Featured

sobota, 21 lutego 2026

To ja, Klara recenzja – Olga Passia

#WspółpracaRecenzencka #OlgaPassia


Francja, dorastanie, dysfunkcyjna rodzina i młodzieńcza miłość, to połączenie, które nie wróży lekkiej lektury. I tak jest w rzeczywistości. „To ja, Klara” porusza wiele trudnych tematów, skłania do refleksji, ale też przenosi od czasów, których już nie ma. Jednak czy to wystarczy, by zachwycić czytelnika? Sprawdźmy!


„To ja, Klara” jest opowieścią o losach młodej dziewczyny, pochodzącej z domu, w którym brakuje miłości, zrozumienia i zwykłego rodzinnego ciepła. Ten niedostatek uczuć próbuje sobie zrekompensować relacją z przyjacielem Karolem. Jednak chłopak, a później mężczyzna, nie odwzajemnia jej starań. Alkohol, przemoc domowa, a przede wszystkim samotność i czekanie, to właśnie wypełnia młodzieńcze dni Klary. Do tego wszystkiego dochodzą rodzinne sekrety, które popychają dziewczynę do podjęcia decyzji o podróży. Klara rusza do Francji, gdzie zamierza zrozumieć nie tylko to, co spotkało jej rodzinę, ale przede wszystkim, samą siebie.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości autorki. „To ja, Klara” jest jej literackim debiutem, ale gdy go czytałam, na rynku dostępny był już zbiór opowiadań „Niedopowiedzenia”. Zdecydowanie warto mieć to z tyłu głowy, bo wspomniana antologia stanowi świetne uzupełnienie powieści.

Jednak wracając do Klary, jak już wspomniałam na początku, jej losy nie są proste. Chociaż sama książka została napisana w lekki i przystępny sposób, to opisana historia ma swój ciężar. Dziewczyna dorasta w dysfunkcyjnej rodzinie, a relacje jej rodziców dalekie są od modelowych. I to widać! Bo te braki, w połączeniu z desperacką potrzebą miłości, przenosi na swoją relację z Karolem. Ta książka może być więc dobrym przyczynkiem do rozważań, jak sytuacja rodzinna wpływa na wybory miłosne dzieci.

„Do ojca tęskniłam nawet wtedy, gdy był w pokoju obok. O ile miał dobry nastrój, przemieszczał się po mieszkaniu i zdarzało się, że wyłaniał się znikąd, zupełnie jak duch. Denerwował się, kiedy wzdrygałam się, szarpana lękliwą wyobraźnią, a z moich ust wydobywał się przeraźliwy krzyk”.

Autorce dobrze udało się oddać klimat dorastania w dysfunkcyjnym domu. Rozczarowanie rzeczywistością, ale też pewne pogodzenie się z tym, że dobrze nie będzie – miałam wrażenie, że odczuwam emocje Klary i razem z nią dźwigam ciężar codzienności.

Ale to nie wszystko, a w zasadzie dopiero początek. Bo Klara, pomimo braku wsparcia, wciąż szuka odpowiedzi na trapiące ją pytania. Chociaż motywem do wyjazdu jest chęć rozwikłania rodzinnych sekretów, jednocześnie próbuje zrozumieć samą siebie, określić swoją wartość i znaleźć miejsce na świecie, w którym poczuje się dobrze. Nie będzie to jednak łatwe. To nie jest prosta opowieść o odnajdywaniu siebie. Bo Klara, nawet we Francji, spotyka najróżniejszych ludzi. Każdy z nich ma swoje przywary, problemy, czasem ukryte zamiary. Relacje międzyludzkie w tej książce są skomplikowane i dalekie od ideału. Można w nich odnaleźć cienie własnych problemów, obaw lub lęków.

„Twój ojciec wie, co zrobił, i sądzę, że żałuje, a moja matka nie wie. Może dlatego, że jest chora. Każdy dzień może być jej ostatnim. Ale mimo to nie chce mnie widzieć. Kojarzę się jej z życiem, od którego uciekła. Mówi, że bardzo mnie kocha, ale wystarczy jej wiedzieć, że jestem”.

Dużym plusem tej powieści są też opisane miejsca. Szczególnie Francja odgrywa tutaj kluczową rolę. Jeszcze zanim Klara wyjeżdża za granicę, już o niej myśli. Francja w istotny sposób wpływa na jej historię, na decyzje, ale też nadaje ciekawego klimatu opowieści. Pamiętacie czasy, gdy nie każdy miał telefon komórkowy? Kiedy korzystało się z budek telefonicznych? Dla młodszego pokolenia sceny, w których Klarze brakuje impulsów, gdy dzwoni do mamy, mogą być ciekawą lekcją historii.

„Przez cały sierpień żar lał się z nieba, a powietrze w mieście się nie ruszało. W końcu po wielu tygodniach upałów pewnej soboty spadł deszcz, a ja poczułam, że nadchodzi czas zmian”.

Ciekawym wątkiem jest też ogromne pragnienie Klary, by zastać pisarką. Wspomina o tym często, a każde, nawet trudne doświadczenie, jest dla niej pisarskim warsztatem. Z jednej strony jest to bardzo interesujący motyw, z drugiej, zabrakło mi w tym działania. Bo słów jest dużo, ale na razie tylko tych wypowiedzianych, mało napisanych.

Jak już wcześniej wspomniałam, omawiam debiutancką książkę, co z pewnością wpłynęło na tempo opowieści. Można odczuć, że historia ma swoje dynamiczne momenty, które przeplatają się z wolniejszymi fragmentami. Choć nie wszystkie sceny były równie wciągające, to jednak każda z nich wnosi coś do całości. Czasami pojawiały się ciekawe przeskoki czasowe oraz wstawki z przyszłości lub przeszłości, które, choć mogą wprowadzać nieco zamieszania w chronologii, dodają głębi narracji.

Reasumując, „To ja, Klara” to intymna opowieść o dojrzewaniu, samotności i poszukiwaniu własnego miejsca na świecie. Autorka wciąga czytelnika w emocjonalną podróż – od trudnego dzieciństwa w Polsce po pełne nadziei życie w Paryżu. To książka o potrzebie miłości i o tym, jak przeszłość kształtuje nasze wybory. Idealna dla osób, które lubią refleksyjne, psychologiczne historie z nutą nostalgii.

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 16 lutego 2026

Kuszenie – Katarzyna Berenika Miszczuk

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoMięta


Kiedy oferta jest zbyt dobra, żeby była prawdziwa, to wiadomo… że chodzi o siły nieczyste. W „Kuszeniu” nie brakuje ani uroków, ani czarnej magii.


Za każdym razem z przyjemnością sięgam po twórczość Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jednak tym razem skusiła mnie przede wszystkim piękna okładka. Ale nie tylko…


„Kuszenie” to tytuł wydany nakładem Wydawnictwa Mięta. Na jego stronach poznajemy Ewę, dziewczynę pochodzącą z nietypowej rodziny: złożonej z samych kobiet o mocnym charakterze. I Ewa również go ma. Dlatego z dnia na dzień postanawia kupić Mnichówkę, tajemniczy pensjonat położony w małej miejscowości. Cena jest wyjątkowo atrakcyjna, jednak wszystko wskazuje na to, że dom jest opętany. Czy dziewczyna podoła wyzwaniu? I w jakim celu pomaga jej tajemniczy księgowy?


Pierwsza połowa książki to tak naprawdę opowieść o kupowaniu pensjonatu i szukaniu swojego miejsca w małej mieścinie. Będziemy towarzyszyć Ewie, gdy ta zacznie oglądać nieruchomość, ale też próbować zrozumieć co jest przyczyną tak niskiej ceny. Dopiero w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspiesza. Coraz częściej pojawiają się paranormalne sytuacje oraz kwestie, które ciężko wyjaśnić. I muszę przyznać, że o ile wcześniej książka była po prostu dobra, to wraz z większym udziałem metafizyki, powieść zaczęła mi się naprawdę bardzo podobać.



Warto też wspomnieć, że wiele wątków rozwija się w nieoczywisty sposób. Sporo wydarzeń mnie zaskoczyło, a główna intryga ma kilka naprawdę ciekawych zwrotów akcji. Tak samo interesująco prezentuje się rodzina Ewy. Lubię wątki wielopokoleniowe i mam nadzieję, że ten będzie odgrywał większą rolę w kontynuacji.


Mniej oryginalne prezentuje się wątek miłosny. Chociaż jest tam jeden ciekawy wyróżnik, to jednak sam przebieg znajomości był dość przewidywalny. Całe szczęście urozmaica go niewyparzony język głównej bohaterki, która swoimi komentarzami ubarwia wiele sytuacji.


Istotną rolę odgrywa również miejsce akcji. Zarówno lokalny folklor, jak i miejscowi, wszystko to kreuje ciekawy klimat. To, co z pewnością zaskakuje, to połączenie naszych rodzimych wątków z… japońską demonologią. Bardzo udany miks!


„Kuszenie” to książka, której zdecydowanie warto dać się skusić. Przypadnie do gustu osobom, które cenią lekką fantastykę oraz niecodzienne wątki miłosne.


Dominika Róg-Górecka

sobota, 14 lutego 2026

Olo i Awa. Logopedyczna zabawa. Maski – Monika Skikiewicz

#WspółpracaRecenzecnka #MediaRodzina


Książki dla dzieci o codziennych sytuacjach cieszą się ogromną popularnością – i słusznie. Dają maluchom coś w rodzaju bezpiecznego lustra, w którym mogą zobaczyć własne emocje, dylematy i codzienne przygody. To świat znany i bliski, więc łatwo się w nim odnaleźć. Dorośli też na tym korzystają: takie historie pomagają oswajać nowe doświadczenia, rozmawiać o zmianach i budować poczucie sprawczości. A kiedy wszystko jest podane lekko, z humorem i w formie zabawy, czytanie staje się po prostu przyjemnością.



W „Olo i Awa. Logopedyczna zabawa. Maski” przygotowania do balu karnawałowego ruszają pełną parą. Awa marzy o stroju księżniczki, a jej ukochana babcia szyje dla niej suknię ze starej zasłony. Maska – wiadomo – powstaje własnoręcznie, bo Awa świetnie radzi sobie z nożyczkami. Olo z kolei musi przygotować strój wspólnie z kolegami, bo cała przedszkolna grupa dostała od nauczycielki zadanie stworzenia domowych przebrań z dostępnych materiałów. Kartony, bibuła, sznureczki i wyobraźnia – nic tylko brać się za robotę. To prosta historia, ale pełna radości i twórczego zamieszania.

Od pierwszych stron uwagę przyciągają sympatyczni bohaterowie. Olo i Awa mają w sobie naturalność i dziecięcą ciekawość, które sprawiają, że łatwo ich polubić. W tle czuć rodzinne ciepło – babcia szyjąca sukienkę, obecni i wspierający dorośli, przedszkolna atmosfera pełna energii i życzliwości. To ten typ opowieści, który otula i daje poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.




Ilustracje zachowują estetyczny, ale bardzo prosty styl – dużo tu geometrycznych kształtów i wyraźnych, czytelnych form. Choć osobiście preferuję bardziej skomplikowane ilustracje, moja córka jest totalnie kupiona. Rozpoznaje elementy bez trudu, lubi wskazywać i nazywać kształty, a ta prostota jej służy. W efekcie „Maski” regularnie lądują w małych rączkach i szybko trafiają na stos „mama, czytamy to jeszcze raz”.

Sama historia jest krótka, ale angażująca. Fajnie, że równolegle obserwujemy przygotowania zarówno Awy, jak i Olo – dzięki temu opowieść jest uniwersalna i nie wpada w stereotypy. Każde dziecko znajdzie tu coś dla siebie. Dodatkowym smaczkiem jest pewna kwestia taty, subtelny żarcik puszczony w stronę rodziców. Ostatnia scena również ma w sobie tę kropkę nad „i”: jest energiczna, zabawna i sprawia, że po zamknięciu książki od razu ma się ochotę coś wspólnie wykleić.

Wydanie jest miękkie – zarówno okładka, jak i strony. Oznacza to, że w rękach najmłodszych może być narażone na małe „przygody”: zagięcia, ślady paluszków czy odkształcenia. Z drugiej jednak strony taki format ma swoje zalety: książka jest lekka, poręczna i tania, więc nawet jeśli przedszkolak podda ją crash‑testowi, nie boli to tak jak w przypadku droższych, twardych wydań. A treści jest tu naprawdę sporo jak na ten typ publikacji.


Temat jest wyjątkowo na czasie – sezon karnawałowy, bale, przebieranki, kreatywne projekty. To idealna pozycja do przeczytania przed tworzeniem własnego stroju, ale też po zabawie, kiedy emocje jeszcze buzują. Książka świetnie wpisuje się w trend DIY: pokazuje, że nie trzeba kupować gotowego kostiumu, by wyglądać fantastycznie. Wystarczą kartony, nożyczki, trochę fantazji – i można stworzyć coś wyjątkowego. Przy okazji dziecko oswaja słowa, odgłosy, kształty i ruchy, więc logopedyczny element działa tu bardzo naturalnie.

Podsumowując – „Maski” to przyjemna, ciepła i bardzo przystępna cenowo książeczka, która zachęca do kreatywności i wspólnego działania. Ma prostą grafikę, sympatycznych bohaterów, humorystyczne akcenty i sensowną dawkę logopedycznych ćwiczeń przemyconych w zabawie. U nas sprawdza się świetnie – moja córka wraca do niej regularnie, a ja doceniam jej praktyczność i pozytywny przekaz.

A jeśli u Was w domu zaczyna się właśnie gorączka karnawałowych przebrań – koniecznie dajcie znać, jaki strój wygrał w tym roku. Kto wie, może też powstanie z kartonu i bibuły?

Dominika Róg-Górecka

sobota, 31 stycznia 2026

Rodzicielstwo bliskości – Agnieszka Stein

#WspółpracaRecenzencka #Mamania



Pojęcie „rodzicielstwa bliskości” obiło mi się o uszy nie raz – gdzieś między rozmowami na placu zabaw a kolejnymi artykułami zapisanymi „na później”. A jednak wciąż nie do końca wiedziałam, co tak naprawdę kryje się za tym terminem. Kiedy więc w moje ręce trafiła książka Agnieszki Stein z serii „Mamania. Pierwszy kontakt”, byłam spokojna, że znów dowiem się czegoś, co realnie pomoże mi w rodzicielstwie. Według wydawcy autorka stawia przede wszystkim na budowanie bezpiecznej relacji i dbanie o dobrostan całej rodziny – i to od pierwszych stron da się odczuć.



To nie jest typowy poradnik z gotową listą zachowań do odhaczenia. Autorka traktuje rodzicielstwo bliskości jako sposób myślenia – zbiór wartości, w których każdy człowiek, także dziecko, zasługuje na traktowanie jak pełnoprawna osoba. Książka przeprowadza czytelnika przez codzienne sytuacje, pokazując, jak reagować na emocje (zarówno te dziecięce, jak i nasze własne), jak nie dokładać sobie wymagających oczekiwań oraz jak budować relację opartą na szacunku i zrozumieniu. To lektura skierowana szczególnie do przyszłych rodziców i opiekunów maluchów, którzy chcą wychowywać blisko – ale w sposób możliwy do zrealizowania na co dzień. 

Warto zatrzymać się przy samej serii „Pierwszy kontakt”, bo jej założenia idealnie uzupełniają treść książki. To cykl krótkich, przystępnych poradników przygotowanych przez ekspertów, którzy potrafią przekazać wiedzę jasno, merytorycznie i bez zbędnych ozdobników. To publikacje, które mają służyć przez wiele lat – i na początku rodzicielskiej drogi, i później, kiedy pojawią się kolejne pytania. Do tego świetnie sprawdzą się jako prezent dla świeżo upieczonych rodziców: nie przytłaczają, a realnie wspierają.

Najbardziej zaskoczyło mnie, jak wiele elementów rodzicielstwa bliskości stosowałam zupełnie intuicyjnie. Dając mojemu dziecku czas, by rosło w swoim rytmie, częściej działałam zgodnie z filozofią RB, niż sądziłam. Z kolei w chwilach, gdy naciskałam na „modelowe zachowanie”, uświadomiłam sobie, że to raczej presja zewnętrzna niż moje naturalne podejście. Książka jest napisana tak przystępnie i klarownie, że łatwo odnaleźć w niej swoje doświadczenia – i wziąć z niej dokładnie to, czego akurat potrzebujemy. A najważniejsze: autorka nie narzuca metod ani zasad, tylko proponuje życzliwy kierunek i daje poczucie ulgi.

Duże wrażenie zrobił na mnie fragment o emocjach – i to nie tylko tych dziecięcych. Autorka mocno akcentuje, że w rodzicielstwie bliskości opiekun jest równie ważny. Jego potrzeby, zasoby i relacje z innymi dorosłymi mają znaczenie, bo trudno wspierać dziecko, jeśli samemu działa się na rezerwie. To brzmi oczywiście, ale w praktyce często umyka. Książka przypomina, że dbanie o siebie to nie luksus, tylko fundament dobrej relacji z dzieckiem.

Momentami odnosiłam jednak wrażenie lekkiego chaosu – nie zawsze wyczuwałam wyraźny podział na tematy, a narracja bywała bardziej swobodną opowieścią niż uporządkowaną strukturą. Zabrakło mi kilku szczegółowych przykładów, które pozwoliłyby zastosować wskazówki „tu i teraz”. Mam jednak świadomość, że seria „Pierwszy kontakt” jest krótka z założenia – stawia na skondensowaną treść, nie na akademickie rozdziały. 


Dużym atutem książki jest też to, że precyzyjnie opisuje, czym rodzicielstwo bliskości nie jest. Autroka rozprawia się z mitami i nieporozumieniami, pokazując, że RB to nie bezstresowe pozwalanie na wszystko, nie brak granic, ani tym bardziej hodowanie „małego tyrana”. Wydawca podkreśla, że wokół tej koncepcji narosło wiele szkodliwych historii – autorka porządkuje je, przywracając idei właściwe znaczenie. I robi to w sposób życzliwy, rzeczowy i odmitologizowany.

Dla mnie ta książka ma ogromną wartość nie tylko jako poradnik, ale także jako głos w ważnej dyskusji społecznej. Przez lata wychowanie w Polsce krążyło wokół twardych metod, nagród i kar, a „grzeczne dziecko” było celem samym w sobie. Tymczasem autorka pokazuje podejście, które opiera się na relacji, zrozumieniu i realnych potrzebach – nie tylko dzieci, ale całej rodziny. Takie spojrzenie uczy większej uważności, przyzwolenia na niedoskonałość i budowania więzi, które procentują na przyszłość. Moim zdaniem takie podejście naprawdę może wyjść wszystkim na dobre: dzieciom – bo dostają bezpieczną bazę, i dorosłym – bo wreszcie mogą odpuścić perfekcjonizm i działać w zgodzie ze sobą. 

Podsumowując: „Rodzicielstwo bliskości” to ciepła, zwięzła i dająca ukojenie książka, która nie udaje „instrukcji obsługi dziecka”. Miejscami brakuje większej struktury, ale w zamian dostajemy klarowny kompas, który naprawdę ułatwia codzienność. To publikacja, do której można wracać – i z której można brać dokładnie tyle, ile akurat potrzebujemy. Jej założenia w pełni pokrywają się z opisami wydawcy i zapowiedziami serii „Pierwszy kontakt”, które stawiają na praktyczność i przystępność. 

Na koniec zostawiam Ci krótkie zachęcenie: jeśli szukasz książki, która nie ocenia, nie narzuca i nie straszy „jedyną słuszną metodą”, tylko daje wsparcie i zrozumienie – zdecydowanie warto po nią sięgnąć. A jeśli już czytałaś i masz swoje przemyślenia, chętnie o nich posłucham.

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Książki, które łączą pokolenia – „Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku”


#WspółpracaRecenzencka 




Dzień Babci i Dzień Dziadka to jedne z tych dat w kalendarzu, które same w sobie niosą ogromny ładunek emocji. Zatrzymują na moment codzienny pośpiech i przypominają, jak wielką wartość mają relacje międzypokoleniowe. To dni pełne herbaty pita wolniej niż zwykle, opowieści, które zaczynają się od „a pamiętasz…”, i wspomnień, które – jeśli nie zostaną zapisane – potrafią zniknąć bezpowrotnie. Właśnie dlatego tak bardzo wierzę w sens pielęgnowania historii rodzinnych. Wspomnienia babć i dziadków są jak miękki koc narzucony na nasze życie: dają ciepło, poczucie ciągłości i zakorzenienia. I dokładnie w ten klimat trafiają albumy „Opowiedz mi, Babciu” oraz „Opowiedz mi, Dziadku”.


Czym właściwie są te książki? To nie klasyczne albumy ze zdjęciami ani zwykłe pamiętniki. To przemyślane, prowadzone pytaniami księgi wspomnień, które zapraszają babcię i dziadka do opowiedzenia swojej historii – od dzieciństwa, przez młodość, aż po dorosłe życie i rodzinę. Autorzy nie zostawiają tu miejsca na pustą kartkę bez kontekstu. Każda strona delikatnie prowadzi narrację, podsuwa tematy i pomaga nazwać to, co często trudno ubrać w słowa. Dzięki temu nawet osoby, które na co dzień nie piszą lub niechętnie wracają do przeszłości, dostają bezpieczną, uporządkowaną przestrzeń do wspomnień.



Ogromnym atutem obu albumów jest ich wydanie. To książki solidne, estetyczne i naprawdę dopracowane. Twarda oprawa sprawia, że od pierwszego kontaktu czuć, iż mamy do czynienia z czymś trwałym, a nie jednorazowym gadżetem. Papier jest gruby, przyjemny w dotyku, a całość zaprojektowana tak, by przetrwać lata – dokładnie tak, jak historie, które mają się w nich znaleźć. Układ „Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku” jest bardzo podobny, co daje poczucie spójności i porządku. Po lewej stronie często pojawiają się ciekawostki lub fakty z czasów młodości – realia historyczne, codzienne drobiazgi, elementy, które uruchamiają pamięć. Po prawej natomiast znajduje się miejsce na osobiste wpisy: odpowiedzi na pytania, anegdoty, wspomnienia. Na przykład o tym, jak dziadkowie się poznali, jak wyglądała ich pierwsza praca, czego bali się jako dzieci, co było dla nich ważne.


I tu naprawdę trudno nie powiedzieć: jej, jakie to jest dobre. Wzruszające, mądre i piękne w swojej prostocie. Te albumy mają w sobie ogromny potencjał emocjonalny. Jeśli ktoś zdecyduje się je wypełnić – nie po łebkach, ale z sercem – powstanie pamiątka absolutnie bezcenna. Coś, co po latach wnuczka czy wnuk będą czytać z wypiekami na twarzy. Coś, co pozwoli dzieciom spojrzeć na swoich rodziców w zupełnie innym świetle, bo odkryją ich jako dzieci, młodych ludzi, marzycieli.


Warto jednak powiedzieć uczciwie: to nie są książki „na jeden wieczór”. Pisania jest naprawdę dużo. To proces, który wymaga czasu, skupienia i gotowości do powrotu do przeszłości. Nie każdemu taki sposób spędzania czasu przypadnie do gustu. Dla niektórych może być to wyzwanie, a nawet lekkie obciążenie. Ale właśnie w tym tkwi sens. Te pytania poruszają tematy, o których w codziennym biegu się nie rozmawia. A potem przychodzi moment, gdy jest już za późno i zostaje żal, że nie zapytaliśmy.


„Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku” dają pretekst do rozmów, do wspólnego siedzenia przy stole, do wspominania. Nawet jeśli nie wszystko zostanie zapisane od razu, już samo otwarcie tych albumów może być początkiem ważnych rozmów. Dowiedzą się z nich nie tylko wnuki, ale także dzieci. To piękny most między pokoleniami. Dla mnie to nie tylko książki – to inwestycja w pamięć. I naprawdę warto ją podjąć.


Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Poniedziałki z matchą – Michiko Aoyama

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoRelacja


Chociaż matcha nie jest moją ulubioną herbatą – a może po prostu nigdy nie piłam jej zaparzonej naprawdę poprawnie – to japońskie książki uwielbiam od dawna. Mają w sobie coś, co trudno znaleźć gdzie indziej: spokój, czułość, uważność na detale. A Michiko Aoyama to autorka, którą cenię szczególnie. W krótkiej formie potrafi zmieścić tyle celnych myśli, że człowiek po lekturze czuje się, jakby wypił nie filiżankę herbaty, ale całą esencję życia. „Poniedziałki z matchą” tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzają.


Fabuła ponownie skupia się wokół Marble Café – miejsca, które raz w miesiącu zamienia się w coś na kształt magicznego zakątka. To właśnie wtedy serwowana jest matcha, intensywnie zielona i pełna energii, która według opisu potrafi „złagodzić ciężar codzienności” i otworzyć drogę do zmian. Do kawiarni trafiają ludzie na życiowych zakrętach: ktoś, kto utknął w pracy, ktoś, kto nie wie, jak ruszyć dalej, ktoś, kto szuka odwagi, żeby zmienić swoje życie. Większość z nich siada przy stoliku, bierze łyk gorącej matchy i zaczyna dostrzegać coś, czego wcześniej nie widział. To nie magia w dosłownym sensie – raczej subtelna zmiana perspektywy, która przychodzi wtedy, gdy wreszcie pozwalamy sobie na chwilę oddechu.

Tak jak w poprzedniej części, również tutaj dostajemy serię opowiadań, które przeplatają się ze sobą w niezwykle satysfakcjonujący sposób. Bohater drugoplanowy w jednym tekście staje się głównym w kolejnym, a ktoś, kto wcześniej pojawił się tylko na moment, nagle odsłania przed nami swoje życie. To świetny zabieg – pozwala spojrzeć na te same sprawy z różnych stron, a jednocześnie buduje poczucie, że wszyscy jesteśmy częścią większej całości. Że nasze historie splatają się ze sobą nawet wtedy, gdy tego nie zauważamy.


Tym razem nie podróżujemy tak dużo jak wcześniej, ale nadal odkrywamy mnóstwo niuansów ludzkiego życia. Aoyama ma niezwykły talent do wyłapywania drobiazgów, które na co dzień nam umykają. Jej spostrzeżenia są trafne, dające do myślenia, ale – co ważne – nie ograniczają się do wywoływania negatywnych emocji. Wiele japońskich książek operuje smutkiem, stratą, samotnością. Tu również pojawiają się trudne tematy, ale autorka robi coś innego: daje nadzieję. Skłania do pozytywnych przemyśleń, pokazuje, że zmiana jest możliwa, nawet jeśli zaczyna się od jednego, niepozornego poniedziałku.

Teksty są krótkie, ale niezwykle treściwe. To sama esencja – mocna i celna niczym matcha. Każde opowiadanie zostawia w czytelniku coś, co jeszcze długo rezonuje. A jednak cały czas zastanawiam się, czy dłuższa forma nie dostarczyłaby jeszcze więcej wspaniałej literatury. Czy nie chciałabym spędzić z tymi bohaterami odrobinę więcej czasu. Ale może właśnie w tym tkwi siła tej książki – w niedopowiedzeniu, w przestrzeni, którą zostawia czytelnikowi.

Bohaterowie są bardzo różni, nieidealni, ale przez to niezwykle charyzmatyczni. Każdy z nich ma swoje słabości, swoje lęki, swoje małe dramaty. I każdy z nich jest przedstawiony z ogromną czułością. Aoyama nie ocenia, nie wyśmiewa, nie moralizuje. Pokazuje ludzi takimi, jacy są – trochę pogubionych, trochę zmęczonych, ale wciąż zdolnych do zmiany.

Uwielbiam też motyw kawiarni i samego Master’a. To postać, która spaja wszystkie opowiadania, choć sam nie jest w centrum uwagi. Jego obecność jest spokojna, niemal medytacyjna. To ktoś, kto nie mówi wiele, ale gdy już coś powie, to trafia w sedno. Kawiarnia staje się dzięki niemu miejscem, do którego chce się wracać – zarówno bohaterom, jak i czytelnikom.

Podsumowując – „Poniedziałki z matchą” to książka, która koi, inspiruje i zostawia w sercu ciepło. Nie jest to lektura, która wywraca życie do góry nogami, ale taka, która delikatnie przesuwa akcenty. Pokazuje, że zmiana może zacząć się od drobiazgu, od rozmowy, od filiżanki herbaty. I że każdy poniedziałek może być początkiem czegoś dobrego.

Jeśli lubisz japońską literaturę, krótkie formy i historie, które zostają z Tobą na dłużej – koniecznie sięgnij po „Poniedziałki z matchą”.

Dominika Róg-Górecka

niedziela, 4 stycznia 2026

Jano i Wito. Przy stole – Przemysław Liput, Wiola Wołoszyn

#WspółpracaRecenzencka #Mamania



Moja córka od dawna uwielbia historie o Jano i Wito. Ja sama długo podchodziłam do nich z pewną rezerwą – ot, kolejne książeczki dla maluchów, które pewnie przeczytamy raz i odłożymy na półkę. A jednak po wielokrotnym czytaniu (i to takim naprawdę wielokrotnym) różnych tytułów z tej serii zaczęłam rozumieć ich fenomen. To ciepłe, mądre i zaskakująco przemyślane opowieści, które pomagają dzieciom poznawać świat bez zbędnego zadęcia. I robią to tak naturalnie, że nawet dorosły zaczyna się uśmiechać pod nosem.


W „Jano i Wito. Przy stole” chłopcy po raz pierwszy wybierają się do restauracji. Nigdy wcześniej tam nie byli, więc wszystko jest dla nich nowe – od wyboru potraw po zasady zachowania przy stoliku. Nie do końca wiedzą, co zamówić, nie są pewni, jak powinni się zachować, a cała sytuacja jest dla nich jednocześnie ekscytująca i trochę stresująca. Na szczęście mogą liczyć na pomoc rodziców i obsługi, którzy cierpliwie tłumaczą im kolejne kroki.

Tym razem tematem przewodnim jest właśnie wyjście do restauracji – coś, czego wielu rodziców się obawia. Bo wiadomo, restauracja to nie plac zabaw, a dzieci bywają… cóż, dziećmi. Ten tytuł może być świetnym przygotowaniem dla malucha, który pierwszy raz ma przekroczyć próg lokalu. Pokazuje, że restauracja to nie tylko jedzenie, ale też pewne zasady, rytuały i wspólne doświadczenie.

Jak w całej serii, zasady są tu przedstawione w sposób nienachalny. Nie ma moralizowania, nie ma wykładów, nie ma „bo tak trzeba”. Wszystko wynika z działań bohaterów, ich pytań, ich naturalnej ciekawości. Dziecko może niejako „na sucho” przeżyć sytuację, która w prawdziwym życiu mogłaby je onieśmielić. To ogromna zaleta – fabuła płynie, a wiedza po prostu się w niej rozpuszcza.


Bohaterowie też nie są idealni, co bardzo sobie cenię. Dzieci nie zawsze wiedzą, jak się zachować, czasem zrobią coś nie tak, czasem się zagapią, czasem przesadzą. I bardzo dobrze – tak wygląda prawdziwe życie. Dzięki temu mali czytelnicy widzą, że błędy są normalne, a nauka odbywa się krok po kroku.

Rodzice Jano i Wito reagują tak, jak wielu z nas chciałoby reagować zawsze – ze spokojem, zrozumieniem, ale też z jasnym wyznaczeniem granic. Niektóre ich kwestie są tak trafione, że naprawdę mogłyby wejść do rodzinnego słownika. I to jest chyba największa siła tej serii: pokazuje dorosłym, jak można mówić do dzieci, żeby to działało.

Grafika Przemka Liputa jest lekka, nienachalna i bardzo dziecięca. Szczerze? Nie jestem jej wielką fanką – momentami wydaje mi się zbyt uproszczona. Ale moja córka ją uwielbia, więc najwyraźniej to ja się nie znam. Kolory są przyjazne, postacie wyraziste, a całość ma w sobie coś, co przyciąga najmłodszych jak magnes.

Na końcu każdej książki z tej serii pada zdanie: „To był dobry dzień”. I to jest nasz mały rytuał. Moja córka wie, że to znak końca historii, zamyka okładkę z pełną satysfakcją i uśmiechem. Niby drobiazg, a jednak tworzy spójność, której brakuje wielu innym seriom dla dzieci.

Podsumowując – „Jano i Wito. Przy stole” to kolejna udana część cyklu, który nie bez powodu cieszy się taką popularnością. Pomaga oswoić codzienne sytuacje, pokazuje świat oczami dziecka i robi to z ogromnym wyczuciem. To książka, która nie tylko bawi, ale też wspiera rodziców w tłumaczeniu rzeczywistości.

Jeśli szukasz tytułu, który przygotuje Twojego malucha na pierwszą wizytę w restauracji – albo po prostu chcesz dodać do biblioteczki coś wartościowego – sięgnij po „Jano i Wito. Przy stole”. 

A jeśli masz ochotę na więcej takich recenzji, zajrzyj na mój blog i daj znać, o czym chcesz przeczytać następnym razem.

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Poselstwo z Krainy Czarów – Maggie Browne

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoModo 


Uwielbiam „Alicję w Krainie Czarów”. To jedna z tych historii, które od lat nie przestają mnie zachwycać – pełna absurdu, wdzięku, przewrotności i literackiej odwagi. Za każdym razem, gdy trafiam na książkę choćby luźno nawiązującą do tego motywu, czuję znajome mrowienie ekscytacji. Nic więc dziwnego, że po „Poselstwo z Krainy Czarów” sięgnęłam z ogromną ciekawością. Obietnica powrotu do świata, który tak mocno zakorzenił się w mojej wyobraźni, zawsze działa na mnie jak magnes.


Fabuła jest klasyczna, baśniowa i bardzo „z tamtych czasów”. W Krainie Czarów narasta bunt – młode wróżki, te „poniżej tysiąca lat”, zaczynają kwestionować sens swojej pracy. Zastanawiają się, czy dzieci wciąż ich potrzebują, czy może świat poszedł naprzód i magia nie ma już racji bytu. Ten ferment wykorzystuje Zła Czarownica, która podsuwa kotu czarodziejskie buty i zachęca go do siania zamętu. Wróżki przestają pracować, chaos narasta, a dwie z nich zostają wysłane na Ziemię, by sprawdzić, jak naprawdę wygląda sprawa z tym „byciem potrzebnym”. Wyposażone w magiczne przedmioty – pantofelki Kopciuszka, siedmiomilowe buty i inne klasyczne rekwizyty – wyruszają na misję, która ma rozstrzygnąć los całej krainy.

Fascynująca jest już sama historia powstania tej książki, którą poznajemy dopiero w posłowiu. To jeden z tych dodatków, które nie tylko uzupełniają treść, ale wręcz nadają jej nowy wymiar. Gdy czytelnik dociera do końca i nagle odkrywa kontekst, w jakim powstała opowieść, całość nabiera głębi i dodatkowego znaczenia. Umieszczenie tej informacji na końcu działa jak subtelny, ale bardzo skuteczny zabieg – nagle zaczynamy patrzeć na wcześniejsze wydarzenia z zupełnie innej perspektywy.


Sama opowieść jest stara i czuć w niej echo przeszłości. Ale to nie wada – wręcz przeciwnie. Archaiczność działa tu jak delikatny filtr sepii, który dodaje uroku, a nie odbiera świeżości. Akcja toczy się niespiesznie, jak w klasycznych baśniach, gdzie nikt nie goni za cliffhangerami. Bohaterowie są wyraziści, choć na swój sposób „niemodni” – mają w sobie coś z dawnych opowiastek, w których charakter budowało się prostymi, ale sugestywnymi środkami. Sama przygoda również jest klasyczna: najpierw tło, potem problem, a na końcu rozwiązanie, które porządkuje świat i wyjaśnia wszystkie niejasności. To konstrukcja, która może nie zaskakuje, ale daje przyjemne poczucie bezpieczeństwa.

Niestety – i mówię to z lekkim westchnieniem – samej Alicji jest tu jak na lekarstwo. To największa wada tej historii. Gdyby nie tytuł i kilka odniesień, książka mogłaby funkcjonować zupełnie niezależnie od słynnego uniwersum. Miłośnicy Alicji mogą poczuć niedosyt, bo jeśli liczą na powrót do szalonego świata Lewisa Carrolla, to dostaną raczej delikatny ukłon niż pełnoprawną wizytę.

Za to okładka… ach, okładka! Piękna, klimatyczna, przyciągająca wzrok. Taka, którą chce się mieć na półce, nawet jeśli nie planuje się natychmiastowego czytania. Oddaje ducha opowieści – trochę staroświeckiego, trochę magicznego, trochę figlarnego. Idealnie pasuje do treści.

Na uznanie zasługuje też humor. Lekki, słowny, czasem sytuacyjny. Nie śmiałam się do rozpuku, ale kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem – a to w literaturze dziecięcej zawsze jest na plus. Zwłaszcza że dowcip nie jest nachalny, tylko naturalnie wpleciony w dialogi i wydarzenia.

„Poselstwo z Krainy Czarów” to lekka, zabawna historia dla najmłodszych. Ma swój czar, choć nie jest to opowieść przełomowa. To raczej solidna, klasyczna bajka, która sprawdzi się jako wieczorna lektura – taka, przy której dziecko słucha z zaciekawieniem, a dorosły nie przewraca oczami. Jest w niej magia, jest przygoda, jest morał. A czasem naprawdę nie trzeba niczego więcej.

Podsumowując: to sympatyczna, staroświecka opowieść, która ma swoje wady, ale też sporo uroku. Nie jest to książka, która zmieni życie czytelnika, ale może umilić kilka wieczorów i wprowadzić odrobinę baśniowego ciepła. Jeśli lubicie klasyczne bajki i nie przeszkadza Wam, że Alicja pojawia się tu tylko symbolicznie, warto dać jej szansę.

Dominika Róg-Górecka

wtorek, 23 grudnia 2025

Kakao w czwartki – Michiko Aoyama


Popularność japońskich autorów rośnie z roku na rok – i wcale mnie to nie dziwi. Zwłaszcza tych, którzy specjalizują się w powieściach cosy, miękkich jak kocyk i kojących jak herbata po długim, męczącym dniu. W czasach, gdy wszyscy gdzieś pędzimy, takie książki są jak literacka przerwa na oddech. „Kakao w czwartki” idealnie wpisuje się w ten trend, oferując czytelnikowi chwilę wytchnienia, ciepła i refleksji.


Fabuła jest pozornie prosta, ale to właśnie w tej prostocie tkwi cały jej urok. W centrum wydarzeń znajduje się grupa osób, które w różnych okolicznościach trafiają na siebie i zaczynają splatać swoje historie. Każdy z bohaterów niesie ze sobą coś innego – drobne troski, większe marzenia, niepewność, a czasem zwykłą potrzebę bycia wysłuchanym. Ich losy przeplatają się w sposób naturalny, a czwartkowe kakao staje się pretekstem do rozmów, zmian i małych odkryć, które potrafią odmienić codzienność.

Ogromnym plusem jest to, że nie tkwimy wyłącznie w Japonii. Owszem, Tokio ma swój niepowtarzalny klimat, ale autorka zabiera nas także w inne miejsca – choćby do Australii – i robi to z wdziękiem. Ta zmiana scenerii nie jest przypadkowa. Ma znaczenie dla fabuły, ale też świetnie pokazuje, jak wszystko jest ze sobą połączone, jak decyzje jednych bohaterów odbijają się echem w życiu innych. To zabieg, który działa zarówno na poziomie historii, jak i konstrukcji całej książki, dodając jej lekkości i świeżości.

Bohaterowie są różnorodni, każdy na innym etapie życia, z innymi troskami i innymi pragnieniami. Jedni dopiero zaczynają dorosłość, inni próbują odnaleźć się po życiowych zakrętach, jeszcze inni szukają sensu w codziennych obowiązkach. Każdy z nich ma coś ważnego do przekazania – czasem wprost, czasem między wierszami. Jedyny minus? Rozdziały są krótkie. Aż za krótkie. Z przyjemnością spędziłabym z nimi więcej czasu, posłuchała ich dłużej, zajrzała głębiej w ich myśli. To trochę tak, jakby ktoś podał mi filiżankę kakao… ale tylko pół.

Klimat książki jest absolutnie cudowny – kojący, ciepły, dający do myślenia. To jedna z tych historii, które nie tylko wzruszają, ale też pocieszają. Tym razem dostajemy więcej pozytywnych emocji niż zazwyczaj w tego typu opowieściach, co jest miłą odmianą. To książka, która nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest. Po prostu otula.

Nie mogę też nie wspomnieć o okładce. Jest przepiękna – delikatna, klimatyczna, idealnie oddająca charakter opowieści. Taka, którą chce się mieć na widoku, a nie chować na półkę. Już sam jej widok sprawia, że człowiek ma ochotę zaparzyć coś ciepłego i zanurzyć się w lekturze.

Czy jest jakaś wada? W zasadzie tylko jedna: „Kakao w czwartki” nie wyróżnia się szczególnie na tle gatunku. Owszem, ma swój pomysł, a podróżowanie z bohaterami po różnych zakątkach świata to świetny dodatek, ale poza tym to po prostu kolejny zbiór pokrzepiających serce historii. Dla miłośników cosy – pozycja obowiązkowa. Dla osób szukających czegoś zupełnie nowego – raczej nie będzie zaskoczeń.

A ja? Polecam. Uwielbiam! I myślę, że w ciemno będę sięgać po każdą kolejną książkę autorki. Ma dar tworzenia historii, które działają jak ciepły kompres na zmęczoną duszę, a ja takie literackie kompresy bardzo sobie cenię.

Podsumowując: „Kakao w czwartki” to książka, która nie rewolucjonizuje gatunku, ale robi dokładnie to, czego od niej oczekujemy – koi, wzrusza, poprawia humor i zostawia nas z poczuciem, że świat może być trochę lepszy, jeśli tylko damy mu szansę.

Jeśli potrzebujesz czegoś lekkiego, ciepłego i pięknie napisanego – sięgnij. A jeśli już czytałaś lub czytałeś, koniecznie daj znać, jakie masz wrażenia. Chętnie porozmawiam o tej literackiej filiżance kakao.

Dominika Róg-Górecka

piątek, 19 grudnia 2025

Trzy obiady z piekarnika. Mrożonki Frosty w wersji „wrzuć i piecz”

 #WspółpracaReklamowa dla Frosta.pl




Ten wpis powstał w ramach współpracy barterowej z marką Frosty – otrzymałam mrożonki do testowania i postanowiłam sprawdzić je w sposób, który najlepiej pasuje do mojego stylu gotowania: prosto, bez stania przy garach i bez marnowania czasu.


Zamiast klasycznego gotowania, postawiłam na pieczenie, bo piekarnik robi większość pracy za nas. Zasada w każdym przepisie była taka sama:


mięso lub ryba + mrożonki + przyprawy → wszystko do brytfanki → piekarnik


Bez rozmrażania, bez osobnych garnków. Tylko jeden zapiekany obiad.


Zasada wspólna dla wszystkich przepisów


  • mrożonki trafiają do naczynia prosto z zamrażarki
  • mięso lub ryba pieką się razem z warzywami
  • przyprawy według uznania (sól, pieprz, zioła, oliwa/masło)
  • jeden piekarnik, jedno naczynie, minimum sprzątania


To rozwiązanie idealne na dni, kiedy chcesz zjeść coś domowego, ale nie masz czasu ani energii na gotowanie „na raty”.

1. Schab pieczony z fasolką mrożoną oraz marchewką z groszkiem





Najbardziej klasyczne i sycące połączenie.


Do brytfanki trafiła:


  • schab wieprzowy
  • mrożona fasolka
  • mrożona marchewka z groszkiem


Całość doprawiłam solą, pieprzem i ulubionymi ziołami, skropiłam tłuszczem i wstawiłam do piekarnika. Mięso piecze się razem z warzywami, które przechodzą jego smakiem i nie wymagają żadnej wcześniejszej obróbki.


To dobry przykład na to, że mrożonki sprawdzają się nie tylko jako dodatek, ale jako pełnoprawna baza obiadu.


2. Dorsz pieczony z fasolką oraz marchewką z groszkiem



Ten sam zestaw warzyw, zupełnie inny efekt.


Dorsz to delikatna ryba, dlatego pieczenie z mrożonkami bardzo dobrze się tu sprawdza – warzywa chronią rybę przed przesuszeniem, a całość wychodzi lekka, ale nadal konkretna.


Do brytfanki:


  • filet z dorsza
  • mrożona fasolka
  • mrożona marchewka z groszkiem


Minimalna ilość przypraw i gotowe. To obiad, który spokojnie sprawdzi się także jako lżejsza kolacja.


3. Łosoś pieczony z mrożonką „zupa kalafiorowa” i fasolką z puszki



Najbardziej nieoczywisty wariant z całej trójki.


Do naczynia żaroodpornego trafił:


  • filet z łososia
  • mrożonka „zupa kalafiorowa” Frosty
  • fasolka z puszki



Zupa kalafiorowa została użyta nie jako zupa, ale jako gotowa mieszanka warzywna do pieczenia. Po upieczeniu stworzyła kremową, warzywną bazę pod rybą, a fasolka dodała sytości.


To przykład na to, że mrożonki można wykorzystywać zupełnie inaczej niż sugeruje nazwa na opakowaniu.


Dla mnie to realne ułatwienie codziennego gotowania – szczególnie wtedy, gdy liczy się czas, prostota i powtarzalność, która się nie nudzi.

A Wy lubicie takie dania?

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates