środa, 13 listopada 2019

Przepowiednia Reinkaanyiuki – Kalina Bobras



Debiuty mają to do siebie, że czytelnicy nigdy nie wiedzą, czego mają się spodziewać. Niekiedy takie książki są perełkami, a ich autorzy z wdziękiem dołączają do grona poczytnych pisarzy. Często bywa też tak, że debiutanckie powieści są tak „ciężkostrawne”, że odbiorcy albo nie doczytują ich do końca, albo z ulgą ten koniec przyjmują. W moim odczuciu do takiej właśnie kategorii można zaliczyć  Przepowiednię Reinkaanyiuki Kaliny Bobras.

Tytuł:  Przepowiednia Reinkaanyiuki
Autor: Kalina Bobras
Wydawnictwo: Novae Res

Według słów prastarej legendy podczas jednej z walk o władzę Dusza Słońca uwięził swojego brata Duszę Mroku. Oczywiście nie miało być to długotrwałe, a jedyną osobą, która mogłaby powstrzymać jego rychły powrót był Reinkaanyiuki – nowe wcielenie Duszy Słońca. By tego dokonać młody chłopiec Haeylden, który okazuje się być reinkarnacją Duszy Słońca wraz z grupą wybrańców udaje się w podróż mającą na celu zdobycie kryształów Natury. Tylko w ten sposób będą oni w stanie pokonać budzące się do życia zło.

Przepowiednia Reinkaanyiuki zapowiadała się na ciekawą i intrygującą książkę. Niewątpliwie było magicznie, a wszystko owiane było tajemnicą aż proszącą się o jej rozwiązanie. Niestety im głębiej w powieść, tym niej ciekawiej i optymistyczniej. Schematy powielały schematy, a głównym bohaterom – dziwnym trafem – wszystko się udawało. Brakowało mi tutaj zdecydowanie piętrzących się przed nimi problemów, które skłaniałyby do wytężonej pracy umysłowej i zdecydowanych decyzji mających wpływ na opowiadaną historię.

Bohaterowie byli dosyć sztywni i jednomiarowi. Przyzwyczaiłam się już do książek, w których każda postać była indywiduum mającym własne zdanie, postępującym zgodnie z własnym sumieniem, niekoniecznie opierając się na obowiązującym kanonie. Nie, zdecydowanie nie uświadczyłam tutaj żadnej chemii, czułam jedynie niedowierzanie i irytację. Dla mnie – przywódca, nawet niedoświadczony – wprowadzający zamęt w szeregi własnej kompani to żaden przywódca, a działanie pod jego „rozkazami” winno zakończyć się kompletną klęską.

Jeśli chodzi o stronę językową, autorka również zaprezentowała czytelnikom prawdziwy misz masz. Przy niektórych słowach można było połamać sobie język i to sprawiło, że pewne nazwy wolałam sobie odpuścić, ponieważ niemożność prawidłowego ich wymówienia, a co dopiero przeczytania była dla mnie utrudnieniem.  Poza tym można było również dostrzec widoczną niekonsekwencję w ramach czasowych (smoki i pociągi raczej nie idą ze sobą w parze) oraz brak dokładnego opisu odwiedzanych światów (nie lubię zbytecznego rozwlekania, ale wypadałoby wspomnieć cokolwiek, prawda).

460 stron Przepowiedni Reinkaanyiuki było dla mnie istną mordęgą, ale nie zrażam się i nadal będę czytać debiutanckie powieści, szukając w nich czegoś, co będzie w stanie mną wstrząsnąć. W tej książce nic takiego nie znalazłam.


Monika Mikłaszewska




0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates