych stosunków, bez grama romantyczności, które nie popychają fabuły do przewodu.

Niesamowicie rozczarowało mnie również zakończenie. Mogłoby się ono pojawić w dowolnym momencie książki, nic nie wniosło, nie zmieniło, było nijakie i zwyczajnie nudne. Poczułam się zawiedzona, bo okazało się, że całe czytanie nie doprowadziło mnie do żadnego ciekawego miejsca.

Wróćmy jednak do wzmianki, że jest to książka tylko dla dorosłych. Potwierdzam! I to dorosłych z niskim poziomem brzydliwości. Scen seksu jest tu jak w pornolu, albo i więcej. Z reguły są one po prostu… fuj. Pojawia się kilka romantycznych uniesień, ale nasza bohaterka co rusz zaznacza, że dla niej znaczenie ma samo bzykanie i nic więcej.

Skoro już mowa o Anicie i jej podejściu do życia to kobita jest niesamowicie niekonsekwentna. Chodzi z facetami do łóżka czasem po godzinie znajomości, a potem jest w szoku, że oni się jej nie oświadczają, chociaż ona już miała w głowie plany na bycie panią ich domu (tak, bardzo dokładnie ocenia warunki mieszkaniowe). Ryczy, bo po raz kolejny kogoś przeleciała, a potem ryczy, bo ktoś jej odmówił i go nie przeleciała. Ubolewa nad płytkimi, niewychowanymi mężczyznami, a potem odtrąca tych potencjalnie kochanych i rokujących na związek. Zazwyczaj płacze po seksie i z jedną, i z drugą grupą. Biega po mieście jak w rui,  a potem płacze, że ją ludzie tak traktują… Ale już hitem było, gdy bardzo niegrzecznie potraktowała pana, który nad ranem chciał zjeść z nią śniadanie, by zaraz potem płynnie przejść w myślach do monologu o chamskich odzywkach mężczyzn… No po prostu…

Kolejną rzeczą, która strasznie mi się w bohaterce nie podobała, to jej wręcz proszenie się o gwałt. Tak, to ma miejsce i najgorsze w tym jest to, że… nic z tym nie robi! Nie broni się, rozkłada nogi, nie ucieka tylko… no dalej to samo. Daje tyle ile chcą. Nie dzwoni na policję, nie przeżywa, a najgorsze jest to, że… potrafi stwierdzić, że chociaż na trochę ją zaspokoili! W czasach, kiedy tyle się mówi o uzasadnianiu gwałtów w kulturze, o braku przyzwolenia, takie teksty to czysta kpina.

Kolejną kwestią jest tak niesamowite nieumiarkowanie w piciu alkoholu, że po przeczytaniu tej książki ma się ochotę zostać absyntem.

Następnie wkraczają liczne absurdy fabularne. Nasza bohaterka spotyka się z mężczyznami zazwyczaj raz czy dwa. Przy jej „hobby” przydałby się stały współpracownik (lub kilku), prawda? Nie, bo… nie. Ona z nikim nie chce się „umówić” ponownie. Chyba, żeby nie było jej za łatwo. To może chociaż niech zamieni swoją „pasję” w pracę? Brzmi sensownie nie? Wreszcie zaczęłaby zarabiać na tym, co i tak lubi. W końcu i tak robi to co oni chcą. Nie! Ona się obraża jak ktoś jej proponuje kasę. No tak, bo seks za darmo z kilka facetami dziennie to nie jest uwłaczający, ale za stówkę to ło la Boga! Skandal! Za kogo oni ją mają!



Rażą też liczne powtórzenia w tekście dość oklepanych zwrotów. Przez całą powieść mowa o „zapachu przetrawionego alkoholu” oraz „nie to, żeby mi to kiedykolwiek przeszkadzało”. Myślałam, że coś mnie trafi, gdy po raz kolejny o tym wspominała.

Najgorsze w tym jest to, że w zasadzie dałoby się wszystko napisać inaczej. Niestety książka nie skupia się na ważnych aspektach fabuły, rzadko podnosi relacje z rodziną, czy kwestie zawodowe, za to co chwilę opisuje nam obrzydliwy seks. Wszystko to sprawia, że zwyczajnie nie przejmujemy się całym tłem opowieści, a bohaterki nawet nie lubimy. Ja wiem, w opowieści o nimfomance musi być dużo zbliżeń, ale przecież dało by się połowę z nich wyciąć i napisać, że były, skupić się za to na fajnym poprowadzeniu akcji. Pozwolić bohaterce zmieniać pracę, leczyć się, nawiązywać inne relację, a tak to… nic… sam seks i to w wydaniu dalekim od romansów.

Nie podobała mi się ta książka i co więcej, może być ona szkodliwa. Jeśli celem było pokazanie kobiety, którą zniszczyła choroba, to niestety odbiór był zupełnie inny. Wyszła rozkapryszona baba, która tylko ryczy, wyrywa zajętych mężczyzn, ryczy, puszcza się z menelami, dramatyzuje, że inne kobiety mają mężów, a ona nie i nie wie dlaczego, znowu ryczy i wszystko solidnie zapija. Reasumując, ma tak, jak sobie zasłużyła. I nie myślimy w tym momencie o niej, jak o kimś w uzależnieniu, tylko jak bezdennie głupiutkiej bohaterce, która sama chce się zniszczyć. Szkoda, bo sam pomysł nie był zły, jednak zabrakło pomysłu na realizację, a samo zachowanie bohaterki, jak i jej motywacja były tak grubymi nićmi szyte, że w ogóle do mnie nie przemówiły, nie mówiąc już o poruszeniu. „Nimfomanka” to moim zdaniem książka z kategorii „czytałam, żebyście wy nie musieli”. Nie ma za co!

P.s. Chociaż nie, jest za co, bo to jednak była męczarnia.


Te bardzo podejrzane rejony ludzkiej egzystencji mogłam zwiedzić dzięki portalowi Czytam Pierwszy :)

logov5

1 komentarz:

  1. Nie planowałam czytać tej książki i swoje zdanie podtrzymuję. 😊

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates