Featured

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Poniedziałki z matchą – Michiko Aoyama

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoRelacja


Chociaż matcha nie jest moją ulubioną herbatą – a może po prostu nigdy nie piłam jej zaparzonej naprawdę poprawnie – to japońskie książki uwielbiam od dawna. Mają w sobie coś, co trudno znaleźć gdzie indziej: spokój, czułość, uważność na detale. A Michiko Aoyama to autorka, którą cenię szczególnie. W krótkiej formie potrafi zmieścić tyle celnych myśli, że człowiek po lekturze czuje się, jakby wypił nie filiżankę herbaty, ale całą esencję życia. „Poniedziałki z matchą” tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzają.


Fabuła ponownie skupia się wokół Marble Café – miejsca, które raz w miesiącu zamienia się w coś na kształt magicznego zakątka. To właśnie wtedy serwowana jest matcha, intensywnie zielona i pełna energii, która według opisu potrafi „złagodzić ciężar codzienności” i otworzyć drogę do zmian. Do kawiarni trafiają ludzie na życiowych zakrętach: ktoś, kto utknął w pracy, ktoś, kto nie wie, jak ruszyć dalej, ktoś, kto szuka odwagi, żeby zmienić swoje życie. Większość z nich siada przy stoliku, bierze łyk gorącej matchy i zaczyna dostrzegać coś, czego wcześniej nie widział. To nie magia w dosłownym sensie – raczej subtelna zmiana perspektywy, która przychodzi wtedy, gdy wreszcie pozwalamy sobie na chwilę oddechu.

Tak jak w poprzedniej części, również tutaj dostajemy serię opowiadań, które przeplatają się ze sobą w niezwykle satysfakcjonujący sposób. Bohater drugoplanowy w jednym tekście staje się głównym w kolejnym, a ktoś, kto wcześniej pojawił się tylko na moment, nagle odsłania przed nami swoje życie. To świetny zabieg – pozwala spojrzeć na te same sprawy z różnych stron, a jednocześnie buduje poczucie, że wszyscy jesteśmy częścią większej całości. Że nasze historie splatają się ze sobą nawet wtedy, gdy tego nie zauważamy.


Tym razem nie podróżujemy tak dużo jak wcześniej, ale nadal odkrywamy mnóstwo niuansów ludzkiego życia. Aoyama ma niezwykły talent do wyłapywania drobiazgów, które na co dzień nam umykają. Jej spostrzeżenia są trafne, dające do myślenia, ale – co ważne – nie ograniczają się do wywoływania negatywnych emocji. Wiele japońskich książek operuje smutkiem, stratą, samotnością. Tu również pojawiają się trudne tematy, ale autorka robi coś innego: daje nadzieję. Skłania do pozytywnych przemyśleń, pokazuje, że zmiana jest możliwa, nawet jeśli zaczyna się od jednego, niepozornego poniedziałku.

Teksty są krótkie, ale niezwykle treściwe. To sama esencja – mocna i celna niczym matcha. Każde opowiadanie zostawia w czytelniku coś, co jeszcze długo rezonuje. A jednak cały czas zastanawiam się, czy dłuższa forma nie dostarczyłaby jeszcze więcej wspaniałej literatury. Czy nie chciałabym spędzić z tymi bohaterami odrobinę więcej czasu. Ale może właśnie w tym tkwi siła tej książki – w niedopowiedzeniu, w przestrzeni, którą zostawia czytelnikowi.

Bohaterowie są bardzo różni, nieidealni, ale przez to niezwykle charyzmatyczni. Każdy z nich ma swoje słabości, swoje lęki, swoje małe dramaty. I każdy z nich jest przedstawiony z ogromną czułością. Aoyama nie ocenia, nie wyśmiewa, nie moralizuje. Pokazuje ludzi takimi, jacy są – trochę pogubionych, trochę zmęczonych, ale wciąż zdolnych do zmiany.

Uwielbiam też motyw kawiarni i samego Master’a. To postać, która spaja wszystkie opowiadania, choć sam nie jest w centrum uwagi. Jego obecność jest spokojna, niemal medytacyjna. To ktoś, kto nie mówi wiele, ale gdy już coś powie, to trafia w sedno. Kawiarnia staje się dzięki niemu miejscem, do którego chce się wracać – zarówno bohaterom, jak i czytelnikom.

Podsumowując – „Poniedziałki z matchą” to książka, która koi, inspiruje i zostawia w sercu ciepło. Nie jest to lektura, która wywraca życie do góry nogami, ale taka, która delikatnie przesuwa akcenty. Pokazuje, że zmiana może zacząć się od drobiazgu, od rozmowy, od filiżanki herbaty. I że każdy poniedziałek może być początkiem czegoś dobrego.

Jeśli lubisz japońską literaturę, krótkie formy i historie, które zostają z Tobą na dłużej – koniecznie sięgnij po „Poniedziałki z matchą”.

Dominika Róg-Górecka

niedziela, 4 stycznia 2026

Jano i Wito. Przy stole – Przemysław Liput, Wiola Wołoszyn

#WspółpracaRecenzencka #Mamania



Moja córka od dawna uwielbia historie o Jano i Wito. Ja sama długo podchodziłam do nich z pewną rezerwą – ot, kolejne książeczki dla maluchów, które pewnie przeczytamy raz i odłożymy na półkę. A jednak po wielokrotnym czytaniu (i to takim naprawdę wielokrotnym) różnych tytułów z tej serii zaczęłam rozumieć ich fenomen. To ciepłe, mądre i zaskakująco przemyślane opowieści, które pomagają dzieciom poznawać świat bez zbędnego zadęcia. I robią to tak naturalnie, że nawet dorosły zaczyna się uśmiechać pod nosem.


W „Jano i Wito. Przy stole” chłopcy po raz pierwszy wybierają się do restauracji. Nigdy wcześniej tam nie byli, więc wszystko jest dla nich nowe – od wyboru potraw po zasady zachowania przy stoliku. Nie do końca wiedzą, co zamówić, nie są pewni, jak powinni się zachować, a cała sytuacja jest dla nich jednocześnie ekscytująca i trochę stresująca. Na szczęście mogą liczyć na pomoc rodziców i obsługi, którzy cierpliwie tłumaczą im kolejne kroki.

Tym razem tematem przewodnim jest właśnie wyjście do restauracji – coś, czego wielu rodziców się obawia. Bo wiadomo, restauracja to nie plac zabaw, a dzieci bywają… cóż, dziećmi. Ten tytuł może być świetnym przygotowaniem dla malucha, który pierwszy raz ma przekroczyć próg lokalu. Pokazuje, że restauracja to nie tylko jedzenie, ale też pewne zasady, rytuały i wspólne doświadczenie.

Jak w całej serii, zasady są tu przedstawione w sposób nienachalny. Nie ma moralizowania, nie ma wykładów, nie ma „bo tak trzeba”. Wszystko wynika z działań bohaterów, ich pytań, ich naturalnej ciekawości. Dziecko może niejako „na sucho” przeżyć sytuację, która w prawdziwym życiu mogłaby je onieśmielić. To ogromna zaleta – fabuła płynie, a wiedza po prostu się w niej rozpuszcza.


Bohaterowie też nie są idealni, co bardzo sobie cenię. Dzieci nie zawsze wiedzą, jak się zachować, czasem zrobią coś nie tak, czasem się zagapią, czasem przesadzą. I bardzo dobrze – tak wygląda prawdziwe życie. Dzięki temu mali czytelnicy widzą, że błędy są normalne, a nauka odbywa się krok po kroku.

Rodzice Jano i Wito reagują tak, jak wielu z nas chciałoby reagować zawsze – ze spokojem, zrozumieniem, ale też z jasnym wyznaczeniem granic. Niektóre ich kwestie są tak trafione, że naprawdę mogłyby wejść do rodzinnego słownika. I to jest chyba największa siła tej serii: pokazuje dorosłym, jak można mówić do dzieci, żeby to działało.

Grafika Przemka Liputa jest lekka, nienachalna i bardzo dziecięca. Szczerze? Nie jestem jej wielką fanką – momentami wydaje mi się zbyt uproszczona. Ale moja córka ją uwielbia, więc najwyraźniej to ja się nie znam. Kolory są przyjazne, postacie wyraziste, a całość ma w sobie coś, co przyciąga najmłodszych jak magnes.

Na końcu każdej książki z tej serii pada zdanie: „To był dobry dzień”. I to jest nasz mały rytuał. Moja córka wie, że to znak końca historii, zamyka okładkę z pełną satysfakcją i uśmiechem. Niby drobiazg, a jednak tworzy spójność, której brakuje wielu innym seriom dla dzieci.

Podsumowując – „Jano i Wito. Przy stole” to kolejna udana część cyklu, który nie bez powodu cieszy się taką popularnością. Pomaga oswoić codzienne sytuacje, pokazuje świat oczami dziecka i robi to z ogromnym wyczuciem. To książka, która nie tylko bawi, ale też wspiera rodziców w tłumaczeniu rzeczywistości.

Jeśli szukasz tytułu, który przygotuje Twojego malucha na pierwszą wizytę w restauracji – albo po prostu chcesz dodać do biblioteczki coś wartościowego – sięgnij po „Jano i Wito. Przy stole”. 

A jeśli masz ochotę na więcej takich recenzji, zajrzyj na mój blog i daj znać, o czym chcesz przeczytać następnym razem.

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Poselstwo z Krainy Czarów – Maggie Browne

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoModo 


Uwielbiam „Alicję w Krainie Czarów”. To jedna z tych historii, które od lat nie przestają mnie zachwycać – pełna absurdu, wdzięku, przewrotności i literackiej odwagi. Za każdym razem, gdy trafiam na książkę choćby luźno nawiązującą do tego motywu, czuję znajome mrowienie ekscytacji. Nic więc dziwnego, że po „Poselstwo z Krainy Czarów” sięgnęłam z ogromną ciekawością. Obietnica powrotu do świata, który tak mocno zakorzenił się w mojej wyobraźni, zawsze działa na mnie jak magnes.


Fabuła jest klasyczna, baśniowa i bardzo „z tamtych czasów”. W Krainie Czarów narasta bunt – młode wróżki, te „poniżej tysiąca lat”, zaczynają kwestionować sens swojej pracy. Zastanawiają się, czy dzieci wciąż ich potrzebują, czy może świat poszedł naprzód i magia nie ma już racji bytu. Ten ferment wykorzystuje Zła Czarownica, która podsuwa kotu czarodziejskie buty i zachęca go do siania zamętu. Wróżki przestają pracować, chaos narasta, a dwie z nich zostają wysłane na Ziemię, by sprawdzić, jak naprawdę wygląda sprawa z tym „byciem potrzebnym”. Wyposażone w magiczne przedmioty – pantofelki Kopciuszka, siedmiomilowe buty i inne klasyczne rekwizyty – wyruszają na misję, która ma rozstrzygnąć los całej krainy.

Fascynująca jest już sama historia powstania tej książki, którą poznajemy dopiero w posłowiu. To jeden z tych dodatków, które nie tylko uzupełniają treść, ale wręcz nadają jej nowy wymiar. Gdy czytelnik dociera do końca i nagle odkrywa kontekst, w jakim powstała opowieść, całość nabiera głębi i dodatkowego znaczenia. Umieszczenie tej informacji na końcu działa jak subtelny, ale bardzo skuteczny zabieg – nagle zaczynamy patrzeć na wcześniejsze wydarzenia z zupełnie innej perspektywy.


Sama opowieść jest stara i czuć w niej echo przeszłości. Ale to nie wada – wręcz przeciwnie. Archaiczność działa tu jak delikatny filtr sepii, który dodaje uroku, a nie odbiera świeżości. Akcja toczy się niespiesznie, jak w klasycznych baśniach, gdzie nikt nie goni za cliffhangerami. Bohaterowie są wyraziści, choć na swój sposób „niemodni” – mają w sobie coś z dawnych opowiastek, w których charakter budowało się prostymi, ale sugestywnymi środkami. Sama przygoda również jest klasyczna: najpierw tło, potem problem, a na końcu rozwiązanie, które porządkuje świat i wyjaśnia wszystkie niejasności. To konstrukcja, która może nie zaskakuje, ale daje przyjemne poczucie bezpieczeństwa.

Niestety – i mówię to z lekkim westchnieniem – samej Alicji jest tu jak na lekarstwo. To największa wada tej historii. Gdyby nie tytuł i kilka odniesień, książka mogłaby funkcjonować zupełnie niezależnie od słynnego uniwersum. Miłośnicy Alicji mogą poczuć niedosyt, bo jeśli liczą na powrót do szalonego świata Lewisa Carrolla, to dostaną raczej delikatny ukłon niż pełnoprawną wizytę.

Za to okładka… ach, okładka! Piękna, klimatyczna, przyciągająca wzrok. Taka, którą chce się mieć na półce, nawet jeśli nie planuje się natychmiastowego czytania. Oddaje ducha opowieści – trochę staroświeckiego, trochę magicznego, trochę figlarnego. Idealnie pasuje do treści.

Na uznanie zasługuje też humor. Lekki, słowny, czasem sytuacyjny. Nie śmiałam się do rozpuku, ale kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem – a to w literaturze dziecięcej zawsze jest na plus. Zwłaszcza że dowcip nie jest nachalny, tylko naturalnie wpleciony w dialogi i wydarzenia.

„Poselstwo z Krainy Czarów” to lekka, zabawna historia dla najmłodszych. Ma swój czar, choć nie jest to opowieść przełomowa. To raczej solidna, klasyczna bajka, która sprawdzi się jako wieczorna lektura – taka, przy której dziecko słucha z zaciekawieniem, a dorosły nie przewraca oczami. Jest w niej magia, jest przygoda, jest morał. A czasem naprawdę nie trzeba niczego więcej.

Podsumowując: to sympatyczna, staroświecka opowieść, która ma swoje wady, ale też sporo uroku. Nie jest to książka, która zmieni życie czytelnika, ale może umilić kilka wieczorów i wprowadzić odrobinę baśniowego ciepła. Jeśli lubicie klasyczne bajki i nie przeszkadza Wam, że Alicja pojawia się tu tylko symbolicznie, warto dać jej szansę.

Dominika Róg-Górecka

wtorek, 23 grudnia 2025

Kakao w czwartki – Michiko Aoyama


Popularność japońskich autorów rośnie z roku na rok – i wcale mnie to nie dziwi. Zwłaszcza tych, którzy specjalizują się w powieściach cosy, miękkich jak kocyk i kojących jak herbata po długim, męczącym dniu. W czasach, gdy wszyscy gdzieś pędzimy, takie książki są jak literacka przerwa na oddech. „Kakao w czwartki” idealnie wpisuje się w ten trend, oferując czytelnikowi chwilę wytchnienia, ciepła i refleksji.


Fabuła jest pozornie prosta, ale to właśnie w tej prostocie tkwi cały jej urok. W centrum wydarzeń znajduje się grupa osób, które w różnych okolicznościach trafiają na siebie i zaczynają splatać swoje historie. Każdy z bohaterów niesie ze sobą coś innego – drobne troski, większe marzenia, niepewność, a czasem zwykłą potrzebę bycia wysłuchanym. Ich losy przeplatają się w sposób naturalny, a czwartkowe kakao staje się pretekstem do rozmów, zmian i małych odkryć, które potrafią odmienić codzienność.

Ogromnym plusem jest to, że nie tkwimy wyłącznie w Japonii. Owszem, Tokio ma swój niepowtarzalny klimat, ale autorka zabiera nas także w inne miejsca – choćby do Australii – i robi to z wdziękiem. Ta zmiana scenerii nie jest przypadkowa. Ma znaczenie dla fabuły, ale też świetnie pokazuje, jak wszystko jest ze sobą połączone, jak decyzje jednych bohaterów odbijają się echem w życiu innych. To zabieg, który działa zarówno na poziomie historii, jak i konstrukcji całej książki, dodając jej lekkości i świeżości.

Bohaterowie są różnorodni, każdy na innym etapie życia, z innymi troskami i innymi pragnieniami. Jedni dopiero zaczynają dorosłość, inni próbują odnaleźć się po życiowych zakrętach, jeszcze inni szukają sensu w codziennych obowiązkach. Każdy z nich ma coś ważnego do przekazania – czasem wprost, czasem między wierszami. Jedyny minus? Rozdziały są krótkie. Aż za krótkie. Z przyjemnością spędziłabym z nimi więcej czasu, posłuchała ich dłużej, zajrzała głębiej w ich myśli. To trochę tak, jakby ktoś podał mi filiżankę kakao… ale tylko pół.

Klimat książki jest absolutnie cudowny – kojący, ciepły, dający do myślenia. To jedna z tych historii, które nie tylko wzruszają, ale też pocieszają. Tym razem dostajemy więcej pozytywnych emocji niż zazwyczaj w tego typu opowieściach, co jest miłą odmianą. To książka, która nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest. Po prostu otula.

Nie mogę też nie wspomnieć o okładce. Jest przepiękna – delikatna, klimatyczna, idealnie oddająca charakter opowieści. Taka, którą chce się mieć na widoku, a nie chować na półkę. Już sam jej widok sprawia, że człowiek ma ochotę zaparzyć coś ciepłego i zanurzyć się w lekturze.

Czy jest jakaś wada? W zasadzie tylko jedna: „Kakao w czwartki” nie wyróżnia się szczególnie na tle gatunku. Owszem, ma swój pomysł, a podróżowanie z bohaterami po różnych zakątkach świata to świetny dodatek, ale poza tym to po prostu kolejny zbiór pokrzepiających serce historii. Dla miłośników cosy – pozycja obowiązkowa. Dla osób szukających czegoś zupełnie nowego – raczej nie będzie zaskoczeń.

A ja? Polecam. Uwielbiam! I myślę, że w ciemno będę sięgać po każdą kolejną książkę autorki. Ma dar tworzenia historii, które działają jak ciepły kompres na zmęczoną duszę, a ja takie literackie kompresy bardzo sobie cenię.

Podsumowując: „Kakao w czwartki” to książka, która nie rewolucjonizuje gatunku, ale robi dokładnie to, czego od niej oczekujemy – koi, wzrusza, poprawia humor i zostawia nas z poczuciem, że świat może być trochę lepszy, jeśli tylko damy mu szansę.

Jeśli potrzebujesz czegoś lekkiego, ciepłego i pięknie napisanego – sięgnij. A jeśli już czytałaś lub czytałeś, koniecznie daj znać, jakie masz wrażenia. Chętnie porozmawiam o tej literackiej filiżance kakao.

Dominika Róg-Górecka

piątek, 19 grudnia 2025

Trzy obiady z piekarnika. Mrożonki Frosty w wersji „wrzuć i piecz”

 #WspółpracaReklamowa dla Frosta.pl




Ten wpis powstał w ramach współpracy barterowej z marką Frosty – otrzymałam mrożonki do testowania i postanowiłam sprawdzić je w sposób, który najlepiej pasuje do mojego stylu gotowania: prosto, bez stania przy garach i bez marnowania czasu.


Zamiast klasycznego gotowania, postawiłam na pieczenie, bo piekarnik robi większość pracy za nas. Zasada w każdym przepisie była taka sama:


mięso lub ryba + mrożonki + przyprawy → wszystko do brytfanki → piekarnik


Bez rozmrażania, bez osobnych garnków. Tylko jeden zapiekany obiad.


Zasada wspólna dla wszystkich przepisów


  • mrożonki trafiają do naczynia prosto z zamrażarki
  • mięso lub ryba pieką się razem z warzywami
  • przyprawy według uznania (sól, pieprz, zioła, oliwa/masło)
  • jeden piekarnik, jedno naczynie, minimum sprzątania


To rozwiązanie idealne na dni, kiedy chcesz zjeść coś domowego, ale nie masz czasu ani energii na gotowanie „na raty”.

1. Schab pieczony z fasolką mrożoną oraz marchewką z groszkiem





Najbardziej klasyczne i sycące połączenie.


Do brytfanki trafiła:


  • schab wieprzowy
  • mrożona fasolka
  • mrożona marchewka z groszkiem


Całość doprawiłam solą, pieprzem i ulubionymi ziołami, skropiłam tłuszczem i wstawiłam do piekarnika. Mięso piecze się razem z warzywami, które przechodzą jego smakiem i nie wymagają żadnej wcześniejszej obróbki.


To dobry przykład na to, że mrożonki sprawdzają się nie tylko jako dodatek, ale jako pełnoprawna baza obiadu.


2. Dorsz pieczony z fasolką oraz marchewką z groszkiem



Ten sam zestaw warzyw, zupełnie inny efekt.


Dorsz to delikatna ryba, dlatego pieczenie z mrożonkami bardzo dobrze się tu sprawdza – warzywa chronią rybę przed przesuszeniem, a całość wychodzi lekka, ale nadal konkretna.


Do brytfanki:


  • filet z dorsza
  • mrożona fasolka
  • mrożona marchewka z groszkiem


Minimalna ilość przypraw i gotowe. To obiad, który spokojnie sprawdzi się także jako lżejsza kolacja.


3. Łosoś pieczony z mrożonką „zupa kalafiorowa” i fasolką z puszki



Najbardziej nieoczywisty wariant z całej trójki.


Do naczynia żaroodpornego trafił:


  • filet z łososia
  • mrożonka „zupa kalafiorowa” Frosty
  • fasolka z puszki



Zupa kalafiorowa została użyta nie jako zupa, ale jako gotowa mieszanka warzywna do pieczenia. Po upieczeniu stworzyła kremową, warzywną bazę pod rybą, a fasolka dodała sytości.


To przykład na to, że mrożonki można wykorzystywać zupełnie inaczej niż sugeruje nazwa na opakowaniu.


Dla mnie to realne ułatwienie codziennego gotowania – szczególnie wtedy, gdy liczy się czas, prostota i powtarzalność, która się nie nudzi.

A Wy lubicie takie dania?

niedziela, 7 grudnia 2025

Przeznaczeni do przypadku – Monika Żelewa

#reklama #MonikaŻelewa


Fantastyka nie zawsze musi być poważna. Wręcz przeciwnie – czasem najlepiej działa wtedy, gdy zdejmuje z siebie ciężar patosu i pozwala sobie na odrobinę luzu. Ale żeby taka historia była dobra, musi być kreatywna. Nie wystarczy wrzucić kilku smoków i magów do jednego kotła – trzeba jeszcze doprawić to pomysłem, który zaintryguje czytelnika. Monika Żelewa w swojej debiutanckiej powieści „Przeznaczeni do przypadku” postanowiła zrobić dokładnie to – i wyszło jej całkiem smakowicie.


Fabuła? Zaczyna się od młodego maga, który dziedziczy potężną księgę. Brzmi epicko? No cóż, problem w tym, że Alser – bo tak ma na imię nasz bohater – nie ma pojęcia, jak się nią posługiwać. A księga, jak na magiczny artefakt przystało, ma swoje humory i potrafi wpakować właściciela w kłopoty szybciej, niż zdąży pomyśleć „to na pewno dobry pomysł”. Do drużyny dołączają wampir-wyrzutek, elfia księżniczka uciekająca sprzed ołtarza i nietypowy poszukiwacz przygód. Razem tworzą ekipę, która ma zapobiec katastrofie… choć sami nie do końca wiedzą, jak. Brzmi jak początek żartu? A jednak działa – i to znakomicie.


„– Bezużyteczny człowiek w lesie. Błąd. – Powiedział nagle krasnolud. – Dla nas zaś szczęśliwy przypadek”.

 

Już od pierwszych stron można wyczuć, że największym atutem tej powieści jest humor. Czeka nas dowcip w najróżniejszych formach: w dialogach, kreacji świata, postaci, samej fabule – dosłownie na każdym kroku. To humor ironiczny, pełen ciętych ripost, z mnóstwem nawiązań do popkultury i klasyki fantasy. Miłośnicy gatunku, szczególnie Pratchetta, będą zachwyceni! Autorka bawi się konwencją, mruga do czytelnika, a jednocześnie nie zapomina o tym, że dobra historia musi mieć serce. Pod warstwą żartów kryje się refleksja o przeznaczeniu, przypadku i tym, że nie wszystko da się kontrolować – nawet z potężną księgą w ręku.


Co do fabuły – ma ogromny potencjał. Przygoda jest ciekawa, wielowątkowa, chociaż momentami dość chaotyczna. Bohaterowie często się rozdzielają i realizują zupełnie oddzielne misje, których celu sami nie są do końca świadomi. Z jednej strony jest to komiczne, z drugiej – sprawia wrażenie pewnego bałaganu w strukturze opowieści. Tempo akcji bywa nierówne: raz pędzi jak smok po trzech kawach, innym razem zatrzymuje się na dłużej, by pogłębić relacje między postaciami. Czy to wada? Niekoniecznie – ale widać, że to debiut.


„Czy można winić króla za krwawe mordy przeciwników politycznych? Konstypacja nie była tak małostkowa, jako królowa prawdopodobnie zrobiłaby to samo”.


Zwroty akcji? Ciekawe, dynamiczne i często… mocno losowe. „Przeznaczeni do przypadku” to książka, w której niespodzianki wyskakują zza pleców bohaterów jak króliki z kapelusza. Czy to minus? Jeśli ktoś lubi perfekcyjnie zaplanowane intrygi – może się krzywić. Ale jeśli cenisz spontaniczność i element zaskoczenia – będziesz się bawić świetnie.


Za to absolutnie uwielbiam motyw główny, czyli księgę, która sama pisze opowieść! To pomysł świeży, intrygujący i dający ogromne pole do zabawy. Tak samo jak wszystko, co się z nią wiąże – w tym narracja, która momentami zdaje się komentować wydarzenia z przymrużeniem oka. Genialne rozwiązanie, które dodaje książce charakteru.


„– Skąd mam mieć pewność, że puścicie mnie wolno, kiedy już wam pomogę? (...)

  Och. Na razie musi ci wystarczyć pewność, że w przeciwnym wypadku cię nie puścimy”.


Równie fajnie prezentują się bohaterowie. Każdy z nich reprezentuje pewną klasę i przełamuje (lub wyolbrzymia) przypisane jej stereotypy. Wampir, który jest wyrzutkiem, elfka uciekająca sprzed ołtarza, mag, który nie ogarnia własnej mocy – brzmi jak drużyna z różnych bajek, ale razem tworzą mieszankę wybuchową. Ich interakcje są zabawne, pełne spięć i zaskoczeń. To właśnie ta nieszablonowa ekipa sprawia, że przygoda nabiera rumieńców.


Dodam jeszcze, że styl Moniki Żelewy jest lekki, plastyczny i bardzo przystępny. Bez zbędnego patosu, z naturalnym rytmem i polotem. Dialogi są błyskotliwe, choć czasem aż nazbyt „mądre” jak na sytuację – ale to drobiazg. Autorka potrafi rozbawić, wzruszyć i zaskoczyć, a to w fantasy nie jest wcale takie oczywiste.


„– Będę miał przez to kłopoty (...) Studentom nie wolno korzystać z dywanów Szkoły bez pisemnego zezwolenia przedstawiciela kadry...

  A co wasz regulamin mówi na temat zaniedbywania obowiązku ratowania świata i narażaniu innych na niebezpieczeństwo poprzez kurczowe trzymanie się regulaminu?”.


Podsumowując: „Przeznaczeni do przypadku” to książka, która poprawia humor, wciąga i zostawia po sobie ciepłe wrażenie. Nie jest idealna – momentami chaotyczna, z fabułą, która lubi się rozbiegać – ale nadrabia pomysłowością, humorem i sympatycznymi bohaterami. Jeśli szukasz lekkiej, zabawnej fantastyki z twistem i mrugnięciem do Pratchetta – to jest lektura dla Ciebie.


Na koniec – czy przypadek jest nowym przeznaczeniem? Sprawdź sam. A potem wróć i powiedz, czy drużyna z przypadku skradła Ci serce.

Dominika Róg-Górecka


Recenzja we współpracy z portalem nakanapie.pl

środa, 26 listopada 2025

Socjalna – Karolina Wasilewska

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoFeeria



MOPS, pomoc społeczna, pracownicy socjalni, czy zasiłki – nie brzmi to dobrze, prawda? To słowa, których większość z nas stara się uniknąć, a nawet wyprzeć ze swojej świadomości. Nie lubimy myśleć zarówno o beneficjentach, jak i pracownikach. A może po prostu nie musimy? I właśnie za to uwielbiam literaturę faktu, że pozwala mi spojrzeć na takie obszary życia, od których zazwyczaj odwraca się wzrok. I „Socjalna” robi to w wyjątkowo intrygujący sposób.


„Socjalna” to tytuł, który ujrzał światło dzienne dzięki wydawnictwu Feeria, a napisany został przez Karolinę Wasilewską, byłą pracownicę socjalną. Dzięki temu czytelnik może poznać relacje z pierwszej ręki, w których ograniczenia systemowe przeplatają się z troską o drugiego człowieka.

Ta książka jest naprawdę niezła! I to na wielu płaszczyznach: po pierwszy, jest niesamowicie dobrze napisana, przystępna w odbiorze i niezwykle angażująca. Nie spodziewałam się aż takiej smykałki do pisania po osobie, która nie ma w tym zakresie wykształcenia barażowego i zawodowo zajmuje się czymś innym. Jednak w pewnym momencie autorka wspomina, że kocha czytać książki i… to widać! Ma naprawdę dopracowany warsztat.


Chociaż „Socjalna” to tytuł składa się z wielu poszczególnych historii, są one jednak tak dobrze ułożone, według sensownego klucza, dzięki czemu ich mnogość nie męczy. Autorka zdecydowała się na podział tematyczny, a każdy rozdział zaczyna się od krótkiego wstępu. To rozwiązanie bardzo dobrze się sprawdza i powoduje, że w książce nie ma chaosu.

Przejdźmy jednak do sedna, czyli samych historia. „Socjalna” otwiera oczy na wiele nieoczywistych spraw, pokazuje wprost, jak skomplikowane jest życie wielu ludzi. Co ciekawe, również samą siebie nie stawia na piedestale. Wiele razy wspomina o swoich ograniczeniach, czy podświadomych uprzedzeniach. Szczerze opowiada o tym, jak praca zmieniła jej podejście do wielu spraw.

Sytuacje jej podopiecznych są różne: wzruszające, przerażające, ale też urzekające. Chociaż pozytywnych wątków jest tu zdecydowanie za mało (co oczywiście wynika z omawianego zagadnienia), to jednak one też się pojawiają. Kolejnym tematem jest sama praca wykonywana przez socjalnych – ten temat jest równie ważny, co pomijany. Bo jeśli nikt nie będzie chciał pracować w tej instytucji, nikt też nie otrzyma pomocy.

„Socjalna” to tytuł, który zrobił na mnie wrażenie. Dobrze napisany, mądrze zaplanowany i poruszający ważkie zagadnienia. Zdecydowanie polecam i to nie tylko miłośnikom literatury faktu. Naprawdę warto!

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 17 listopada 2025

Rok wśród kwiatów – Kim Keum Hee

#WspółpracaRecenzecnka @WydawnictwoWAB



Uwielbiam rośliny – serio, w moim mieszkaniu każda doniczka to potencjalny nowy członek zielonej rodziny. Ale nie mam ręki, a dokładniej, pamięci do kwiatów: podlewam nieregularnie, ignoruję kwestię nawozu o nawozie, a zdarza się, że zapominam, czy podlewałam w ogóle. Zawsze mam jednak dobre intencje – i „Rok wśród kwiatów” Kim Keum Hee trafił do mnie właśnie z tego powodu!


Kim Keum Hee pisze w tej książce dziennik swojego życia w Seulu, dzieląc się codziennymi obserwacjami roślin, które traktuje jak własne dzieci – w jej mieszkaniu rośnie kilkadziesiąt doniczkowych podopiecznych. Zimą autorka pisze o akacji srebrzystej, której delikatne liście budzą się do życia; latem o kaktusie, który po słabszym okresie pokazuje nowe korzenie, co daje jej nadzieję. Przez cały rok jej opowieści przeplatają się z refleksjami o miłości, przemijaniu, stracie i odpuszczaniu. To nie dramatyczna fabuła, nie wielkie zwroty akcji, ale subtelna, codzienna elegia życia – w którym rośliny są nie tylko ozdobą, ale kompankami i lustrem dla wewnętrznych stanów autorki.

Trudno jednoznacznie określić gatunek tej książki. To nie poradnik i nie klasyczna proza – to pewien eklektyczny zbiór myśli, który łączy elementy opowieści, dziennika i przewodnika po uważności. Każdy rozdział to inna scena z życia Kim Keum Hee, ale wszystkie razem składają się na jeden rok. Wspomnienia o podlewaniu, wzrostach i upadkach roślin splatają się z bardziej uniwersalnymi przemyśleniami o codzienności i nadziei. To nie filozofia na wielką skalę, ale właśnie ten drobny, codzienny ładunek emocjonalny sprawia, że książka ma głębię – mimo pozornie prostych scen.

Muszę przyznać, że „Rok wśród kwiatów” to tytuł bardzo specyficzny – i nie każdemu przypadnie do gustu. Nie ma tu spektakularnej akcji, ani wielkiego planu narracyjnego. Zamiast tego są zwykłe dni, drobne zdarzenia, ciepłe myśli i chwile zachwytu nad listkiem czy korzeniem. Ale to właśnie jest jej siła: klimat, lekkość i autentyczne nastawienie autorki. Czytając tę książkę, poczułam się jakbym trzymała kubek ciepłej herbaty i patrzyła przez okno na swoje rośliny – kojąco, delikatnie, z poczuciem, że świat jest pełen małych cudów.

Z drugiej strony – brak porywającej fabuły miał swoje minusy, przynajmniej dla mnie. Po długim, wyczerpującym dniu, gdy siadałam do lektury, moje myśli szybko uciekały gdzie indziej. Nie zawsze mogłam zanurzyć się w to spokojne tempo od razu. Dlatego najlepiej ta książka sprawdzała się u mnie w małych dawkach – kilka stron przed snem, kiedy umysł potrzebował ukojenia. W takich momentach była jak balsam, koiła i pomagała zasnąć.

Nie mogę też nie wspomnieć o oprawie graficznej – to totalny majstersztyk. Okładka jest subtelna, elegancka, aż chce się ją dotknąć. A ilustracje wewnątrz? Są pastelowe, akwarelowe, delikatne – idealnie współgrają z tonem tekstu i tematem roślin. Kwiatki, jako element graficzny, to mój absolutny faworyt – i w tej książce są po prostu przepiękne.



Bardzo doceniam przekaz, który płynie z kart „Roku wśród kwiatów”: optymizm, uważność, radość z prostych gestów. Autorka pokazuje, że pielęgnowanie roślin to nie tylko obowiązek, ale metafora życia: małe gesty znaczą wiele, a nadzieja – nawet w chwilach trudnych – daje siłę do patrzenia w przyszłość. Każdy czytelnik może znaleźć tu coś swojego: może to być ukojenie, inspiracja do refleksji albo po prostu przypomnienie, by zwolnić i docenić codzienność.

Warto dodać, że styl Kim Keum Hee jest elegancki, ale nie sztywny – pisze z czułością, ale potrafi też śmiać się z siebie. Dzięki temu jej głos brzmi blisko, jak rozmowa z kimś, kto zna ciężar bycia odpowiedzialnym za rośliny… i życie.

Podsumowując: „Rok wśród kwiatów. Dziennik koreańskiej miłośniczki roślin” to lektura dla tych, którzy szukają w książkach ciszy, ciepła i przyjaźni. To nie epicka powieść, ale małe okienko do świata, w którym rośliny są opiekunami duszy. Polecam ją każdemu, kto potrzebuje chwili spokoju i przypomnienia, że życie to także pielęgnowanie – siebie i tego, co nas otacza.

Dominika Róg-Górecka

niedziela, 2 listopada 2025

Dziewczyna o wyjątkowych dłoniach – Leszek Milewski

#reklama #Theatrum illuminatum


Małe miasteczka mają w sobie coś magnetycznego – żyją własnym rytmem, rządzą się swoimi niepisanymi zasadami i zwyczajami. To mikrokosmos, w którym drobne wydarzenie może zakłócić codzienność i poprowadzić mieszkańców na zupełnie nowe tory. I właśnie do takiego świata przybywa bohaterka „Dziewczyna o wyjątkowych dłoniach” – jej pojawienie się staje się punktem zapalnym w życiu całej społeczności.


