Featured

sobota, 28 lutego 2026

Stalowe skrzydła – Angelika Grajek

#Reklama #WydawnictwoMięta


Fantastyka potrafi mieć różne funkcje – czasem służy wyłącznie rozrywce, innym razem fikcyjne wydarzenia stają się metaforą naszej rzeczywistości, a bywa, że jedno i drugie splata się w mocno emocjonalny warkocz. Jak było tym razem? „Stalowe skrzydła” zaczynają się jak mroczna baśń o zniewoleniu i uprzedzeniach, a z czasem odsłaniają bardziej uniwersalne pytania o cenę wolności i o granice lojalności.


Fabuła – z jednej strony klasyczna, z drugiej z paroma oryginalnymi motywami. Karhu, młody centaur, zostaje wzięty do niewoli i zmuszony do służby w ponurej rezydencji Ynys Grug należącej do rodu Valerisów. Tam zaprzyjaźnia się z Edlynne, córką okrutnego hrabiego. Gdy ojciec obiecuje rękę dziewczyny „potworowi w ludzkiej skórze”, nadarza się okazja do ucieczki. Dwoje bohaterów rusza w drogę przez świat zdominowany przez żelazo i parę, gdzie magia jest zakazana, a istoty mityczne – prześladowane. Brzmi znajomo? Tak, to opowieść drogi, ale z rzadko spotykanym ujęciem perspektywy centaura oraz z akcentem na traumę i odzyskiwanie sprawczości.

Co to była za książka?! Dawno nie czytałam aż tak przejmującej lektury. Pierwsze rozdziały są doprawdy przerażające – nie tylko przez konkret zdarzeń, ale przez sposób, w jaki nakładają się na siebie wstyd, odrętwienie i duszne „nie da się”, które znają ofiary przemocy. Losy bohaterów są dotkliwe, a ich emocje – gęste. Na początku było tak intensywnie, że aż ciężko mi się czytało – jakby ktoś otworzył drzwi do zbyt małego pokoju bez okien i kazał w nim pobyć chwilę dłużej, niż to komfortowe. Edlynne jest ofiarą – i to przez prawie całe swoje życie. To, jak cierpi, a jednocześnie nie robi nic, by to zmienić, uderza podwójnie, bo Grajek nie robi z tego sensacji; raczej pokazuje znane mechanizmy. To jest dark fantasy – nie dlatego, że wszędzie krew, tylko dlatego, że ciemno tam, gdzie zwykle oczekujemy światła.

"Gdyby ktoś miał możliwość choć raz spojrzeć na świat oczami Edlynne Addeline Valeris, nie dostrzegłby nic prócz odcieni szarości. Gęstego jak cukrowy syrop welonu utkanego ze smutku, strachu i samotności. W jej życiu nie było miejsca na radość".

Przechodząc do bohaterów – mają bardzo ciekawą kreację. Karhu to postać, której godność jest praktyką dnia codziennego. Edlynne z kolei – zahukana i pełna poczucia winy – ma swój cichy kręgosłup; długo go nie widać, ale jest. Dość szybko zaczęłam im kibicować, bo niesprawiedliwość, która ich dotyka, jest ogromna, a jednocześnie w ich wyborach migocze zwyczajne dobro – nie papierowe, nie słodkie, tylko uparte, czasem milczące. Ten kontrast z opisanym światem pracuje świetnie.


A świat… jest bardzo mroczny, okropny i – tak – nieakceptowalny. Czy można znaleźć w nim coś z naszego? Niestety tak. Dehumanizacja „innych”, społeczna zgoda na przemoc, retoryka porządku jako przykrywka dla opresji – to brzmi aż nazbyt znajomo. Nie do końca przemówił do mnie sam konstrukt uzasadniający dyskryminację (w sensie – polityczna i ideologiczna podbudowa konfliktu mogłaby być pełniejsza), ale już przebieg opresji jest boleśnie wiarygodny. Świat żelaza i pary daje potencjał na mocniejszy, steampunkowy pazur – w tym tomie to raczej szkic, lecz taki, który obiecuje rozbudowę.

Porusza też historia rodzinna głównej bohaterki. Niespełnienia, tajemnice trzymane w mahoniowych szufladach, żałoba po bracie – wszystko to składa się na portret kogoś, kto wciąż próbuje zasłużyć na uwagę, a dostaje tylko ciszę albo krzyk. I choć mam wrażenie, że najbardziej soczyste odkrycia z tego pola są jeszcze przed nami, już teraz dostajemy kilka zgrabnych „smaczków”, które zmieniają perspektywę. To, co na początku wygląda jak koszmar pozbawiony sensu, powoli znajduje swoje wyjaśnienia – nie uniewinnienia.

"Wolność, nadzieja, siła, wiara, ufność, strach. Tyle słów rozbrzmiewało w jego żyłach, umyśle, grało mu w sercu. Pojęcia, które pomimo odmiennych definicji zaczęły nakładać się na to samo znaczenie".

Ciekawie zbudowany jest też bieg akcji. Startujemy w miejscu klaustrofobicznym, gdzie dzieje się mało, ale emocje aż wrzą – a potem wszystko się zmienia i opowieść nabiera dynamiki. To nie jest rollercoaster; to raczej trasa o zmiennym nachyleniu: raz duszne korytarze Yiyns Grug, raz szerokie trakty, na których każda decyzja zostawia ślad. Zmiana tempa jest celowa i sensowna – gdy bohaterowie wreszcie ruszają, stawka zaczyna rosnąć, a ich wybory przestają być prywatne.


Jeśli miałabym szukać na siłę jakiejś wady, to właśnie przeraża mnie opisany w świecie mrok – jest go tak dużo, i to w prawie każdym bohaterze, że momentami lektura męczyła nie przez styl, lecz przez emocjonalny ciężar. Rozumiem zamysł, kupuję konsekwencję, ale potrzebowałam oddechu – scen, które dają światłu chociaż szparę, by zupełnie nie popaść w mrok.

Motyw centaura w jednej z ról pierwszoplanowych okazał się świetnym „przewietrzeniem” konwencji. Perspektywa innego ciała – jego ograniczeń, siły, godności – dodaje scenom fizyczności i symbolicznej głębi. Podobało mi się też, że wątek „romantasy” został jedynie zasygnalizowany – bez przejmowania sterów. Z kolei motyw „złotej klatki” jest rozpisany z wyczuciem: nie chodzi o błyskotki, tylko o te wszystkie udogodnienia, które potrafią być kajdanami gorszymi, niż prawdziwa przemoc.

Podsumowując – „Stalowe skrzydła” to mroczna, emocjonalna opowieść o ludziach i nieludziach, którzy uczą się, że wolność nie spada z nieba; trzeba ją wywalczyć. Pierwszy tom jest raczej preludium niż symfonią: ustawia figury, jasno nazywa stawkę, zostawia obietnice. Jeśli lubisz opowieści drogi, zakazane przyjaźnie i moralne dylematy, koniecznie sięgnij po ten tytuł.

Dominika Róg-Górecka

piątek, 27 lutego 2026

Białoksiężnik. Powrót – Lucy Windy Waters

#WspółpracaRecenzencka #Lucy Windy Waters


Fantastyka była moją pierwszą czytelniczą miłością Jednak z biegiem lat przestałam jednak dawać gatunkowi taryfę ulgową; dziś patrzę bardziej krytycznie, sprawdzam spójność, tempo, psychologię i to, czy obietnice z opisu nie są przypadkiem marketingowym konfetti. „Białoksiężnik. Powrót” przyciągnął mnie od pierwszego zdania – miał być mroczny, wielogatunkowy i odważny w emocjach. I wiecie co? W dużej mierze taki właśnie jest.


Głównym bohaterem jes Alexa – chłopaka z darem, który bardziej przypomina przekleństwo niż supermoc. Po przejściach, z traumą, zbyt często zaglądający do kieliszka, usiłuje nie rzucać się w oczy, dopóki los nie zetknie go z Neją – jego przeciwieństwem: spokojną, ułożoną, ale również noszącą w sobie coś, czego boi się dotknąć. W tle znikają pracownicy miejskiego archiwum, śledztwo prowadzi policjantka Iris Hant, a struny zza kurtyny pociągają gracze grubszego kalibru – charyzmatyczny dyrektor archiwum Ludvik von Dern, tajemniczy Kir i mapa Shaitani Shahar, której szukają niemal wszyscy. Nad tym wszystkim krąży tajemniczy zakon, a granica między „naszym” miastem a obcym wymiarem wydaje się podejrzanie cienka. Taki szkic dostajemy w oficjalnych opisach – i faktycznie, to nie jest „kolejna historia o magii”, tylko miks losów, wyborów i konsekwencji, które mogą ocalić albo zniszczyć.

Zanim jednak otworzycie książkę – ostrzegam: można się zakochać w samym wydaniu. Okładka błyszczy subtelnymi elementami, a brzegi są barwione tak, że tom wygląda jak eksponat z półki „dla gości i na pokaz”. To jeden z tych tytułów, przy których ręka sama sięga po telefon, żeby cyknąć zdjęcie na półce. Jeśli liczy się dla Was estetyka – nie przejdziecie obok obojętnie.

"Jesteś pewien, że chcesz poznać prawdę? […] To podroż w jedną stronę".


Świat wykreowany przez autorkę jest ciekawy i – co dla mnie kluczowe – pomysłowy. Nie dostajemy jednak instrukcji obsługi na starcie. Sekrety odsłaniają się powoli, często półsłowami; kilka z nich pozostaje mglistych aż do finału. To bywa zaletą: napięcie rośnie, poczucie „co tu się właściwie dzieje?” pracuje jak dodatkowy motor, a rozdziały klikają się jeden po drugim. Bywa też, że to balans na granicy chaosu – nigdy do końca nie wiadomo, na której płaszczyźnie wylądujemy za pięć stron. Część recenzentów zwraca uwagę na to samo: ambicja konstrukcji i mnogość wątków potrafią wciągnąć, ale momentami dominują nad klarownością ekspozycji.


Bohaterowie? Klasyczny duet zmuszony do współpracy. Iskra pojawia się szybko, lecz oboje – z różnych powodów – próbują trzymać się na dystans. To motyw tyleż znany, co lubiany: docinki, podszyte czułością przekomarzanki, ostrożne wycofania, a pod spodem strach przed bliskością. Nie ma tu wielkiej rewolucji, ale jest solidny „slow burn”. Jeśli kochacie relacje, które rosną na ironii i małych gestach, znajdziecie tu swoje momenty – a jednocześnie narracja nie osuwa się w romans jako główną oś. To wrażenia spójne z głosem czytelników, którzy akcentują zarówno napięcie między postaciami, jak i szerszy ciężar historii.

Akcja pędzi – i to w wielu kierunkach naraz. Mamy ulice, zaułki i bary rodem z urban fantasy; mamy śledztwo z policyjnym tropieniem; mamy starcia, w których iskry lecą dosłownie, i sceny romantyczne, gdy bohaterom miękną kolana. Do tego przebitki z innej rzeczywistości i elementy, które spokojnie można by dokleić do lekkiego SF. Ta wielogatunkowość jest wpisana w książkę już na poziomie opisów wydawcy i ofert księgarń: fantastyka przenika się z kryminałem, przygodą, a nawet thrillerem emocji. Dla części czytelników to będzie największy atut – brak nudy, ciągłe zwroty – dla innych paliwo do narzekań na „za dużo naraz”. Ja bawiłam się dobrze, choć miejscami czułam, że jeden-dwa oddechy więcej podniosłyby wagę kulminacji.

Dominika Róg-Górecka
"Możesz wszystko. Tylko nie wierzysz, że możesz".


Jeszcze słówko o konstrukcji: „Białoksiężnik” gra emocjami wprost. Trauma nie jest dekoracją, tylko osią motywacji; dylematy moralne nie są kwiatkiem do kożucha. To książka o przeznaczeniu – o tym, co nas kształtuje, i o cenie, jaką płacimy, gdy raz powiemy „tak” sile większej niż my sami. Stąd również obecność zakonu, tajemniczych map i figurek graczy o niejasnych intencjach – wszystkie te elementy budują atmosferę „opowieści o wyborach” bardziej niż „parady efektów”. Ten ton przewija się zarówno w oficjalnych materiałach, jak i w wielu opiniach czytelników.

A co nie do końca zagrało? Miejscami miałam ochotę powiedzieć: „mniej znaczy więcej”. Przy tylu wątkach każda dodatkowa scena to walka o uwagę – i czasem wygrywa efekt „szumu narracyjnego”. Parę tajemnic, które miały być oszałamiającymi odkryciami, broni się raczej nastrojem niż logiką; kilka postaci pobocznych prosi się o odrobinę więcej uwagi. Z drugiej strony – to pierwszy tom cyklu. W urban fantasy zwykle dopiero kolejne części przynoszą klarowniejszą mapę uniwersum i porządkują szeregi. Tutaj też można liczyć na rozwinięcie: zapowiedzi serwisów książkowych i wpisów czytelników sugerują dalszy ciąg historii.

Podsumowując: „Białoksiężnik. Powrót” to udany debiut, który łączy klimat mrocznego miasta z mistycznym sznytem i emocjonalnym rdzeniem. Fabularnie to jazda bez trzymanki – z potknięciami w czytelności, ale bez dłużyzn, które zabijają przyjemność. Estetycznie – perełka na półce, zwłaszcza w pięknej oprawie z barwionymi brzegami. Jeśli lubicie urban fantasy z domieszką śledztwa, gry frakcji i „slow burnem” w relacji głównych bohaterów, będziecie zadowoleni. A jeśli w literaturze szukacie przede wszystkim klarowności świata i domknięcia wątków – nastawcie się na cierpliwość i otwarty finał.

czwartek, 26 lutego 2026

Kubuś i pies – Jakub Tylman

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoPapilon 


Mali bohaterowie w książkach dla dzieci mają w sobie coś z przewodników po codzienności. Nie ruszają w wielkie wyprawy na koniec świata, za to uczą się i dojrzewają w sytuacjach, które dobrze znamy z własnych mieszkań, przedszkolnych korytarzy czy rodzinnych spacerów. I właśnie w tym tkwi ich siła – historie oparte na zwykłych chwilach pomagają najmłodszym oswoić emocje, nazwać pragnienia, a nawet odrobinę wyprzedzić życie, zanim ono samo zaskoczy ich jakąś nowością. „Kubuś i pies” idealnie wpisuje się w ten nurt, serwując młodym czytelnikom czułą, bliską i mądrą opowieść o marzeniu, które ma cztery łapy i merdający ogon.



Fabuła jest prosta, ale bardzo angażująca. Poznajemy Kubusia – wesołego chłopca, który kocha zwierzęta całym sobą. Na razie ma tylko pluszowego pieska Tobiego, jednak w głębi serca marzy o prawdziwym przyjacielu. Gdy pewnego dnia odwiedza z rodzicami schronisko, widzi psy czekające na dom.

Ta książka jest się idealnym punktem wyjścia dla rodzin, które same rozważają adopcję zwierzaka. Ale nie trzeba planować od razu wizyty w schronisku – opowieść świetnie nadaje się również jako wprowadzenie do rozmów o zwierzętach domowych w ogóle. O empatii, potrzebach innych istot i o tym, że opieka nad pupilem to coś więcej niż przytulanie i zabawy. Chociaż tak między nami – istnieje pewne ryzyko, że dziecko po lekturze zacznie wyjątkowo intensywnie przekonywać wszystkich domowników, że pies koniecznie jest mu potrzebny do życia.

Książka porusza naprawdę ważne tematy: codzienne obowiązki przy zwierzaku, rytm opieki, konsekwencję i wrażliwość. Jednocześnie pokazuje, że zanim zdecydujemy się na adopcję, warto zrobić małą próbę generalną – pomóc sąsiadom w wyprowadzaniu psa, zobaczyć, czy damy radę codziennym spacerom i czy radość nie zniknie po tygodniu. To praktyczne, sensowne i bardzo życiowe.


Z drugiej strony – część wątków pojawia się tylko w formie krótkiego muśnięcia. Nie ma tu mowy o kosztach, szkoleniu, czy trudnych zachowaniach. Oczywiście, to książka dla dzieci, a nie poradnik. Niemniej warto mieć świadomość, że historia podkreśla głównie miłe aspekty – bliskość, radość, entuzjazm – podczas gdy te bardziej wymagające dopowiada już dorosły.

Na końcu książki znajduje się też zestaw porad – i to świetny pomysł. Ta część jest mniej bajkowa, za to konkretna i bardzo przydatna. Świetnie sprawdzi się zwłaszcza w rodzinach, gdzie jest i młodsze, i starsze dziecko: jedni chłoną fabułę, drudzy analizują wskazówki. Połączenie idealne.

Całość ma ciepły klimat – Kubuś to sympatyczny chłopiec, pełen dobrej energii, który naprawdę chce się opiekować zwierzakiem. Jest w nim coś, co może stać się domowym „odniesieniem”: gdy zrobi się trudniej, można przypomnieć, że bohater też uczył się krok po kroku. Bez presji, za to z wielkim sercem.

Ilustracje są śliczne – miękkie, jasne, o eseistycznym zacięciu. Nie są tylko dekoracją. Każda scena dopowiada emocje, prowadzi wzrok i buduje atmosferę, w której łatwo się rozgościć. Widać, że ilustratorka postawiła na subtelność, która nie przytłacza, a jednocześnie mocno wspiera opowieść.

Podsumowując: „Kubuś i pies” to książka mądra, czuła i pełna bliskości. Idealna dla rodzin stojących u progu decyzji o adopcji psa, ale też dla wszystkich, którzy chcą nauczyć dzieci empatii i odpowiedzialności w lekki, niewymuszony sposób. Ma drobne uproszczenia, ale jeśli potraktujemy ją jako początek rozmowy – sprawdza się świetnie.

Jeśli myślicie o czworonogu, zacznijcie od rozmowy, potem przeczytajcie tę książkę wspólnie, a później… wybierzcie się na spacer z psem sąsiadów. Przygoda może zacząć się dużo wcześniej, niż się spodziewacie.

Dominika Róg-Górecka

środa, 25 lutego 2026

Zapiski z Kociego Kraju – Lao She

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoYumeka 



Lubię sięgać po literaturę wykraczającą poza moje czytelnicze nawyki – zwłaszcza taką, która otwiera okno na nowe perspektywy kulturowe. W ostatnich latach dużo czasu spędziłam w prozie japońskiej i koreańskiej, natomiast twórczość chińska pozostawała dla mnie wciąż nieodkrytym obszarem. Sięgnięcie po „Zapiski z Kociego Kraju” Lao She okazało się więc decyzją idealnie wpisującą się w potrzebę poszerzania literackich horyzontów. Tym bardziej że polskie wydanie – przygotowane na rok 2026 – przywraca czytelnikom jedną z najbardziej osobliwych i oryginalnych dystopii XX wieku.


Fabuła powieści jest pozornie prosta, choć prowadzona w sposób, który nieustannie podważa nasze oczekiwania. Narrator rozbija się statkiem kosmicznym na Marsie i trafia do kraju zamieszkanego przez istoty o kocich rysach. Wprowadzany przez Skorpiona – właściciela plantacji „liści kocimiętki” – stopniowo odkrywa mechanizmy funkcjonowania społeczeństwa, w którym edukacja stała się farsą, instytucje publiczne uległy degradacji, a scenę polityczną zdominowały bezproduktywne bójki. Z czasem pozorna groteska przekształca się w obraz pełzającej katastrofy.

Warto zacząć od końca – dosłownie. Posłowie i noty tłumaczki, Magdaleny Stoszek‑Deng, znacząco podnoszą wartość lektury. Objaśniają historyczne tło powstania powieści i mechanizmy ironii, które mogły pozostać nieczytelne bez odpowiedniego kontekstu. To przykład przekładu, który nie tylko oddaje styl oryginału, lecz także proponuje czytelnikowi potrzebny klucz interpretacyjny. Dzięki temu „Zapiski…” ujawniają swoją wielowarstwowość i jasno sygnalizują, że fantastyczna fasada jest przede wszystkim środkiem, nie celem.

Sam tytuł powstał w okresie rewolucji kulturalnej, której ofiarą padł autor. Patrząc na tę książkę z tej perspektywy – jest niesamowita. Zawiera wiele cennych spostrzeżeń, całe morze ironii i ukrytej krytyki.

Oś satyryczna powieści staje się szczególnie wyrazista, gdy zrozumiemy, że pozorne „wychwalanie” Chin – w ustach bohaterów czy w opisach instytucji – ma charakter przewrotnie ironiczny. Lao She stworzył „koci kraj” jako krzywe zwierciadło, a jego dystopia została ukształtowana przez doświadczenia autora oraz procesy społeczno‑polityczne, które go ostatecznie dotknęły: degradację, prześladowania, a w końcu tragiczny los w okresie rewolucji kulturalnej. Ta wiedza wydobywa z powieści precyzyjnie zakodowaną krytykę marazmu, korupcji i stagnacji.

Elementy najbardziej niepokojące pojawiają się w opisach uzależnienia społeczeństwa od „liści kocimiętki”, oczywistej metafory opium. Mechanizm uzależnienia jest tu czymś więcej niż społeczną chorobą – to fundament całej cywilizacji, symbol jej dekadencji i rezygnacji z podmiotowości. Wizja ta działa jak ostrzeżenie przed tym, co dzieje się z państwem i jednostką, kiedy nałóg staje się podstawą porządku społecznego. Groteska przechodzi w alegorię, która – mimo swojej formy – ma wymiar niezwykle realistyczny.

W tym świetle staje się jasne, że komponent science fiction pełni funkcję dekoracji – przestrzeni, w której można bezpiecznie przedstawić krytykę polityczną i cywilizacyjną. Dla czytelników oczekujących pędu fabuły i klasycznej przygody SF powieść może okazać się zaskakująco statyczna. To jednak świadomy wybór: „Zapiski…” wykorzystują fantastykę jako narzędzie, nie jako motor akcji.

Narrator pozostaje obserwatorem – nieco zdystansowanym, metodycznym, analizującym. Język jest oszczędny, pozbawiony emocjonalnej przesady. Dzięki temu rosnące w czytelniku poczucie niepokoju ma charakter bardziej intelektualny niż instynktowny. Ten chłód bywa interpretowany jako słabość narracyjna, ale w istocie wzmacnia przekaz: powolność i monotonia stanowią odzwierciedlenie świata, który popada w stagnację. W ten sposób ironia miesza się z pesymizmem, a dydaktyczny wymiar utworu zyskuje nieoczywistą intensywność.

Ostatecznie „Zapiski z Kociego Kraju” to powieść nietuzinkowa, a jej siła tkwi w połączeniu formy satyrycznej z kulturowym i historycznym ciężarem. To literatura, którą należy czytać w kontekście – i której aktualność, mimo upływu niemal wieku, zaskakuje. Polskie wydanie (Yumeka, 2026) stanowi ważny krok w przywracaniu kanonicznych dzieł literatury chińskiej szerszemu odbiorcy i pokazuje, jak uniwersalne potrafią być ostrzeżenia ukryte w antyutopiach.

Na koniec – jeśli cenisz prozę, która wykorzystuje fantastykę jako narzędzie do komentowania rzeczywistości, „Zapiski z Kociego Kraju” będą lekturą w pełni satysfakcjonującą. Warto sięgnąć po nie w momencie, gdy masz ochotę na literaturę bardziej wymagającą interpretacyjnie.

Dominika Róg-Górecka

sobota, 21 lutego 2026

To ja, Klara recenzja – Olga Passia

#WspółpracaRecenzencka #OlgaPassia


Francja, dorastanie, dysfunkcyjna rodzina i młodzieńcza miłość, to połączenie, które nie wróży lekkiej lektury. I tak jest w rzeczywistości. „To ja, Klara” porusza wiele trudnych tematów, skłania do refleksji, ale też przenosi od czasów, których już nie ma. Jednak czy to wystarczy, by zachwycić czytelnika? Sprawdźmy!


„To ja, Klara” jest opowieścią o losach młodej dziewczyny, pochodzącej z domu, w którym brakuje miłości, zrozumienia i zwykłego rodzinnego ciepła. Ten niedostatek uczuć próbuje sobie zrekompensować relacją z przyjacielem Karolem. Jednak chłopak, a później mężczyzna, nie odwzajemnia jej starań. Alkohol, przemoc domowa, a przede wszystkim samotność i czekanie, to właśnie wypełnia młodzieńcze dni Klary. Do tego wszystkiego dochodzą rodzinne sekrety, które popychają dziewczynę do podjęcia decyzji o podróży. Klara rusza do Francji, gdzie zamierza zrozumieć nie tylko to, co spotkało jej rodzinę, ale przede wszystkim, samą siebie.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości autorki. „To ja, Klara” jest jej literackim debiutem, ale gdy go czytałam, na rynku dostępny był już zbiór opowiadań „Niedopowiedzenia”. Zdecydowanie warto mieć to z tyłu głowy, bo wspomniana antologia stanowi świetne uzupełnienie powieści.

Jednak wracając do Klary, jak już wspomniałam na początku, jej losy nie są proste. Chociaż sama książka została napisana w lekki i przystępny sposób, to opisana historia ma swój ciężar. Dziewczyna dorasta w dysfunkcyjnej rodzinie, a relacje jej rodziców dalekie są od modelowych. I to widać! Bo te braki, w połączeniu z desperacką potrzebą miłości, przenosi na swoją relację z Karolem. Ta książka może być więc dobrym przyczynkiem do rozważań, jak sytuacja rodzinna wpływa na wybory miłosne dzieci.

„Do ojca tęskniłam nawet wtedy, gdy był w pokoju obok. O ile miał dobry nastrój, przemieszczał się po mieszkaniu i zdarzało się, że wyłaniał się znikąd, zupełnie jak duch. Denerwował się, kiedy wzdrygałam się, szarpana lękliwą wyobraźnią, a z moich ust wydobywał się przeraźliwy krzyk”.

Autorce dobrze udało się oddać klimat dorastania w dysfunkcyjnym domu. Rozczarowanie rzeczywistością, ale też pewne pogodzenie się z tym, że dobrze nie będzie – miałam wrażenie, że odczuwam emocje Klary i razem z nią dźwigam ciężar codzienności.

Ale to nie wszystko, a w zasadzie dopiero początek. Bo Klara, pomimo braku wsparcia, wciąż szuka odpowiedzi na trapiące ją pytania. Chociaż motywem do wyjazdu jest chęć rozwikłania rodzinnych sekretów, jednocześnie próbuje zrozumieć samą siebie, określić swoją wartość i znaleźć miejsce na świecie, w którym poczuje się dobrze. Nie będzie to jednak łatwe. To nie jest prosta opowieść o odnajdywaniu siebie. Bo Klara, nawet we Francji, spotyka najróżniejszych ludzi. Każdy z nich ma swoje przywary, problemy, czasem ukryte zamiary. Relacje międzyludzkie w tej książce są skomplikowane i dalekie od ideału. Można w nich odnaleźć cienie własnych problemów, obaw lub lęków.

„Twój ojciec wie, co zrobił, i sądzę, że żałuje, a moja matka nie wie. Może dlatego, że jest chora. Każdy dzień może być jej ostatnim. Ale mimo to nie chce mnie widzieć. Kojarzę się jej z życiem, od którego uciekła. Mówi, że bardzo mnie kocha, ale wystarczy jej wiedzieć, że jestem”.

Dużym plusem tej powieści są też opisane miejsca. Szczególnie Francja odgrywa tutaj kluczową rolę. Jeszcze zanim Klara wyjeżdża za granicę, już o niej myśli. Francja w istotny sposób wpływa na jej historię, na decyzje, ale też nadaje ciekawego klimatu opowieści. Pamiętacie czasy, gdy nie każdy miał telefon komórkowy? Kiedy korzystało się z budek telefonicznych? Dla młodszego pokolenia sceny, w których Klarze brakuje impulsów, gdy dzwoni do mamy, mogą być ciekawą lekcją historii.

„Przez cały sierpień żar lał się z nieba, a powietrze w mieście się nie ruszało. W końcu po wielu tygodniach upałów pewnej soboty spadł deszcz, a ja poczułam, że nadchodzi czas zmian”.

Ciekawym wątkiem jest też ogromne pragnienie Klary, by zastać pisarką. Wspomina o tym często, a każde, nawet trudne doświadczenie, jest dla niej pisarskim warsztatem. Z jednej strony jest to bardzo interesujący motyw, z drugiej, zabrakło mi w tym działania. Bo słów jest dużo, ale na razie tylko tych wypowiedzianych, mało napisanych.

Jak już wcześniej wspomniałam, omawiam debiutancką książkę, co z pewnością wpłynęło na tempo opowieści. Można odczuć, że historia ma swoje dynamiczne momenty, które przeplatają się z wolniejszymi fragmentami. Choć nie wszystkie sceny były równie wciągające, to jednak każda z nich wnosi coś do całości. Czasami pojawiały się ciekawe przeskoki czasowe oraz wstawki z przyszłości lub przeszłości, które, choć mogą wprowadzać nieco zamieszania w chronologii, dodają głębi narracji.

Reasumując, „To ja, Klara” to intymna opowieść o dojrzewaniu, samotności i poszukiwaniu własnego miejsca na świecie. Autorka wciąga czytelnika w emocjonalną podróż – od trudnego dzieciństwa w Polsce po pełne nadziei życie w Paryżu. To książka o potrzebie miłości i o tym, jak przeszłość kształtuje nasze wybory. Idealna dla osób, które lubią refleksyjne, psychologiczne historie z nutą nostalgii.

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 16 lutego 2026

Kuszenie – Katarzyna Berenika Miszczuk

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoMięta


Kiedy oferta jest zbyt dobra, żeby była prawdziwa, to wiadomo… że chodzi o siły nieczyste. W „Kuszeniu” nie brakuje ani uroków, ani czarnej magii.


Za każdym razem z przyjemnością sięgam po twórczość Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jednak tym razem skusiła mnie przede wszystkim piękna okładka. Ale nie tylko…


„Kuszenie” to tytuł wydany nakładem Wydawnictwa Mięta. Na jego stronach poznajemy Ewę, dziewczynę pochodzącą z nietypowej rodziny: złożonej z samych kobiet o mocnym charakterze. I Ewa również go ma. Dlatego z dnia na dzień postanawia kupić Mnichówkę, tajemniczy pensjonat położony w małej miejscowości. Cena jest wyjątkowo atrakcyjna, jednak wszystko wskazuje na to, że dom jest opętany. Czy dziewczyna podoła wyzwaniu? I w jakim celu pomaga jej tajemniczy księgowy?


Pierwsza połowa książki to tak naprawdę opowieść o kupowaniu pensjonatu i szukaniu swojego miejsca w małej mieścinie. Będziemy towarzyszyć Ewie, gdy ta zacznie oglądać nieruchomość, ale też próbować zrozumieć co jest przyczyną tak niskiej ceny. Dopiero w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspiesza. Coraz częściej pojawiają się paranormalne sytuacje oraz kwestie, które ciężko wyjaśnić. I muszę przyznać, że o ile wcześniej książka była po prostu dobra, to wraz z większym udziałem metafizyki, powieść zaczęła mi się naprawdę bardzo podobać.



Warto też wspomnieć, że wiele wątków rozwija się w nieoczywisty sposób. Sporo wydarzeń mnie zaskoczyło, a główna intryga ma kilka naprawdę ciekawych zwrotów akcji. Tak samo interesująco prezentuje się rodzina Ewy. Lubię wątki wielopokoleniowe i mam nadzieję, że ten będzie odgrywał większą rolę w kontynuacji.


Mniej oryginalne prezentuje się wątek miłosny. Chociaż jest tam jeden ciekawy wyróżnik, to jednak sam przebieg znajomości był dość przewidywalny. Całe szczęście urozmaica go niewyparzony język głównej bohaterki, która swoimi komentarzami ubarwia wiele sytuacji.


Istotną rolę odgrywa również miejsce akcji. Zarówno lokalny folklor, jak i miejscowi, wszystko to kreuje ciekawy klimat. To, co z pewnością zaskakuje, to połączenie naszych rodzimych wątków z… japońską demonologią. Bardzo udany miks!


„Kuszenie” to książka, której zdecydowanie warto dać się skusić. Przypadnie do gustu osobom, które cenią lekką fantastykę oraz niecodzienne wątki miłosne.


Dominika Róg-Górecka

sobota, 14 lutego 2026

Olo i Awa. Logopedyczna zabawa. Maski – Monika Skikiewicz

#WspółpracaRecenzecnka #MediaRodzina


Książki dla dzieci o codziennych sytuacjach cieszą się ogromną popularnością – i słusznie. Dają maluchom coś w rodzaju bezpiecznego lustra, w którym mogą zobaczyć własne emocje, dylematy i codzienne przygody. To świat znany i bliski, więc łatwo się w nim odnaleźć. Dorośli też na tym korzystają: takie historie pomagają oswajać nowe doświadczenia, rozmawiać o zmianach i budować poczucie sprawczości. A kiedy wszystko jest podane lekko, z humorem i w formie zabawy, czytanie staje się po prostu przyjemnością.



W „Olo i Awa. Logopedyczna zabawa. Maski” przygotowania do balu karnawałowego ruszają pełną parą. Awa marzy o stroju księżniczki, a jej ukochana babcia szyje dla niej suknię ze starej zasłony. Maska – wiadomo – powstaje własnoręcznie, bo Awa świetnie radzi sobie z nożyczkami. Olo z kolei musi przygotować strój wspólnie z kolegami, bo cała przedszkolna grupa dostała od nauczycielki zadanie stworzenia domowych przebrań z dostępnych materiałów. Kartony, bibuła, sznureczki i wyobraźnia – nic tylko brać się za robotę. To prosta historia, ale pełna radości i twórczego zamieszania.

Od pierwszych stron uwagę przyciągają sympatyczni bohaterowie. Olo i Awa mają w sobie naturalność i dziecięcą ciekawość, które sprawiają, że łatwo ich polubić. W tle czuć rodzinne ciepło – babcia szyjąca sukienkę, obecni i wspierający dorośli, przedszkolna atmosfera pełna energii i życzliwości. To ten typ opowieści, który otula i daje poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.




Ilustracje zachowują estetyczny, ale bardzo prosty styl – dużo tu geometrycznych kształtów i wyraźnych, czytelnych form. Choć osobiście preferuję bardziej skomplikowane ilustracje, moja córka jest totalnie kupiona. Rozpoznaje elementy bez trudu, lubi wskazywać i nazywać kształty, a ta prostota jej służy. W efekcie „Maski” regularnie lądują w małych rączkach i szybko trafiają na stos „mama, czytamy to jeszcze raz”.

Sama historia jest krótka, ale angażująca. Fajnie, że równolegle obserwujemy przygotowania zarówno Awy, jak i Olo – dzięki temu opowieść jest uniwersalna i nie wpada w stereotypy. Każde dziecko znajdzie tu coś dla siebie. Dodatkowym smaczkiem jest pewna kwestia taty, subtelny żarcik puszczony w stronę rodziców. Ostatnia scena również ma w sobie tę kropkę nad „i”: jest energiczna, zabawna i sprawia, że po zamknięciu książki od razu ma się ochotę coś wspólnie wykleić.

Wydanie jest miękkie – zarówno okładka, jak i strony. Oznacza to, że w rękach najmłodszych może być narażone na małe „przygody”: zagięcia, ślady paluszków czy odkształcenia. Z drugiej jednak strony taki format ma swoje zalety: książka jest lekka, poręczna i tania, więc nawet jeśli przedszkolak podda ją crash‑testowi, nie boli to tak jak w przypadku droższych, twardych wydań. A treści jest tu naprawdę sporo jak na ten typ publikacji.


Temat jest wyjątkowo na czasie – sezon karnawałowy, bale, przebieranki, kreatywne projekty. To idealna pozycja do przeczytania przed tworzeniem własnego stroju, ale też po zabawie, kiedy emocje jeszcze buzują. Książka świetnie wpisuje się w trend DIY: pokazuje, że nie trzeba kupować gotowego kostiumu, by wyglądać fantastycznie. Wystarczą kartony, nożyczki, trochę fantazji – i można stworzyć coś wyjątkowego. Przy okazji dziecko oswaja słowa, odgłosy, kształty i ruchy, więc logopedyczny element działa tu bardzo naturalnie.

Podsumowując – „Maski” to przyjemna, ciepła i bardzo przystępna cenowo książeczka, która zachęca do kreatywności i wspólnego działania. Ma prostą grafikę, sympatycznych bohaterów, humorystyczne akcenty i sensowną dawkę logopedycznych ćwiczeń przemyconych w zabawie. U nas sprawdza się świetnie – moja córka wraca do niej regularnie, a ja doceniam jej praktyczność i pozytywny przekaz.

A jeśli u Was w domu zaczyna się właśnie gorączka karnawałowych przebrań – koniecznie dajcie znać, jaki strój wygrał w tym roku. Kto wie, może też powstanie z kartonu i bibuły?

Dominika Róg-Górecka

sobota, 31 stycznia 2026

Rodzicielstwo bliskości – Agnieszka Stein

#WspółpracaRecenzencka #Mamania



Pojęcie „rodzicielstwa bliskości” obiło mi się o uszy nie raz – gdzieś między rozmowami na placu zabaw a kolejnymi artykułami zapisanymi „na później”. A jednak wciąż nie do końca wiedziałam, co tak naprawdę kryje się za tym terminem. Kiedy więc w moje ręce trafiła książka Agnieszki Stein z serii „Mamania. Pierwszy kontakt”, byłam spokojna, że znów dowiem się czegoś, co realnie pomoże mi w rodzicielstwie. Według wydawcy autorka stawia przede wszystkim na budowanie bezpiecznej relacji i dbanie o dobrostan całej rodziny – i to od pierwszych stron da się odczuć.



To nie jest typowy poradnik z gotową listą zachowań do odhaczenia. Autorka traktuje rodzicielstwo bliskości jako sposób myślenia – zbiór wartości, w których każdy człowiek, także dziecko, zasługuje na traktowanie jak pełnoprawna osoba. Książka przeprowadza czytelnika przez codzienne sytuacje, pokazując, jak reagować na emocje (zarówno te dziecięce, jak i nasze własne), jak nie dokładać sobie wymagających oczekiwań oraz jak budować relację opartą na szacunku i zrozumieniu. To lektura skierowana szczególnie do przyszłych rodziców i opiekunów maluchów, którzy chcą wychowywać blisko – ale w sposób możliwy do zrealizowania na co dzień. 

Warto zatrzymać się przy samej serii „Pierwszy kontakt”, bo jej założenia idealnie uzupełniają treść książki. To cykl krótkich, przystępnych poradników przygotowanych przez ekspertów, którzy potrafią przekazać wiedzę jasno, merytorycznie i bez zbędnych ozdobników. To publikacje, które mają służyć przez wiele lat – i na początku rodzicielskiej drogi, i później, kiedy pojawią się kolejne pytania. Do tego świetnie sprawdzą się jako prezent dla świeżo upieczonych rodziców: nie przytłaczają, a realnie wspierają.

Najbardziej zaskoczyło mnie, jak wiele elementów rodzicielstwa bliskości stosowałam zupełnie intuicyjnie. Dając mojemu dziecku czas, by rosło w swoim rytmie, częściej działałam zgodnie z filozofią RB, niż sądziłam. Z kolei w chwilach, gdy naciskałam na „modelowe zachowanie”, uświadomiłam sobie, że to raczej presja zewnętrzna niż moje naturalne podejście. Książka jest napisana tak przystępnie i klarownie, że łatwo odnaleźć w niej swoje doświadczenia – i wziąć z niej dokładnie to, czego akurat potrzebujemy. A najważniejsze: autorka nie narzuca metod ani zasad, tylko proponuje życzliwy kierunek i daje poczucie ulgi.

Duże wrażenie zrobił na mnie fragment o emocjach – i to nie tylko tych dziecięcych. Autorka mocno akcentuje, że w rodzicielstwie bliskości opiekun jest równie ważny. Jego potrzeby, zasoby i relacje z innymi dorosłymi mają znaczenie, bo trudno wspierać dziecko, jeśli samemu działa się na rezerwie. To brzmi oczywiście, ale w praktyce często umyka. Książka przypomina, że dbanie o siebie to nie luksus, tylko fundament dobrej relacji z dzieckiem.

Momentami odnosiłam jednak wrażenie lekkiego chaosu – nie zawsze wyczuwałam wyraźny podział na tematy, a narracja bywała bardziej swobodną opowieścią niż uporządkowaną strukturą. Zabrakło mi kilku szczegółowych przykładów, które pozwoliłyby zastosować wskazówki „tu i teraz”. Mam jednak świadomość, że seria „Pierwszy kontakt” jest krótka z założenia – stawia na skondensowaną treść, nie na akademickie rozdziały. 


Dużym atutem książki jest też to, że precyzyjnie opisuje, czym rodzicielstwo bliskości nie jest. Autroka rozprawia się z mitami i nieporozumieniami, pokazując, że RB to nie bezstresowe pozwalanie na wszystko, nie brak granic, ani tym bardziej hodowanie „małego tyrana”. Wydawca podkreśla, że wokół tej koncepcji narosło wiele szkodliwych historii – autorka porządkuje je, przywracając idei właściwe znaczenie. I robi to w sposób życzliwy, rzeczowy i odmitologizowany.

Dla mnie ta książka ma ogromną wartość nie tylko jako poradnik, ale także jako głos w ważnej dyskusji społecznej. Przez lata wychowanie w Polsce krążyło wokół twardych metod, nagród i kar, a „grzeczne dziecko” było celem samym w sobie. Tymczasem autorka pokazuje podejście, które opiera się na relacji, zrozumieniu i realnych potrzebach – nie tylko dzieci, ale całej rodziny. Takie spojrzenie uczy większej uważności, przyzwolenia na niedoskonałość i budowania więzi, które procentują na przyszłość. Moim zdaniem takie podejście naprawdę może wyjść wszystkim na dobre: dzieciom – bo dostają bezpieczną bazę, i dorosłym – bo wreszcie mogą odpuścić perfekcjonizm i działać w zgodzie ze sobą. 

Podsumowując: „Rodzicielstwo bliskości” to ciepła, zwięzła i dająca ukojenie książka, która nie udaje „instrukcji obsługi dziecka”. Miejscami brakuje większej struktury, ale w zamian dostajemy klarowny kompas, który naprawdę ułatwia codzienność. To publikacja, do której można wracać – i z której można brać dokładnie tyle, ile akurat potrzebujemy. Jej założenia w pełni pokrywają się z opisami wydawcy i zapowiedziami serii „Pierwszy kontakt”, które stawiają na praktyczność i przystępność. 

Na koniec zostawiam Ci krótkie zachęcenie: jeśli szukasz książki, która nie ocenia, nie narzuca i nie straszy „jedyną słuszną metodą”, tylko daje wsparcie i zrozumienie – zdecydowanie warto po nią sięgnąć. A jeśli już czytałaś i masz swoje przemyślenia, chętnie o nich posłucham.

Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Książki, które łączą pokolenia – „Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku”


#WspółpracaRecenzencka 




Dzień Babci i Dzień Dziadka to jedne z tych dat w kalendarzu, które same w sobie niosą ogromny ładunek emocji. Zatrzymują na moment codzienny pośpiech i przypominają, jak wielką wartość mają relacje międzypokoleniowe. To dni pełne herbaty pita wolniej niż zwykle, opowieści, które zaczynają się od „a pamiętasz…”, i wspomnień, które – jeśli nie zostaną zapisane – potrafią zniknąć bezpowrotnie. Właśnie dlatego tak bardzo wierzę w sens pielęgnowania historii rodzinnych. Wspomnienia babć i dziadków są jak miękki koc narzucony na nasze życie: dają ciepło, poczucie ciągłości i zakorzenienia. I dokładnie w ten klimat trafiają albumy „Opowiedz mi, Babciu” oraz „Opowiedz mi, Dziadku”.


Czym właściwie są te książki? To nie klasyczne albumy ze zdjęciami ani zwykłe pamiętniki. To przemyślane, prowadzone pytaniami księgi wspomnień, które zapraszają babcię i dziadka do opowiedzenia swojej historii – od dzieciństwa, przez młodość, aż po dorosłe życie i rodzinę. Autorzy nie zostawiają tu miejsca na pustą kartkę bez kontekstu. Każda strona delikatnie prowadzi narrację, podsuwa tematy i pomaga nazwać to, co często trudno ubrać w słowa. Dzięki temu nawet osoby, które na co dzień nie piszą lub niechętnie wracają do przeszłości, dostają bezpieczną, uporządkowaną przestrzeń do wspomnień.



Ogromnym atutem obu albumów jest ich wydanie. To książki solidne, estetyczne i naprawdę dopracowane. Twarda oprawa sprawia, że od pierwszego kontaktu czuć, iż mamy do czynienia z czymś trwałym, a nie jednorazowym gadżetem. Papier jest gruby, przyjemny w dotyku, a całość zaprojektowana tak, by przetrwać lata – dokładnie tak, jak historie, które mają się w nich znaleźć. Układ „Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku” jest bardzo podobny, co daje poczucie spójności i porządku. Po lewej stronie często pojawiają się ciekawostki lub fakty z czasów młodości – realia historyczne, codzienne drobiazgi, elementy, które uruchamiają pamięć. Po prawej natomiast znajduje się miejsce na osobiste wpisy: odpowiedzi na pytania, anegdoty, wspomnienia. Na przykład o tym, jak dziadkowie się poznali, jak wyglądała ich pierwsza praca, czego bali się jako dzieci, co było dla nich ważne.


I tu naprawdę trudno nie powiedzieć: jej, jakie to jest dobre. Wzruszające, mądre i piękne w swojej prostocie. Te albumy mają w sobie ogromny potencjał emocjonalny. Jeśli ktoś zdecyduje się je wypełnić – nie po łebkach, ale z sercem – powstanie pamiątka absolutnie bezcenna. Coś, co po latach wnuczka czy wnuk będą czytać z wypiekami na twarzy. Coś, co pozwoli dzieciom spojrzeć na swoich rodziców w zupełnie innym świetle, bo odkryją ich jako dzieci, młodych ludzi, marzycieli.


Warto jednak powiedzieć uczciwie: to nie są książki „na jeden wieczór”. Pisania jest naprawdę dużo. To proces, który wymaga czasu, skupienia i gotowości do powrotu do przeszłości. Nie każdemu taki sposób spędzania czasu przypadnie do gustu. Dla niektórych może być to wyzwanie, a nawet lekkie obciążenie. Ale właśnie w tym tkwi sens. Te pytania poruszają tematy, o których w codziennym biegu się nie rozmawia. A potem przychodzi moment, gdy jest już za późno i zostaje żal, że nie zapytaliśmy.


„Opowiedz mi, Babciu” i „Opowiedz mi, Dziadku” dają pretekst do rozmów, do wspólnego siedzenia przy stole, do wspominania. Nawet jeśli nie wszystko zostanie zapisane od razu, już samo otwarcie tych albumów może być początkiem ważnych rozmów. Dowiedzą się z nich nie tylko wnuki, ale także dzieci. To piękny most między pokoleniami. Dla mnie to nie tylko książki – to inwestycja w pamięć. I naprawdę warto ją podjąć.


Dominika Róg-Górecka

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Poniedziałki z matchą – Michiko Aoyama

#WspółpracaRecenzencka #WydawnictwoRelacja


Chociaż matcha nie jest moją ulubioną herbatą – a może po prostu nigdy nie piłam jej zaparzonej naprawdę poprawnie – to japońskie książki uwielbiam od dawna. Mają w sobie coś, co trudno znaleźć gdzie indziej: spokój, czułość, uważność na detale. A Michiko Aoyama to autorka, którą cenię szczególnie. W krótkiej formie potrafi zmieścić tyle celnych myśli, że człowiek po lekturze czuje się, jakby wypił nie filiżankę herbaty, ale całą esencję życia. „Poniedziałki z matchą” tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzają.


Fabuła ponownie skupia się wokół Marble Café – miejsca, które raz w miesiącu zamienia się w coś na kształt magicznego zakątka. To właśnie wtedy serwowana jest matcha, intensywnie zielona i pełna energii, która według opisu potrafi „złagodzić ciężar codzienności” i otworzyć drogę do zmian. Do kawiarni trafiają ludzie na życiowych zakrętach: ktoś, kto utknął w pracy, ktoś, kto nie wie, jak ruszyć dalej, ktoś, kto szuka odwagi, żeby zmienić swoje życie. Większość z nich siada przy stoliku, bierze łyk gorącej matchy i zaczyna dostrzegać coś, czego wcześniej nie widział. To nie magia w dosłownym sensie – raczej subtelna zmiana perspektywy, która przychodzi wtedy, gdy wreszcie pozwalamy sobie na chwilę oddechu.

Tak jak w poprzedniej części, również tutaj dostajemy serię opowiadań, które przeplatają się ze sobą w niezwykle satysfakcjonujący sposób. Bohater drugoplanowy w jednym tekście staje się głównym w kolejnym, a ktoś, kto wcześniej pojawił się tylko na moment, nagle odsłania przed nami swoje życie. To świetny zabieg – pozwala spojrzeć na te same sprawy z różnych stron, a jednocześnie buduje poczucie, że wszyscy jesteśmy częścią większej całości. Że nasze historie splatają się ze sobą nawet wtedy, gdy tego nie zauważamy.


Tym razem nie podróżujemy tak dużo jak wcześniej, ale nadal odkrywamy mnóstwo niuansów ludzkiego życia. Aoyama ma niezwykły talent do wyłapywania drobiazgów, które na co dzień nam umykają. Jej spostrzeżenia są trafne, dające do myślenia, ale – co ważne – nie ograniczają się do wywoływania negatywnych emocji. Wiele japońskich książek operuje smutkiem, stratą, samotnością. Tu również pojawiają się trudne tematy, ale autorka robi coś innego: daje nadzieję. Skłania do pozytywnych przemyśleń, pokazuje, że zmiana jest możliwa, nawet jeśli zaczyna się od jednego, niepozornego poniedziałku.

Teksty są krótkie, ale niezwykle treściwe. To sama esencja – mocna i celna niczym matcha. Każde opowiadanie zostawia w czytelniku coś, co jeszcze długo rezonuje. A jednak cały czas zastanawiam się, czy dłuższa forma nie dostarczyłaby jeszcze więcej wspaniałej literatury. Czy nie chciałabym spędzić z tymi bohaterami odrobinę więcej czasu. Ale może właśnie w tym tkwi siła tej książki – w niedopowiedzeniu, w przestrzeni, którą zostawia czytelnikowi.

Bohaterowie są bardzo różni, nieidealni, ale przez to niezwykle charyzmatyczni. Każdy z nich ma swoje słabości, swoje lęki, swoje małe dramaty. I każdy z nich jest przedstawiony z ogromną czułością. Aoyama nie ocenia, nie wyśmiewa, nie moralizuje. Pokazuje ludzi takimi, jacy są – trochę pogubionych, trochę zmęczonych, ale wciąż zdolnych do zmiany.

Uwielbiam też motyw kawiarni i samego Master’a. To postać, która spaja wszystkie opowiadania, choć sam nie jest w centrum uwagi. Jego obecność jest spokojna, niemal medytacyjna. To ktoś, kto nie mówi wiele, ale gdy już coś powie, to trafia w sedno. Kawiarnia staje się dzięki niemu miejscem, do którego chce się wracać – zarówno bohaterom, jak i czytelnikom.

Podsumowując – „Poniedziałki z matchą” to książka, która koi, inspiruje i zostawia w sercu ciepło. Nie jest to lektura, która wywraca życie do góry nogami, ale taka, która delikatnie przesuwa akcenty. Pokazuje, że zmiana może zacząć się od drobiazgu, od rozmowy, od filiżanki herbaty. I że każdy poniedziałek może być początkiem czegoś dobrego.

Jeśli lubisz japońską literaturę, krótkie formy i historie, które zostają z Tobą na dłużej – koniecznie sięgnij po „Poniedziałki z matchą”.

Dominika Róg-Górecka

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates