Stalowe skrzydła – Angelika Grajek
#Reklama #WydawnictwoMięta
Fantastyka potrafi mieć różne funkcje – czasem służy wyłącznie rozrywce, innym razem fikcyjne wydarzenia stają się metaforą naszej rzeczywistości, a bywa, że jedno i drugie splata się w mocno emocjonalny warkocz. Jak było tym razem? „Stalowe skrzydła” zaczynają się jak mroczna baśń o zniewoleniu i uprzedzeniach, a z czasem odsłaniają bardziej uniwersalne pytania o cenę wolności i o granice lojalności.
Fabuła – z jednej strony klasyczna, z drugiej z paroma oryginalnymi motywami. Karhu, młody centaur, zostaje wzięty do niewoli i zmuszony do służby w ponurej rezydencji Ynys Grug należącej do rodu Valerisów. Tam zaprzyjaźnia się z Edlynne, córką okrutnego hrabiego. Gdy ojciec obiecuje rękę dziewczyny „potworowi w ludzkiej skórze”, nadarza się okazja do ucieczki. Dwoje bohaterów rusza w drogę przez świat zdominowany przez żelazo i parę, gdzie magia jest zakazana, a istoty mityczne – prześladowane. Brzmi znajomo? Tak, to opowieść drogi, ale z rzadko spotykanym ujęciem perspektywy centaura oraz z akcentem na traumę i odzyskiwanie sprawczości.
Co to była za książka?! Dawno nie czytałam aż tak przejmującej lektury. Pierwsze rozdziały są doprawdy przerażające – nie tylko przez konkret zdarzeń, ale przez sposób, w jaki nakładają się na siebie wstyd, odrętwienie i duszne „nie da się”, które znają ofiary przemocy. Losy bohaterów są dotkliwe, a ich emocje – gęste. Na początku było tak intensywnie, że aż ciężko mi się czytało – jakby ktoś otworzył drzwi do zbyt małego pokoju bez okien i kazał w nim pobyć chwilę dłużej, niż to komfortowe. Edlynne jest ofiarą – i to przez prawie całe swoje życie. To, jak cierpi, a jednocześnie nie robi nic, by to zmienić, uderza podwójnie, bo Grajek nie robi z tego sensacji; raczej pokazuje znane mechanizmy. To jest dark fantasy – nie dlatego, że wszędzie krew, tylko dlatego, że ciemno tam, gdzie zwykle oczekujemy światła.
"Gdyby ktoś miał możliwość choć raz spojrzeć na świat oczami Edlynne Addeline Valeris, nie dostrzegłby nic prócz odcieni szarości. Gęstego jak cukrowy syrop welonu utkanego ze smutku, strachu i samotności. W jej życiu nie było miejsca na radość".
Przechodząc do bohaterów – mają bardzo ciekawą kreację. Karhu to postać, której godność jest praktyką dnia codziennego. Edlynne z kolei – zahukana i pełna poczucia winy – ma swój cichy kręgosłup; długo go nie widać, ale jest. Dość szybko zaczęłam im kibicować, bo niesprawiedliwość, która ich dotyka, jest ogromna, a jednocześnie w ich wyborach migocze zwyczajne dobro – nie papierowe, nie słodkie, tylko uparte, czasem milczące. Ten kontrast z opisanym światem pracuje świetnie.
A świat… jest bardzo mroczny, okropny i – tak – nieakceptowalny. Czy można znaleźć w nim coś z naszego? Niestety tak. Dehumanizacja „innych”, społeczna zgoda na przemoc, retoryka porządku jako przykrywka dla opresji – to brzmi aż nazbyt znajomo. Nie do końca przemówił do mnie sam konstrukt uzasadniający dyskryminację (w sensie – polityczna i ideologiczna podbudowa konfliktu mogłaby być pełniejsza), ale już przebieg opresji jest boleśnie wiarygodny. Świat żelaza i pary daje potencjał na mocniejszy, steampunkowy pazur – w tym tomie to raczej szkic, lecz taki, który obiecuje rozbudowę.
Porusza też historia rodzinna głównej bohaterki. Niespełnienia, tajemnice trzymane w mahoniowych szufladach, żałoba po bracie – wszystko to składa się na portret kogoś, kto wciąż próbuje zasłużyć na uwagę, a dostaje tylko ciszę albo krzyk. I choć mam wrażenie, że najbardziej soczyste odkrycia z tego pola są jeszcze przed nami, już teraz dostajemy kilka zgrabnych „smaczków”, które zmieniają perspektywę. To, co na początku wygląda jak koszmar pozbawiony sensu, powoli znajduje swoje wyjaśnienia – nie uniewinnienia.
"Wolność, nadzieja, siła, wiara, ufność, strach. Tyle słów rozbrzmiewało w jego żyłach, umyśle, grało mu w sercu. Pojęcia, które pomimo odmiennych definicji zaczęły nakładać się na to samo znaczenie".
Ciekawie zbudowany jest też bieg akcji. Startujemy w miejscu klaustrofobicznym, gdzie dzieje się mało, ale emocje aż wrzą – a potem wszystko się zmienia i opowieść nabiera dynamiki. To nie jest rollercoaster; to raczej trasa o zmiennym nachyleniu: raz duszne korytarze Yiyns Grug, raz szerokie trakty, na których każda decyzja zostawia ślad. Zmiana tempa jest celowa i sensowna – gdy bohaterowie wreszcie ruszają, stawka zaczyna rosnąć, a ich wybory przestają być prywatne.
Jeśli miałabym szukać na siłę jakiejś wady, to właśnie przeraża mnie opisany w świecie mrok – jest go tak dużo, i to w prawie każdym bohaterze, że momentami lektura męczyła nie przez styl, lecz przez emocjonalny ciężar. Rozumiem zamysł, kupuję konsekwencję, ale potrzebowałam oddechu – scen, które dają światłu chociaż szparę, by zupełnie nie popaść w mrok.
Motyw centaura w jednej z ról pierwszoplanowych okazał się świetnym „przewietrzeniem” konwencji. Perspektywa innego ciała – jego ograniczeń, siły, godności – dodaje scenom fizyczności i symbolicznej głębi. Podobało mi się też, że wątek „romantasy” został jedynie zasygnalizowany – bez przejmowania sterów. Z kolei motyw „złotej klatki” jest rozpisany z wyczuciem: nie chodzi o błyskotki, tylko o te wszystkie udogodnienia, które potrafią być kajdanami gorszymi, niż prawdziwa przemoc.
Podsumowując – „Stalowe skrzydła” to mroczna, emocjonalna opowieść o ludziach i nieludziach, którzy uczą się, że wolność nie spada z nieba; trzeba ją wywalczyć. Pierwszy tom jest raczej preludium niż symfonią: ustawia figury, jasno nazywa stawkę, zostawia obietnice. Jeśli lubisz opowieści drogi, zakazane przyjaźnie i moralne dylematy, koniecznie sięgnij po ten tytuł.
Dominika Róg-Górecka




0 komentarze:
Prześlij komentarz
Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!