Fabuła można streścić następująco: do małego miasteczka przyjeżdża dziewczyna o wyjątkowych dłoniach. I choć wcześniej „nic nigdy nie zdarzyło się ważniejszego” – ani pożar pieczarkarni, ani awans miejscowej drużyny, to jednak to właśnie jej obecność odmienia wszystko. To opowieść o pamięci miejsca, o mieszkańcach i dygresjach, które tworzą niezwykłą gawędę.

Na samym początku uwagę przyciągają grafiki – pełne detali, klimatyczne i intrygujące, każda zachęcająca do dalszej lektury. Jeszcze bardziej zachwycają okładki rozdziałów – w subtelny sposób nawiązują do treści i stanowią małe wyzwanie dla czujnego oka. Po każdym rozdziale z przyjemnością wracałam do nich, szukając powiązań i ukrytych znaczeń.

Narracja to kolejny charakterystyczny element tej książki – pełna powtórzeń, kolokwializmów i gwarowych niuansów, które unoszą stylistykę małomiasteczkowego języka. W tej opowieści sama forma zaczyna dominować nad treścią – fabuła staje się pretekstem do gawędy, której język snuje opowieść o miejscu i ludziach w niezwykły sposób.


„Dopiero po latach zrozumiałam, że pozory trwają tak długo, jak tylko chcemy, żeby trwały. Że wszystko, aby przetrwało, trzeba pielęgnować poza pozorami. Pozory rozkwitną nawet nie na pustyni, a na pozbawionej atmosfery stalowej planecie. Bo pozorom nie potrzeba nic poza chęcią by trwały”.


W tej powieści bohaterem nie jest pojedyncza postać, ale całe miasteczko – zbiorowy podmiot. Każdy mieszkaniec to ktoś zarazem wyjątkowy, jak i zwyczajny. Autor maluje obraz miejsca, które z perspektywy województwa łódzkiego – do którego sama należę – jawi się jako przeciętne, ale wyjątkowe w swoim wewnętrznym świecie. Dla mnie, mieszkanki Łodzi, było fascynujące tropić tropy konkretnych miasteczek – wspomniane Pabianice, Skierniewice – miejsca, które ostatniego lata odwiedziłam w ramach wojaży po regionie. Dzięki temu lektura zyskała nowe znaczenie.

A sama dziewczyna o wyjątkowych dłoniach? Choć jej przyjazd inicjuje całą historię i dominuje życie mieszkańców – nie dominuje właściwej fabuły. W rzeczywistości jest postacią drugoplanową, symbolem, katalizatorem zdarzeń, a nie pełnokrwistym bohaterem. Jej istnienie służy przede wszystkim temu, by pokazać coś istotnego o miasteczku.


„Naprawdę trudno jest uwierzyć, że będzie źle. Niby wiemy, że nie zawsze będzie lepiej. Ale trzeba wiele złej woli wobec siebie, by tak od razu uwierzyć w zło”.

„Dziewczynę…” czyta się nie dla wartkiej fabuły, ale dla narracyjnej atmosfery i szczególnego klimatu. Początkowo intrygowała, potem – zachwycała, ale momentami też męczyła. Gdy czułam się przytłoczona, odkładałam książkę na później. Choć książka ma raptem 180 stron, jej lektura zajęła mi kilka dni. Osoby szukające dynamicznej akcji mogą poczuć zawód, ale dla tych, którzy doceniają literacką stylistykę, miasto i pełniące rolę bohatera – to będzie pozycja wyjątkowa. A wspomnienia płynące po niej zostają na długo w głowie.

Dodatkowo warto docenić, że Milewski – znany dotychczas jako komentator sportowy – w nietuzinkowy sposób wkroczył na scenę literacką, wybierając formę literatury pięknej. To odważny debiut, który pełen jest symboliki, tożsamości i refleksji – wszystko to zaklęte w gawędziarskim stylu. „Dziewczyna o wyjątkowych dłoniach” to książka, która prowokuje do myślenia: skąd pochodzimy, czy potrafimy spojrzeć na własne miejsce z dystansu? Milewski stawia pytania, ale nie udziela jednoznacznych odpowiedzi. To zachęta do podróży – w nieoczywiste regiony metaforycznego miasteczka, ale też ludzkiego życia.



„Z wysokości dzieciństwa nie da się całkiem nie mieć wiary, także w siebie. Nie da się zupełnie nie mieć złudzeń. Bo z wysokości dzieciństwa żadnych ścieżek wykluczyć jeszcze się nie da. Tak jak zasadą dorosłości, i dlatego dzieciństwa drugim biegunem, jest to, że w dorosłości z każdym dniem kolejne ścieżki się wykluczają”.

Podsumowując: „Dziewczyna o wyjątkowych dłoniach” to nie książka dla każdego – to opowieść o tożsamości, pamięci i lokalności, która pełni funkcje całego świata, chociaż jest tylko plamą na wielkiej mapie. Fabuła jest tutaj jedynie pretekstem, a każda czytelniczka i każdy czytelnik odnajdzie w niej coś innego. Dla mnie – to była intrygująca i niecodzienna lektura, która zostawia po sobie trwały ślad.

Dominika Róg-Górecka

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates