czwartek, 23 kwietnia 2026

Wujańcio – Magdalena Wawrykiewicz

#reklama #Magdalena Wawrykiewicz 


Niezbyt często sięgam po sztuki. Do teatru zaglądam od czasu do czasu, ale w domowej biblioteczce dramaty pojawiają się raczej epizodycznie – ostatnim był chyba „Małe zbrodnie małżeńskie”. Dlatego po „Wujańcia” sięgnęłam z ciekawości i lekką rezerwą. Sztuka teatralna w formie książki zawsze rodzi pytanie, czy obroni się poza sceną. Tutaj wątpliwości zniknęły szybciej, niż się pojawiły. „Wujańcio” okazał się tekstem nieoczywistym, miejscami dusznym, bardzo intensywnym emocjonalnie i takim, który zmusza do zatrzymania się – nawet jeśli w pierwszej chwili próbujemy czytać dalej.



Fabuła zarysowana jest oszczędnie, ale precyzyjnie. W centrum stoi Stefania Czarnecka – kobieta sukcesu z czasów PRL, właścicielka polonijnej firmy, barwna postać, która z jednej strony imponuje siłą, a z drugiej budzi rosnący niepokój. Jej historia odsłania się stopniowo w rozmowach z drugą bohaterką – bardziej osadzoną w codzienności, pełniącą rolę rozmówczyni, powierniczki, a momentami katalizatora trudnych emocji. To właśnie dialog staje się narzędziem odkrywania przeszłych relacji, nieudanych związków, skrywanych traum i tytułowego „wujańcia”, którego obecność – choć często niewypowiedziana wprost – kładzie się cieniem na całej opowieści.

Zaskoczyło mnie, jak dobrze czytało mi się tę książkę. Prawie całość stanowią rozmowy dwóch osób, a mimo to tekst ani na moment nie traci tempa. Dialogi są dynamiczne, nasycone emocjami, pełne napięć i niedopowiedzeń. Autorka bardzo świadomie pracuje językiem – wykreowała dwie kompletnie różne kobiety, pochodzące z odmiennych światów, co słychać w każdej wymianie zdań. Różnice w słownictwie, rytmie wypowiedzi i sposobie patrzenia na rzeczywistość są wyraźne, ale nienachalne. W ramach krótkiej formy udało się też sprawnie wplatać przeszłe wydarzenia w bieżące rozmowy – dzięki temu bohaterki nabierają głębi, a czytelnik stopniowo zaczyna je rozumieć, choć niekoniecznie usprawiedliwiać.


„Wujańcio” jest krótki, lecz tematycznie bardzo gęsty. Na pierwszym planie pojawiają się relacje miłosne Stefanii i jej uporczywe wikłanie się w związki z mężczyznami emocjonalnie niedostępnymi, często toksycznymi. To jednak tylko jedna warstwa opowieści. Pod spodem kryje się psychologiczny portret kobiety, która od dzieciństwa doświadczała porzucenia i nauczyła się kompulsywnie szukać potwierdzenia własnej wartości. Te doświadczenia wyraźnie rzutują również na jej relację z córką – a w zasadzie jej brakiem. Odczytałam tę sztukę jako gorzką przestrogę przed nieprzepracowaną przeszłością, która prędzej czy później zaczyna przejmować kontrolę.

Podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że nie czytam książki, a oglądam spektakl. W wyobraźni widziałam przygaszone światła, dwie postacie na scenie, minimalistyczną scenografię i napięcie wiszące w powietrzu między kolejnymi kwestiami. To tekst, który aż prosi się o teatralną interpretację – oparty nie tylko na słowie, ale też geście i pauzie. Z dużą przyjemnością zobaczyłabym „Wujańcia” na deskach teatru, bo mam wrażenie, że mógłby wybrzmieć jeszcze mocniej.

Dodatkową warstwą, która bardzo mnie zainteresowała, jest tło obyczajowo-historyczne. Autorce udało się dyskretnie, ale sugestywnie oddać klimat PRL. System nie wychodzi na pierwszy plan, lecz stale jest obecny – w drobnych aluzjach, czy dekoracjach codzienności. Łapówkarstwo, praca w służbach, problemy z zaopatrzeniem sklepów – wszystko to pojawia się jak naturalne tło życia bohaterów, bez publicystyki i nachalnych ocen.

Trudno jednoznacznie ocenić bohaterów tej sztuki i chyba w tym tkwi jej siła. Nie ma tu prostych odpowiedzi ani wygodnych podziałów na winnych i niewinnych. „Wujańcio” zostawia z uczuciem lekkiego dyskomfortu, ale też satysfakcją z obcowania z tekstem ambitnym, dobrze skonstruowanym i emocjonalnie uczciwym. To dramat, który działa bardziej podskórnie niż efektownie.

„Wujańcio” to książka nieszablonowa – kameralna, wymagająca skupienia, ale jednocześnie bardzo wciągająca. Jako doświadczenie czytelnicze okazała się czymś świeżym i zaskakującym, nawet dla kogoś, kto rzadko sięga po dramaty. Zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę – najlepiej bez pośpiechu, z otwartością na niewygodne pytania, które pojawią się już po lekturze.

Dominika Róg-Górecka

4 komentarze:

  1. Rzadko sięgam po dramaty, ale przyznam, że ten tytuł mnie zaciekawił.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się ten psychologiczny kierunek. Z chęcią zobaczyłabym tę historię na scenie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czuję, że to nie jest łatwa lektura, ale wartościowa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawa pozycja. Klimat PRL jako tło zawsze dodaje głębi takim historiom.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates