piątek, 27 lutego 2026

Białoksiężnik. Powrót – Lucy Windy Waters

#WspółpracaRecenzencka #Lucy Windy Waters


Fantastyka była moją pierwszą czytelniczą miłością Jednak z biegiem lat przestałam jednak dawać gatunkowi taryfę ulgową; dziś patrzę bardziej krytycznie, sprawdzam spójność, tempo, psychologię i to, czy obietnice z opisu nie są przypadkiem marketingowym konfetti. „Białoksiężnik. Powrót” przyciągnął mnie od pierwszego zdania – miał być mroczny, wielogatunkowy i odważny w emocjach. I wiecie co? W dużej mierze taki właśnie jest.


Głównym bohaterem jes Alexa – chłopaka z darem, który bardziej przypomina przekleństwo niż supermoc. Po przejściach, z traumą, zbyt często zaglądający do kieliszka, usiłuje nie rzucać się w oczy, dopóki los nie zetknie go z Neją – jego przeciwieństwem: spokojną, ułożoną, ale również noszącą w sobie coś, czego boi się dotknąć. W tle znikają pracownicy miejskiego archiwum, śledztwo prowadzi policjantka Iris Hant, a struny zza kurtyny pociągają gracze grubszego kalibru – charyzmatyczny dyrektor archiwum Ludvik von Dern, tajemniczy Kir i mapa Shaitani Shahar, której szukają niemal wszyscy. Nad tym wszystkim krąży tajemniczy zakon, a granica między „naszym” miastem a obcym wymiarem wydaje się podejrzanie cienka. Taki szkic dostajemy w oficjalnych opisach – i faktycznie, to nie jest „kolejna historia o magii”, tylko miks losów, wyborów i konsekwencji, które mogą ocalić albo zniszczyć.

Zanim jednak otworzycie książkę – ostrzegam: można się zakochać w samym wydaniu. Okładka błyszczy subtelnymi elementami, a brzegi są barwione tak, że tom wygląda jak eksponat z półki „dla gości i na pokaz”. To jeden z tych tytułów, przy których ręka sama sięga po telefon, żeby cyknąć zdjęcie na półce. Jeśli liczy się dla Was estetyka – nie przejdziecie obok obojętnie.

"Jesteś pewien, że chcesz poznać prawdę? […] To podroż w jedną stronę".


Świat wykreowany przez autorkę jest ciekawy i – co dla mnie kluczowe – pomysłowy. Nie dostajemy jednak instrukcji obsługi na starcie. Sekrety odsłaniają się powoli, często półsłowami; kilka z nich pozostaje mglistych aż do finału. To bywa zaletą: napięcie rośnie, poczucie „co tu się właściwie dzieje?” pracuje jak dodatkowy motor, a rozdziały klikają się jeden po drugim. Bywa też, że to balans na granicy chaosu – nigdy do końca nie wiadomo, na której płaszczyźnie wylądujemy za pięć stron. Część recenzentów zwraca uwagę na to samo: ambicja konstrukcji i mnogość wątków potrafią wciągnąć, ale momentami dominują nad klarownością ekspozycji.


Bohaterowie? Klasyczny duet zmuszony do współpracy. Iskra pojawia się szybko, lecz oboje – z różnych powodów – próbują trzymać się na dystans. To motyw tyleż znany, co lubiany: docinki, podszyte czułością przekomarzanki, ostrożne wycofania, a pod spodem strach przed bliskością. Nie ma tu wielkiej rewolucji, ale jest solidny „slow burn”. Jeśli kochacie relacje, które rosną na ironii i małych gestach, znajdziecie tu swoje momenty – a jednocześnie narracja nie osuwa się w romans jako główną oś. To wrażenia spójne z głosem czytelników, którzy akcentują zarówno napięcie między postaciami, jak i szerszy ciężar historii.

Akcja pędzi – i to w wielu kierunkach naraz. Mamy ulice, zaułki i bary rodem z urban fantasy; mamy śledztwo z policyjnym tropieniem; mamy starcia, w których iskry lecą dosłownie, i sceny romantyczne, gdy bohaterom miękną kolana. Do tego przebitki z innej rzeczywistości i elementy, które spokojnie można by dokleić do lekkiego SF. Ta wielogatunkowość jest wpisana w książkę już na poziomie opisów wydawcy i ofert księgarń: fantastyka przenika się z kryminałem, przygodą, a nawet thrillerem emocji. Dla części czytelników to będzie największy atut – brak nudy, ciągłe zwroty – dla innych paliwo do narzekań na „za dużo naraz”. Ja bawiłam się dobrze, choć miejscami czułam, że jeden-dwa oddechy więcej podniosłyby wagę kulminacji.

Dominika Róg-Górecka
"Możesz wszystko. Tylko nie wierzysz, że możesz".


Jeszcze słówko o konstrukcji: „Białoksiężnik” gra emocjami wprost. Trauma nie jest dekoracją, tylko osią motywacji; dylematy moralne nie są kwiatkiem do kożucha. To książka o przeznaczeniu – o tym, co nas kształtuje, i o cenie, jaką płacimy, gdy raz powiemy „tak” sile większej niż my sami. Stąd również obecność zakonu, tajemniczych map i figurek graczy o niejasnych intencjach – wszystkie te elementy budują atmosferę „opowieści o wyborach” bardziej niż „parady efektów”. Ten ton przewija się zarówno w oficjalnych materiałach, jak i w wielu opiniach czytelników.

A co nie do końca zagrało? Miejscami miałam ochotę powiedzieć: „mniej znaczy więcej”. Przy tylu wątkach każda dodatkowa scena to walka o uwagę – i czasem wygrywa efekt „szumu narracyjnego”. Parę tajemnic, które miały być oszałamiającymi odkryciami, broni się raczej nastrojem niż logiką; kilka postaci pobocznych prosi się o odrobinę więcej uwagi. Z drugiej strony – to pierwszy tom cyklu. W urban fantasy zwykle dopiero kolejne części przynoszą klarowniejszą mapę uniwersum i porządkują szeregi. Tutaj też można liczyć na rozwinięcie: zapowiedzi serwisów książkowych i wpisów czytelników sugerują dalszy ciąg historii.

Podsumowując: „Białoksiężnik. Powrót” to udany debiut, który łączy klimat mrocznego miasta z mistycznym sznytem i emocjonalnym rdzeniem. Fabularnie to jazda bez trzymanki – z potknięciami w czytelności, ale bez dłużyzn, które zabijają przyjemność. Estetycznie – perełka na półce, zwłaszcza w pięknej oprawie z barwionymi brzegami. Jeśli lubicie urban fantasy z domieszką śledztwa, gry frakcji i „slow burnem” w relacji głównych bohaterów, będziecie zadowoleni. A jeśli w literaturze szukacie przede wszystkim klarowności świata i domknięcia wątków – nastawcie się na cierpliwość i otwarty finał.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates