niedziela, 16 grudnia 2018

Słodkie zwycięstwo – J. Sterling


Czekałam na tę książkę jak na zbawienie. Poprzednie tomy zapewniły mi morze uczyć i jeszcze więcej wrażeń. Te same oczekiwania miałam do kontynuacji. Tymczasem po jej przeczytaniu mogę powiedzieć tylko jedno: lepiej by było, gdyby ta książka nigdy nie wyszła.

Tytuł: Słodkie zwycięstwo
Autor: J. Sterling
Cykl: The Perfect Game (tom 3)
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kariera baseballisty wcale nie jest usłana różami. I chociaż w teorii brzmi to jak oczywistość, w praktyce nie jest tak różowo. Ale to nic... w porównaniu z jej schyłkiem. Jack właśnie osiąga szczyty, jest znany, szanowany i rozchwytywany. Robi to, co lubi, po prostu kocha życie. I nie widzi w nim miejsca dla trudności, szybko jednak okazuje się, że nie ma racji. Podczas jednego z meczów nabawia się poważnej kontuzji. Musi przejść wielotygodniową rehabilitację, po której nie wiadomo, czy wróci do ukochanej drużyny. Czy związek Cassie i Jacka podoła kolejnej próbie?

Oglądając niektóre anime, ma się wrażenie, że zostały one skonstruowane z fantazji dorastających chłopców. Czytając tę książkę stwierdziłam, że autorka zebrała wszystkie marzenia kobiet, nieważne jak nieprawdopodobne. I w praktyce jest dokładnie tak, jak sugeruje tytuł... słodko, aż do... przesady.


"No bo przecież jakim trzeba być szczęściarzem, żeby dostawać kupę szmalu za codzienne pojawianie się na boisku? Ale życie rzadko okazywało się tak proste, jak to sobie wyobrażano. W baseballu chodziło o znacznie więcej. To był biznes. Czasem brzydki".

Przede wszystkim w powieści czeka nas naprawdę mało skrajnych emocji. Bohaterowie głównie pławią się w szczęściu i miłości (w zasadzie takiego życie można spokojnie życzyć teraz na święta). W związku z tym ta historia zdecydowanie bardziej przypomina harlequina niż porządne new adult. Owszem, na początku pojawia się pewien kryzys, jednak i ten motyw mocno kuleje. Jack zachowuje się irracjonalnie, przesadza tak bardzo, że nie byłam w stanie odczuwać jego cierpienia, a raczej wyśmiać zachowanie. Równie irracjonalny jest punkt zwrotny. Pojawia się ni stąd ni zowąd, chłopak dowiaduje się oczywistości i z dnia na dzień znowu jest ideałem. I tak już do samego końca. Tak, niestety później nie dzieje się nic ciekawego, dosłownie nic!

I nie to, że nie dało się tej opowieści uratować. Wiele wątków w niej opisanych mogło być pokazanych szerzej, rozbudowanych, dopracowany i zaprezentowanych bardziej życiowo. Tymczasem otrzymujemy streszczenie motywu „i żyli długo i szczęśliwie”, bez głębszych refleksji. Bo problemy bohaterów szybko ograniczają się do wyboru firmy transportującej rzeczy między drogimi hotelami czy podjęciu decyzji o nieopuszczaniu nieużywanego mieszania ze względu na ładny widok. Czytając te dylematy, miałam wrażenie, jakbym nagle zmieniła rzeczywistość.

"Mała rada: nie bierz tego do siebie, jeśli inne żony początkowo nie okażą się jakoś szczególnie miłe. Tak już jest, dopóki twój chłopak nie spłaci swojego długu wobec drużyny".

Narracja standardowo prowadzona była naprzemiennie z perspektywy dwojga bohaterów. Partii Jacka w pewnym momencie nie byłam w stanie czytać. Nawet najlepsza matka Polka nie pała aż tak silnym instynktem macierzyńskim, jak ten naładowany testosteronem baseballista. Szalę goryczy przelała jedna rozmowa z członkiem zespołu, która była równie prawdopodobna co jednorożec biegający po tęczy. Tak, każda z nas marzy o tym, by jej mąż siedząc długo w pracy myślał o dzieciach i opowiadał koledze, jak bardzo chce im ugotować zupki, wytrzeć pupki czy lulać w nocy. No ale umówmy się... serio?

O pomstę woła też ostatni fragment, pokazujący bohaterów wiele lat później. On również nic nie wnosi, poza kolejnym przypomnieniem, jak szczęśliwi są nasi bohaterowi i jak idealną rodzinę tworzą. Po przeczytaniu tej książki miałam wrażenie, jakbym zjadła pączka polanego toffi, syropem klonowym, nadzianego watą cukrową i popiła kakaem na samym cukrze. No po prostu ble!

Jeśli lubicie romanse, zwłaszcza te sportowe, sceny erotyczne i nie przeszkadza wam brak życiowości, możecie sięgnąć po ten tytuł. Jeśli jednak stawiacie na burzę emocji, to „Słodkie zwycięstwo” lepiej omijajcie szerokim łukiem.


0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates