Featured

wtorek, 31 marca 2026

Idzie Nowe. Manifest na koniec epoki ciszy - Milena Cybulska

#WspółpracaRecenzecnka #Limitless Mind Publishing Ltd 


Są takie momenty, kiedy lubię sięgnąć po coś, co nie jest klasyczną powieścią ani typowym czytadłem na wieczór. Coś, co trochę drapie, trochę zaskakuje, a trochę wywraca oczekiwania na lewą stronę. Właśnie dlatego „Idzie Nowe. Manifest na koniec epoki ciszy” Mileny Cybulskiej przyciągnęło moją uwagę. Już sam opis sugeruje literacki eksperyment – dystopię, która bardziej próbuje poruszyć czytelnika, niż dostarczyć mu linearnej fabuły.


Jeśli chodzi o sam zarys fabuły, ten jest tu właściwie zaledwie cienką nicią, na której autorka zawiesza swoje refleksje. Świat przedstawiony to rzeczywistość zmęczonego pokolenia – zagubionego w technologicznej alienacji, przeciążonego presją produktywności i bombardowanego uproszczonymi komunikatami kultury popularnej. To rzeczywistość, w której „wszystko da się sprzedać”, a człowiek powoli traci autentyczność. W tym świecie ktoś próbuje się zatrzymać, zadać pytania, odzyskać głos. To właśnie punkt wyjścia – fabularna rama, która jednak nigdy nie staje się główną bohaterką książki. 

Bo jest to książka zdecydowanie nietypowa. Autorka skupia się na emocjach, refleksjach i komunikatach, które mają zadziałać jak przystanki na trasie za szybkiego życia. Forma to zlepek manifestów, listów, aforyzmów, strzępów narracji i mocno poetyckich złotych myśli. Recenzenci słusznie zauważyli, że to nie tyle opowieść, ile literacka próba przytrzymania czytelnika za ramię i powiedzenia: „Hej, zatrzymaj się na chwilę”. W wielu miejscach książka przypomina esej w formie emocjonalnych impulsów – ekspresyjnych, momentami surowych. Czy są to refleksje przełomowe? Niekoniecznie. Raczej te, które każdy z nas nosi gdzieś pod skórą: po co tak pędzimy, dlaczego tak trudno nam być „tu i teraz”, czemu tak bardzo boimy się wsłuchać w siebie i innych. Nic odkrywczego – ale jednak potrzebnego. 

Autorka podkreśla, że świadomie stworzyła książkę prawie bez fabuły. I trzeba przyznać: cel osiągnięty. Szanuję odwagę w pisaniu rzeczy nieoczywistych. Ale muszę się przyznać, że moje czytelnicze serce miałoby ochotę na coś innego – na klasyczną dystopię, w której te refleksje stanowiłyby mocne tło. Dlaczego? Bo nawet to szczątkowe wspomnienie świata przyszłości, które autorka jedynie muska, było na tyle interesujące, że obudziło moje apetyty. Ten świat naprawdę dało się poczuć – i szkoda, że nie został szerzej wykorzystany do zbudowania opowieści, która mogłaby mieć siłę jeszcze większej literackiej petardy. 


W efekcie otrzymujemy książkę wartościową, ale też nie w pełni wykorzystującą swój potencjał. Z pewnością może być pretekstem do refleksji, zatrzymania się, spojrzenia na własne życie z innej perspektywy. Mocny język, poetyckość, czasem wręcz sentencyjność – wszystko to sprawia, że tekst budzi emocje i zachęca do podkreślania fragmentów. Ale gdyby była bardziej rozwinięta fabularnie, jej wymowa mogłaby być jeszcze silniejsza i bardziej wielowymiarowa, a całość mogłaby wybrzmieć donośniej niż manifest w próżnię.

Z drugiej strony – może właśnie o to tu chodziło? Może ta książka miała być bardziej doświadczeniem niż historią. Bardziej lustrem niż narracją. I trzeba przyznać: jako literacka prowokacja działa. Można się przy niej zatrzymać. Można się zirytować. Można się zachwycić. Ale trudno przejść obojętnie.

Podsumowując – „Idzie Nowe” to lektura nieoczywista i zdecydowanie nie dla każdego, ale dla wielu osób może stać się pretekstem do przemyśleń. Ja czuję pewien niedosyt, głównie przez niewykorzystany świat przyszłości, który aż prosił się o rozwinięcie. Ale szanuję formę eksperymentu i odwagę, z jaką autorka odrzuca konwencje. To książka, przy której mentalnie nie da się robić niczego „na autopilocie”.

Daj znać – lubisz takie literackie eksperymenty? A może jednak stawiasz na klasyczne formy?

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 26 marca 2026

Co robić, kiedy twój świat się wali – Laura Williams

#WspółpracaRecenzecnka #FeeriaYoung 


Od czasu do czasu lubię sięgnąć po poradnik. Zazwyczaj kończy się na przyjemnej lekturze, która wprowadza chwilowy spokój, ale nie wywraca niczego do góry nogami. Tym razem jednak było inaczej. „Co robić, kiedy twój świat się wali” nie tylko przyciągnęło moją uwagę, ale i całkiem niepostrzeżenie zaczęło zmieniać sposób, w jaki myślę o trudnych momentach.

Autorka, psycholożka kliniczna, prowadzi czytelnika krok po kroku przez zrozumienie, czym jest kryzys – ten nagły, oszałamiający, ale i ten cichy, codzienny, kiedy życie się nie wali, tylko delikatnie sypie. Omawia emocje, mechanizmy obronne, biologiczne i społeczne czynniki dobrostanu, relacje, lęk, wstyd, perfekcjonizm i sposoby odbudowywania poczucia bezpieczeństwa. Dużo tu praktyki: konceptualizacja problemów, mindfulness, regulowanie emocji, realne narzędzia, a nie suche recepty. To bardziej przewodnik niż typowy poradnik – taki, z którym można iść przez najgorsze tygodnie, ale i przez te zwyczajne.

Punktem wyjścia jest osobiste doświadczenie autorki. Williams opowiada o śmierci swojego męża i o tym, jak wygląda moment, w którym jedna wiadomość potrafi zmienić całe życie. Jej opis jest emocjonalny, poruszający, pozbawiony dystansu, który często wybierają autorzy piszący o traumach. To nie jest „teoria z gabinetu”, tylko szczera relacja osoby, która najpierw przeżyła tragedię, a dopiero później opisała to językiem psychologii. I to czuć w każdej części książki.

Jednocześnie – co jest tu ogromnym atutem – ta publikacja jest niesamowicie merytoryczna. Wiele poradników balansuje między lekkimi anegdotami a ogólnymi stwierdzeniami o sile pozytywnego myślenia. Tutaj dostajemy kompetentną, opartą na wiedzy i praktyce psychologicznej treść. Dużo teorii, ale podanej po ludzku. Dużo wyjaśnień, ale bez taniego moralizowania. Właśnie tego mi brakowało: czegoś, co nie tylko pociesza, ale też uczy.

Czy to książka wyłącznie dla tych, którzy mierzą się z traumą? Absolutnie nie. Trauma jest punktem wyjścia, ale treści dotyczą szerokiego spektrum wyzwań. Autorka pisze też o przestymulowaniu, codziennym lęku, trudnościach w relacjach czy przeciążeniu obowiązkami. Teoria, którą przedstawia, jest uniwersalna – przyda się każdemu, kto chce lepiej rozumieć siebie i innych. Bo dobrostan psychiczny, jak wiemy, nie jest zarezerwowany dla wybranych. Powiedziałabym wręcz, że to obowiązek społeczny, żeby od czasu do czasu zajrzeć w siebie głębiej niż tylko do zakładki „muszę zrobić na jutro”.

Książka łączy empatię z nauką, delikatność z konkretami. Nie ocenia. Nie narzuca. Nie udaje, że ból można wyłączyć jak aplikację w telefonie. Zamiast tego pozwala zrozumieć, że odwaga i kruchość mogą współistnieć, a słabość nie jest przeciwieństwem siły – raczej jej innym obliczem. I to jest piękne odkrycie.

Podsumowując: „Co robić, kiedy twój świat się wali” to poradnik, który naprawdę robi robotę. Pomaga, uczy, uspokaja i pokazuje, że nawet największy kryzys da się przejść, jeśli tylko pozwolimy sobie poczuć to, co i tak już czujemy. Jest to książka wartościowa, mądra i napisana z niezwykłą uważnością.

Jeśli szukasz lektury, która nie tylko pogłaszcze po głowie, ale też da Ci narzędzia do zrozumienia siebie – sięgnij po tę książkę. A potem wróć do mnie i powiedz, czy Ty też poczułaś, że ktoś wreszcie napisał poradnik, który naprawdę ma sens.

Dominika Róg-Górecka

sobota, 21 marca 2026

Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią – Takuya Asakura

#WspółpracaRecenzecnka #HarperCollins 


Ostatnio japońskie klimaty mają swoje pięć minut – i to nie tylko w kuchni czy designie, ale też w literaturze, która coraz chętniej korzysta z jednego fantastycznego motywu jako klucza do rozmowy o emocjach. Pojawia się odrobina magii, a potem powoli rozsupłuje się z niej opowieść o żałobie, winie, pamięci i tym, co niepowiedziane. „Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią” dokładnie tak działa: nie epatuje cudownością, tylko wykorzystuje ją, by delikatnie oświetlić to, co ludzkie i kruche.


Fabuła jest prosta, ale bardzo nośna. Gdzieś na granicy światów istnieje księgarnia, która pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś naprawdę jej potrzebuje. Prowadzi ją Sakura – tajemnicza, powściągliwa właścicielka – wraz z trójkolorową kotką Kobako. Do tego miejsca trafiają bohaterowie dźwigający ciężary, z którymi od dawna nie potrafili sobie poradzić: ktoś po stracie, ktoś z niedopowiedzeniem, ktoś z żalem, który nie daje spać. Każdy z nich wychodzi stamtąd z książką, która nie odpowiada na pytanie „czego szukasz?”, lecz „czego potrzebujesz”. I właśnie w tym tkwi cały urok.

Wątek samej księgarni jest naprawdę interesujący. Choć – jak to często bywa w takich historiach – dopiero ostatnie opowiadanie odsłania najwięcej szczegółów. Pomysł nie jest rewolucyjny, ale w morzu podobnych „miejsc‑magnesów”, które ostatnio przewinęły mi się przez ręce, ten wyróżnia się subtelnością. Zwłaszcza że, aby w ogóle do księgarni trafić, musi zadziać się kilka warunków, a spotkanie z Sakurą staje się czymś na pograniczu przypadku i przeznaczenia.

Każde z opowiadań porusza inny życiowy temat, a jednak wszystkie łączą się w jedną całość dzięki księgarni i jej nieuchwytnemu rytmowi. Podoba mi się też, jak ważną rolę grają tu książki – nie tylko jako rekwizyty, lecz jako żywy dialog z klasyką. Bohaterowie nie tyle czytają konkretne tytuły, ile wchodzą z nimi w rezonans. Dzięki temu powieść zyskuje dodatkową warstwę: to nie tylko historia o ludziach, ale też o tym, jak literatura zapuszcza korzenie w naszych doświadczeniach.


Klimat jest typowo japoński – powściągliwy, wyważony, a jednocześnie bardzo emocjonalny. W niewielu słowach mieści się tu dużo milczenia, tęsknoty i tego specyficznego „ale jednak”. Najmocniej wybrzmiała we mnie opowieść o dwóch siostrach, które inaczej zapamiętały to samo wydarzenie. Ta historia nie krzyczy – ona delikatnie skrzypi gdzieś pod żebrami, jak stare wspomnienie, którego nikt nie chce poruszać, ale które domaga się wysłuchania.

Zaskoczyła mnie też sama Sakura. W większości tego typu historii kustoszka magicznego miejsca jest urocza, ciepła, niemal nadprzyrodzenie serdeczna. Tutaj – nic z tych rzeczy. Sakura jest powściągliwa, cicha, a momentami wręcz nieprzystępna. Nie buduje atmosfery „miłego sklepiku”, tylko stawia swoich gości przed ich własnymi emocjami. I to właśnie ta oszczędność, a nie cukierkowość, dodaje całości charakteru.

Okładka? Cudo. Naprawdę. Pastelowa, miękka, subtelna – i dokładnie taka, jakiej ta historia potrzebuje. Już samą ilustracją obiecuje spokój, chwilę oddechu i to specyficzne poczucie, że zaraz wejdziemy do świata, który rozumie ciszę lepiej niż słowa.

Podsumowując: „Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią” to książka, która mieści się w modnym trendzie japońskich comfort‑powieści, ale jednocześnie nie tonie w tłumie. To cztery oszczędne, pięknie złożone opowieści o ludziach, którzy muszą przestać uciekać przed przeszłością. Zero tanich wzruszeń, za to dużo czułych, mądrych momentów.

„Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią” to jest książka jak spokojny poranek, w którym po raz pierwszy od dawna nic Cię nie goni. Nie musisz od razu się w niej zakochać, ale bardzo możliwe, że poczujesz ulgę, kiedy zamkniesz ostatnią stronę. I jeśli masz w sobie gotowość na trochę refleksji – naprawdę warto po nią sięgnąć.

Dominika Róg-Górecka

piątek, 20 marca 2026

Testujemy HIPP!

#współpracareklamowa @hipp.polska 


Moja mała córeczka od zawsze była typowym niejadkiem – wszystko trzeba było podawać po kilka razy, w różnych formach, w różnych humorach… aż tu nagle przyszła do nas paczka od HiPP Polska i postanowiłyśmy dać szansę ich produktom BIO. I wiecie co? Było warto! 😍


Największym zaskoczeniem okazało się spaghetti z pomidorami i mozarellą BIO – zniknęło szybciej, niż zdążyłam zrobić zdjęcie. 🍝✨ Penne z warzywami też poszło naprawdę nieźle, a owocowe desery i tubki mamy już wpisane na listę „ratunkowych przekąsek” na spacery.



Jako mama wiecznego smakowego sceptyka mogę powiedzieć jedno – kilka z tych przysmaków zdobyło jej prawdziwe uznanie. A to u nas duży sukces! 💛


A jak jest u Was – czy Wasze maluchy lubią produkty HiPP?

#bioodpokoleń #bobaslubiwybor #smakiodhipp #hipppolska #rozszerzaniediety #trnd

wtorek, 17 marca 2026

Jak znaleźć szczęście? – Mojo Graff

#WspółpracaRecenzencka #MojoGraff 




Jedną z pierwszych książek, jakie dostała moja córeczka z okazji narodzin, były „Jesteś wyjątkowa” i „Kocham cię” autorstwa Mojo Graffi Katarzyny Bielińskiej. Pokochałyśmy twórczość tej Pani całym sercem – ten ciepły styl, miękką kreskę i to uczucie, że ilustracje przytulają czytelnika, po prostu robią swoje. Nasza biblioteczka szybko wzbogaciła się o kolejne tytuły, a gdy okazało się, że będę mogła zrecenzować najnowszą książkę. Dlatego, gdy dowiedziałam się, że będę mogła zrecenzować „Jak znaleźć szczęście?”, bardzo się ucieszyłam.


Fabuła koncentruje się na czwórce przyjaciół, którzy – jak to często bywa w życiu – mają zupełnie różne wyobrażenia o tym, co właściwie daje szczęście. Każdy widzi idealny świat po swojemu, więc nic dziwnego, że szybko pojawiają się sprzeczki. Kiedy nadarza się możliwość wypowiedzenia życzenia, bohaterowie mogą wreszcie sprawdzić, jak wyglądałby ten ich wymarzony, perfekcyjny świat. Sęk w tym, że to, co zachwyca jednego, zupełnie nie odpowiada drugiemu, a kolejne życzenia wcale nie poprawiają sytuacji – wręcz przeciwnie, wszystko robi się jeszcze bardziej poplątane. W efekcie przyjaciele muszą działać razem, żeby odwrócić skutki swoich pragnień i odkryć, że różnorodność to wcale nie wada, a ogromna siła, bo każdy ma w sobie coś, co pozwala pokonać przeszkody i budować piękny, pełen barw świat.

O jej! Jaka ta książka jest piękna! W literaturze dla najmłodszych bywa różnie – czasem ilustracje są bardzo proste, symboliczne, mocno „pod malucha”. Rozumiem, że to ma swój cel, ale kiedy dostaję do rąk książkę tak wizualnie dopieszczoną jak „Jak znaleźć szczęście?”, nie mogę wyjść z podziwu. Te obrazy wciągają! Są jednocześnie pełne czułości i dynamiczne, jakby miały zaraz wyskoczyć z kartki i wskoczyć do naszego salonu. A do tego te błyszczące elementy na okładce… no uwielbiam! Widać tu charakterystyczny styl Mojo Graffi – słodki, dopracowany, pełen detali, a jednocześnie naturalny i miękki. Ilustracje stanowią ogromną część doświadczenia tej książki.


Sama myśl przewodnia jest niezwykle mądra i stanowi świetny punkt wyjścia do rozmów z dziećmi. Autorka pięknie pokazuje, że szczęście nie jest jedną uniwersalną receptą, lecz czymś zupełnie subiektywnym – czasem nawet sprzecznym między różnymi osobami. Bohaterowie odkrywają, że to, co jednego uszczęśliwia i zachwyca, drugiemu może zupełnie przeszkadzać. W dodatku jest tu też ważny motyw współpracy, bo przecież tylko razem można naprawić konsekwencje pochopnych życzeń. To prosta, ale bardzo trafiona lekcja: różnimy się po to, by się uzupełniać, a nie by stawiać mur między sobą.

Chociaż tematem przewodnim jest różnorodność, to mnie absolutnie zachwyciła ostatnia scena. Okazuje się bowiem, że zwykły dzień – identyczny jak ten z pierwszej strony, wcześniej uznany za nudny i mało satysfakcjonujący – to tak naprawdę kwintesencja szczęścia. Dla bohaterów to odkrycie, które zmienia wszystko, a czytelnik może jedynie pokiwać głową, bo… my, dorośli, też tego nieustannie się uczymy. Ile razy doceniamy coś dopiero, gdy to stracimy? Piękny pretekst, żeby porozmawiać o wdzięczności i o tym, że szczęście często leży tuż pod nosem, tylko trzeba je zauważyć.

Tempo akcji jest wyjątkowo dynamiczne jak na książkę dla maluchów. Dzieci nie będą tu wyłącznie oglądać obrazków, ale z zainteresowaniem śledzić kolejne zwroty akcji – życzenia, ich konsekwencje, próbę naprawienia sytuacji. Bohaterowie się nie nudzą, a czytelnik wraz z nimi. To jedna z tych historii, które można czytać wiele razy i za każdym razem dostrzec coś nowego.


A bohaterowie! Jest ich całkiem sporo, ale każdy ma swój charakter i małą „iskierkę wyjątkowości”, która wzbudza sympatię. Ich różne temperamenty świetnie ukazują, jak odmienne można mieć potrzeby i marzenia. Dzięki temu książka jest też bardzo inkluzywna – dziecko może z łatwością zidentyfikować się z jedną z postaci.

Podsumowując – „Jak znaleźć szczęście?” to piękna, mądra, wizualnie obłędna książka, która rozwija, wzrusza i zachwyca. Idealnie trafia w emocje najmłodszych (i tych starszych też!), a przy okazji otwiera drzwi do naprawdę wartościowych rozmów. To tytuł, który chce się mieć na półce na stałe, bo przypomina o sprawach prostych, ale fundamentalnych: że szczęście nie zawsze oznacza fajerwerki, a różnice między nami mogą tworzyć coś pięknego.

Jeśli więc szukacie historii, która nie tylko zachwyci oczy, ale też poruszy serce, to „Jak znaleźć szczęście?” będzie strzałem w dziesiątkę. A jeśli macie ochotę na więcej takich wartościowych, ciepłych tytułów, koniecznie sięgajcie po kolejne książki Mojo Graffi – naprawdę warto!

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 12 marca 2026

Tydzień, zanim umrę – Seo Eun-chae

#WspółpracaRecenzencka #Znak 


Ta książka mnie zaskoczyła – najpierw negatywnie, potem pozytywnie, i to bardzo. „Tydzień, zanim umrę” otworzyłam z oczekiwaniem miękkiej, kojącej lektury w klimacie cosy – a dostałam początek, który pachniał młodzieżówką z mocnym akcentem romantyczno‑metafizycznym. Przez moment pomyślałam: dlaczego wszyscy się tym tak zachwycają. A jednak – gdy fabuła ruszyła, coś zaskoczyło. Opowieść, która miała być lekką pociechą na wieczór, wciągnęła mnie w rozważania o stracie, winie i tym, jak odzyskuje się własne życie, kiedy kalendarz odlicza ostatnie dni. To wstęp, który nie obiecuje cudów – ale potem je ofiaruje.



Hee‑wan żyje w cieniu żałoby po Nam‑u – chłopaku, którego kochała jeszcze zanim zdążyła powiedzieć to na głos. Sześć lat po jego śmierci spotyka go na ulicy, jakby nic się nie stało. Tyle że wszystko się stało – według dawnej opowieści Śmierć przychodzi w postaci ukochanej osoby, a to spotkanie znaczy jedno: pozostał tydzień. Ten prosty koncept otwiera całą sekwencję małych i większych rzeczy, które „trzeba jeszcze zrobić” – kino, gwiazdy, wyjazd, te wszystkie listy, których normalnie nie piszemy, bo wydaje nam się, że mamy czas. Brzmi to jak klasyczna historia o drugiej szansie – ale szybko okazuje się, że tu „druga szansa” nie polega na cofaniu zegara, tylko na odważnym spojrzeniu w to, od czego się uciekało. Każda ich wspólna chwila jest jednocześnie listem do przeszłości i ćwiczeniem z przyszłości, której być może nie będzie – i właśnie to napięcie trzyma w lekturze najmocniej.

I czym byłam zaskoczona najbardziej? Na początku spodziewałam się typowej literatury cosy – ciepła, przewidywalna, miła w dotyku jak kocyk. Pierwsze rozdziały podkręciły tę intuicję, a mój optymizm szybko opadł, bo wyglądało, jakby historia chciała oprzeć się na jednym chwycie. Aż do momentu, w którym wchodzi inny narrator. Potem kolejny. I nagle – klik. Ta sama historia zaczyna wybrzmiewać inaczej. Wieloperspektywiczna konstrukcja okazała się strzałem w dziesiątkę. Nagle każdy wybór ma długie dno, każde niedopowiedzenie inny ciężar, a osoby stojące dotąd na dalszym planie dostają prawo głosu. Zmienia się nie tylko ton – zmienia się wymowa. Z „ładnej opowiastki o żałobie” robi się opowieść o odpowiedzialności, o tym, jak nasze małe gesty układają się w czyjąś wielką historię. W moim przypadku to był moment, gdy z ciekawości zrobiło się autentyczne zaangażowanie.

Narracja jest oszczędna, ale nie sucha – z tych, które w kilku linijkach potrafią narysować całą scenę i jeszcze zostawić miejsce na ciszę. Zdania są celne, dialogi pracują bez nadmiarowego melodramatu, a obrazy – choć proste – mają dobrą nośność. Czyta się szybko, a mniej więcej od połowy – wręcz błyskawicznie. Każda nowa perspektywa obiecuje kolejny puzzel do ułożenia i trudno nie wpaść w rytm „jeszcze jeden rozdział”.


Wątek fantastyczny bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Myślałam, że będzie tylko pretekstem – eleganckim, ale jednak dekoracyjnym. Tymczasem legenda o Śmierci w ukochanej postaci okazuje się żywym mechanizmem fabuły – czymś, co porządkuje emocje i stawia trudne pytania. Czy prawo do „spokojnego odejścia” może stać w konflikcie z prawem do miłości? Czy pamięć jest schronieniem czy ciężarem? Czy odwaga to powiedzenie „tak”, czy może umiejętność powiedzenia „dość”? Ten realizm magiczny jest tu jak dobrze dobrany filtr – nie przykrywa rzeczywistości, tylko wydobywa jej fakturę. Nie ma nadmiarowych wyjaśnień, nie ma też fabularnych skrótów na koszt sensu – wszystko jest rozpisane tak, by nadnaturalność oświetlała najzupełniej ludzkie wybory.

Okładka to osobny, piękny temat. Pastelowa paleta i delikatne, lekko zamglone tło wprowadzają atmosferę wspomnienia – jakbyśmy patrzyli na kadr, który dopiero próbuje się wyostrzyć. Typografia jest miękka, z oddechem – nic tu nie krzyczy, wszystko sugeruje. Jeżeli okładki bywają obietnicą tonu, to ta obiecuje dokładnie to, co dostajemy w środku – melancholijną czułość zamiast patosu, subtelność zamiast dekoracyjnej przesady. To jedna z tych okładek, które chce się mieć na wierzchu, bo pracują także po lekturze – przypominają, że intymność da się narysować kolorem i światłem.

Co jeszcze? Cieszy mnie konsekwencja w rysunku postaci – nawet jeśli nie wszyscy bohaterowie dostają tyle czasu antenowego, ile bym sobie życzyła, to każdy ma swój mały łuk, swoją wewnętrzną logikę i swój język. Podoba mi się, że autorka nie ucieka od tematów winy i żalu, ale też nie ugniata ich w łzawy dramat. Mamy sporo drobnych, czułych scen, które wybrzmiewają nie dlatego, że są „wielkie”, tylko dlatego, że są prawdziwe – rozmowa na krawędzi milczenia, gest zrobiony „tak po prostu”, spojrzenie, które mówi więcej niż deklaracja.

Podsumowując – zaczęłam z myślą, że to będzie „miła rzecz na wieczór”, po kilku stronach nabrałam wątpliwości, a skończyłam z przekonaniem, że mam przed sobą dobrze pomyślaną, czule napisaną powieść o odzyskiwaniu siebie. Wielogłos nadaje jej głębię, fantastyka działa jak soczewka, a tempo – choć nie sprintem od pierwszej strony – od pewnego momentu samo niesie. Finał jest satysfakcjonujący bez taniego szantażu emocjonalnego – zostawia w środku spokój, który nie zaprzecza bólowi, ale pozwala go unieść. Dla mnie to jedna z tych historii, które jeszcze chwilę rezonują po zamknięciu książki – wraca się do nich nie po sensację, tylko po szept.

Jeśli na starcie też pomyślicie „to chyba nie dla mnie”, dajcie „Tygodniowi…” kilka rozdziałów na zmianę zdania!

Dominika Róg-Górecka

sobota, 7 marca 2026

Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień – Yuta Takahashi

#WspółpracaRecenzencka #Rebis 


Japońskie cozy książki mają w sobie coś, co niezmiennie mnie intryguje – przyjemny klimat, historie utkane z cichych emocji oraz ten jeden, oryginalny motyw, który spaja całość niczym wstążka przewiązująca prezent. To literatura, która otula, zamiast potrząsać czytelnikiem. Dlatego gdy sięgnęłam po „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień”, liczyłam dokładnie na ten zestaw: kojący nastrój, subtelną magię i opowieści, które zostaną ze mną na dłużej. Czy znalazłam tu to wszystko? W dużej mierze tak – choć z drobną gwiazdką.



Fabuła dzieli się na kilka historii, a każda zaczyna się tam, gdzie emocje bohaterów stają się zbyt ciężkie, by dźwigać je samotnie. Kotoko wciąż nie może otrząsnąć się po nagłej śmierci brata. Taiji nosi w sobie żal za słowa, których nie zdążył cofnąć. Yoshio nie potrafi pogodzić się z odejściem żony, która była dla niego całym światem. Każde z nich trafia do restauracji Chibineko – miejsca równie niepozornego, co niezwykłego. To tam, dzięki wyjątkowym potrawom przygotowywanym przez Kaia i jego matkę, dostają ostatnią szansę, by porozmawiać z kimś, kogo już nie ma. Brzmi jak magia? Bo właśnie tak to działa.

Najważniejszym motywem jest sama restauracja – delikatny łącznik między wszystkimi opowieściami. Choć losy bohaterów są pozornie różne, łączy je wspólne doświadczenie straty i potrzeba domknięcia pewnych spraw. Kuchnia Chibineko działa jak pomost między tym, co już minęło, a tym, co wciąż wymaga wypowiedzenia. Najmocniej wybrzmiała dla mnie trzecia historia: krótka, ale rozpięta na całe życie. To właśnie ta perspektywa sprawia, że staje się najbardziej poruszająca – i najbardziej skłania do refleksji o tym, co w życiu faktycznie najważniejsze.

Narracja jest lekka, ale nie ulotna; emocjonalna, ale bez popadania w melodramat. Nazwałabym ją przezroczystą – nie stara się błyszczeć bardziej niż sama opowieść. Dzięki temu wchodzimy w emocje bohaterów naturalnie, bez literackich fajerwerków, które mogłyby odwracać uwagę. Taki styl idealnie pasuje do opowieści o żałobie, czułości i poszukiwaniu spokoju.

Ogromnym atutem są opisy dań – egzotyczne, pachnące, pełne detali, których polski czytelnik raczej na co dzień nie doświadcza. Każdy rozdział otwiera krótkie kulinarne wprowadzenie, a później potrawy pojawiają się ponownie na kartach historii, często jako nośniki wspomnień. Uwielbiam takie elementy, bo pozwalają zanurzyć się w japońskiej codzienności: w smakach, drobnych rytuałach, nawet w niuansach języka. Nawet znaczenie nazwy restauracji staje się tu małą literacką perełką.

Skoro już o niej mowa – sam pomysł restauracji jest naprawdę wdzięczny. Jej geneza, zasady działania i funkcja, jaką pełni w życiu bohaterów, stanowią świetny fundament dla opowieści. To miejsce z pogranicza magii i realizmu, ale podane z takim minimalizmem, że łatwo uwierzyć w jego istnienie.

A jednak… unosi się nad całością drobny cień wtórności. Jeśli czytaliście „Zanim wystygnie kawa”, natychmiast zauważycie podobieństwa: rozmowy z osobami, których już nie ma, czas ograniczony temperaturą serwowanego dania, melancholijny ton historii. Do tego dochodzi lekko kulinarny charakter opowieści, który przywołuje na myśl niektóre inne japońskie tytuły. Gdybym tych książek nie znała, „Chibineko” pewnie zrobiłoby na mnie większe wrażenie. A tak miałam nieodparte poczucie, że to wszystko już gdzieś było – choć nadal czytało się to przyjemnie. Na szczęście ostatnia historia ratuje całość, zostawiając człowieka z miękkim, spokojnym westchnieniem.

Podsumowując: „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” spełnia większość założeń tego, co w japońskiej literaturze otulającej lubię najbardziej. Jest klimatycznie, subtelnie, trochę magicznie i bardzo kulinarnie. Choć zdarzają się momenty przewidywalne, książka i tak potrafi poruszyć, szczególnie wtedy, gdy mówi o tym, co najtrudniejsze, a jednocześnie najbardziej uniwersalne.

Jeśli macie ochotę na melancholijną, spokojną opowieść z japońskim smakiem – warto zajrzeć do „Chibineko”. A gdy skończycie, koniecznie dajcie znać, które z literackich dań skradło Wasze serce.

Dominika Róg-Górecka

czwartek, 5 marca 2026

K-Pop Academy: Klątwa świateł – Mina Finch

#WspółpracaRecenzencka #Jaguar 


To już drugi tom serii „Klątwa świateł” i ponowne spotkanie z pełnym energii światem K‑Pop Academy. Pierwsza część była wdzięczną mieszanką lekkości, humoru i błyskawicznie wciągającej narracji, która działała jak idealny reset po długim dniu. Niosła w dodatku sporo pozytywnych wartości podanych w sposób tak delikatny, że trafiały do odbiorcy niemal mimochodem. Nic dziwnego, że pojawiło się pytanie: czy kontynuacja przyniesie coś świeżego, czy raczej okaże się powtórką, choć wciąż przyjemną, dobrze znanego schematu.


Fabuła drugiego tomu koncentruje się na Nari, jednej z głównych bohaterek. Jak co roku, akademia wybiera uczennicę do prestiżowego występu „Świetliste Solo”, nad którym od dawna krąży złowroga legenda o klątwie odbierającej głos zwyciężczyni. Kiedy wybór pada na Nari, presja natychmiast rośnie, a lęki bohaterki zaczynają przybierać prawdziwy kształt – demony cienia wykorzystują każdą jej wątpliwość. Atmosfera w grupie AURA zaczyna się zagęszczać, a jednocześnie pojawia się boysband VORTEX, który ma ogromny wpływ na dalszy bieg wydarzeń. Sam występ staje się więc czymś więcej niż pokazem talentu – urasta do rangi próby charakteru i walki o jedność całej szkoły.

Wszystko to, co tak dobrze działało w pierwszej części, wraca również tutaj. Narracja jest lekka, płynna i pełna energii, bohaterki nadal mają w sobie tę młodzieńczą radość i naturalność, a fabuła potrafi zaangażować od pierwszych stron. Nie brakuje też znanych i lubianych elementów związanych z koreańską kulturą oraz jedzeniem, które ponownie działają jak smaczna przyprawa do historii  – niby drobny detal, a jednak nadaje całości wyjątkowego klimatu.


Tym razem jednak skupię się na tym, co różni drugi tom od pierwszego. Przede wszystkim zmienia się model walki ze złem. Zamiast klasycznej konfrontacji z demonami pojawia się motyw klątwy, bardziej psychologiczny i subtelny, bazujący na emocjach i presji. To zmiana na plus – dodaje historii głębi i świeżości. Ważny występ oraz obecność innej grupy muzycznej rozszerzają z kolei świat przedstawiony i pozwalają wejść odrobinę głębiej w realia K‑Pop Academy.

Nie zabrakło jednak drobnego minusu. W pewnym momencie bohaterki mają przerwę od szkolnych obowiązków i wracają do domów. Hana zapowiada, że będzie pomagać rodzicom, co brzmi jak świetna okazja, by zajrzeć w jej życie rodzinne. Tymczasem ten wątek rozpływa się w powietrzu – brakuje choć jednej sceny, która pokazałaby tę obiecywaną codzienność. Szkoda, bo mogło to być naprawdę ciekawe uzupełnienie portretu bohaterki.

Zdecydowanie na plus wyróżnia się natomiast stopniowe rozwijanie wątku nowej członkini grupy. Autorka daje dyskretne sygnały, buduje napięcie, ale nie odsłania od razu wszystkich kart. To jeden z tych elementów, które sprawiają, że ma się ochotę natychmiast sięgnąć po kolejny tom – zapowiada się bowiem, że najlepsze dopiero nadejdzie (szkoda, że jeszcze nie jest wydany po polsku!).

Druga część sprawia wrażenie dojrzalszego i lepiej wyważonego. Tempo pozostaje żywe, ale już nie tak gwałtowne jak wcześniej, co pozwala bohaterkom bardziej wybrzmieć. Lekkość opowieści współgra tu z tematem presji, lęku i odwagi, tworząc historię, która bawi, ale też coś po sobie zostawia. Świat akademii wciąż przyciąga swoim blaskiem, a dynamika relacji między bohaterkami działa wyjątkowo naturalnie.

Podsumowując – „Klątwa świateł” to bardzo udana kontynuacja. Zachowuje urok pierwszego tomu, dodając jednocześnie nowe elementy, które wzbogacają serię. Czyta się to szybko, przyjemnie i z uśmiechem, a jednocześnie ma się poczucie, że historia idzie w ciekawym kierunku.

Zakończenie pozostawia apetyt na więcej, a emocje związane z występem tylko potęgują poczucie, że kolejny tom musi przynieść naprawdę mocne wrażenia. Idealna propozycja dla wszystkich, którzy lubią lekkie, ciepłe opowieści z iskrą i muzycznym rytmem w tle – seria niewątpliwie jeszcze pokaże, na co ją stać.

Dominika Róg-Górecka

wtorek, 3 marca 2026

K-Pop Academy: Scena cieni – Mina Finch

#WspółpracaRecenzencka #Jaguar 


Koreańska popkultura szturmem zdobyła serca odbiorców na całym świecie – od k‑drama, przez k‑pop, aż po lekkie, przygodowe serie dla młodszych czytelników. Ostatnio dzieci (i nie tylko!) zachwycają się „k‑popowymi łowczyniami demonów”, więc nic dziwnego, że w tym duchu powstała młodzieżowa seria „K‑Pop Academy”. Pierwszy tom nosi tytuł „Scena cieni” i już sama koncepcja – elitarna szkoła dla przyszłych idolek, w której czają się mroczne byty – zapowiada świetną zabawę.



To rzeczywiście pierwszy tom cyklu. Poznajemy w nim Hany Kim, dwunastolatkę, która właśnie dostała stypendium do najbardziej prestiżowej akademii k‑popu. Na miejscu czekają ją intensywne treningi, rywalizacja, nowe przyjaźnie, a przede wszystkim… „cienie”, czyli mroczne stworzenia żywiące się strachem uczniów. Wraz z nieśmiałą Nari i przebojową Tae Hana staje do walki zarówno z fantastycznymi demonami, jak i z tymi znacznie bardziej ludzkimi – wątpliwościami i tremą.

Przy tej książce bawiłam się dosłownie świetnie! To było odświeżające doświadczenie – w dużej mierze dzięki sympatycznym, wdzięcznym bohaterkom. Z radością obserwowałam, jak autorka konsekwentnie promuje wartości takie jak dobro, współpraca i lojalność. Wreszcie trafiłam na młodzieżówkę, w której nie trzeba cynizmu, by historia była angażująca. Jeśli takie książki czyta dziś młodsze pokolenie, to ja chyba muszę dołączyć do tego czytelniczego klubu. Zdecydowanie odpoczęłam od prozy „tylko dla dorosłych”.

Same przygody są naprawdę ciekawe – szkolna codzienność przeplata się z walką z demonami, tworząc naturalny, równy rytm. Bohaterki rozwijają się jednocześnie na dwóch płaszczyznach: scenicznej i fantastycznej. Choć muszę przyznać, że tego pierwszego trochę mi brakowało – lekcje, treningi, zakulisowe szczegóły akademii pojawiają się raczej we wzmiankach. A przecież to taki wdzięczny temat! Chętnie zajrzałabym do grafiku zajęć Hany i zobaczyła więcej realizmu świata idolskich przygotowań.


Pomysł na walkę z demonami jest wyjątkowo udany. Starcia z cieniami są pomysłowe, energetyczne, a jednocześnie niosą subtelny przekaz o lęku, presji i niepewności. Każda scena ma w sobie jakiś drobny błysk – nieoczywisty ruch, ciekawą zdolność którejś z dziewczyn, symboliczne mrugnięcie. To dzięki temu książkę czyta się z taką przyjemnością.

Narracja jest bardzo przystępna – lekka, pełna humoru, rytmiczna. Rozdziały krótkie, tempo zgrabne, dialogi naturalne. To nie jest książka, która aspiruje do literackiej powagi – i bardzo dobrze! Daje frajdę, odpręża, a przy tym pozostawia po sobie ciepłe uczucie, jak po dobrze spędzonym popołudniu.

Czy są wady? Jasne – to książka adresowana do młodszego odbiorcy. Bohaterki mają dwanaście lat, a więc konstrukcja fabularna jest uproszczona, momentami naiwna. I tak, po raz kolejny „to nastolatki muszą ratować świat przed demonami”. Brzmi znajomo? Owszem. Ale to część konwencji – a w tej historii działa, bo łączy się z tematem odwagi, talentu i pierwszych przyjaźni. Jedyne, czego faktycznie mi zabrakło, to większej liczby momentów wewnętrznej walki Hany – decyzja o stawieniu czoła cieniom pojawia się zbyt szybko.

Na końcu… koreańskie przysmaki! Choć „Scena cieni” nie epatuje kulinariami, każda nawet najmniejsza wzmianka o jedzeniu działa jak impuls do natychmiastowego głodu. Wspomnienia o pikantnych przekąskach, słodkich bułeczkach czy aromatycznych zupach robią atmosferę absolutnie nie do podrobienia. Koreańska kuchnia ma w sobie coś niewiarygodnie przytulnego i energetyzującego jednocześnie – swoisty „comfort food”, który idealnie współgra z vibem całej historii. Gdy tylko pojawia się w tle, świat książki ożywa jeszcze bardziej: staje się cieplejszy, bardziej kolorowy i… smaczniejszy. Jestem absolutnie zakochana w tym aspekcie – i błagam, niech w kolejnych tomach będzie go jeszcze więcej!

Podsumowując: „Scena cieni” to świetny start serii – ciepły, energiczny i pełen wyobraźni. Idealny dla młodszych czytelniczek, które marzą o scenie i przyjaźniach rodzących się mimo presji, ale też dla starszych, którzy szukają lekkiej, poprawiającej nastrój historii.

Na koniec: polecam z całego serca! Jeśli lubicie k‑popową estetykę, mieszankę szkolnego życia i fantastyki oraz opowieści o odwadze – sięgnijcie koniecznie. A jeśli przeczytacie, wróćcie i napiszcie, która scena walki była Waszą ulubioną oraz jakie jedzenie dodalibyście do fabuły. Chętnie podyskutuję!

Dominika Róg-Górecka

sobota, 28 lutego 2026

Stalowe skrzydła – Angelika Grajek

#Reklama #WydawnictwoMięta


Fantastyka potrafi mieć różne funkcje – czasem służy wyłącznie rozrywce, innym razem fikcyjne wydarzenia stają się metaforą naszej rzeczywistości, a bywa, że jedno i drugie splata się w mocno emocjonalny warkocz. Jak było tym razem? „Stalowe skrzydła” zaczynają się jak mroczna baśń o zniewoleniu i uprzedzeniach, a z czasem odsłaniają bardziej uniwersalne pytania o cenę wolności i o granice lojalności.


Fabuła – z jednej strony klasyczna, z drugiej z paroma oryginalnymi motywami. Karhu, młody centaur, zostaje wzięty do niewoli i zmuszony do służby w ponurej rezydencji Ynys Grug należącej do rodu Valerisów. Tam zaprzyjaźnia się z Edlynne, córką okrutnego hrabiego. Gdy ojciec obiecuje rękę dziewczyny „potworowi w ludzkiej skórze”, nadarza się okazja do ucieczki. Dwoje bohaterów rusza w drogę przez świat zdominowany przez żelazo i parę, gdzie magia jest zakazana, a istoty mityczne – prześladowane. Brzmi znajomo? Tak, to opowieść drogi, ale z rzadko spotykanym ujęciem perspektywy centaura oraz z akcentem na traumę i odzyskiwanie sprawczości.

Co to była za książka?! Dawno nie czytałam aż tak przejmującej lektury. Pierwsze rozdziały są doprawdy przerażające – nie tylko przez konkret zdarzeń, ale przez sposób, w jaki nakładają się na siebie wstyd, odrętwienie i duszne „nie da się”, które znają ofiary przemocy. Losy bohaterów są dotkliwe, a ich emocje – gęste. Na początku było tak intensywnie, że aż ciężko mi się czytało – jakby ktoś otworzył drzwi do zbyt małego pokoju bez okien i kazał w nim pobyć chwilę dłużej, niż to komfortowe. Edlynne jest ofiarą – i to przez prawie całe swoje życie. To, jak cierpi, a jednocześnie nie robi nic, by to zmienić, uderza podwójnie, bo Grajek nie robi z tego sensacji; raczej pokazuje znane mechanizmy. To jest dark fantasy – nie dlatego, że wszędzie krew, tylko dlatego, że ciemno tam, gdzie zwykle oczekujemy światła.

"Gdyby ktoś miał możliwość choć raz spojrzeć na świat oczami Edlynne Addeline Valeris, nie dostrzegłby nic prócz odcieni szarości. Gęstego jak cukrowy syrop welonu utkanego ze smutku, strachu i samotności. W jej życiu nie było miejsca na radość".

Przechodząc do bohaterów – mają bardzo ciekawą kreację. Karhu to postać, której godność jest praktyką dnia codziennego. Edlynne z kolei – zahukana i pełna poczucia winy – ma swój cichy kręgosłup; długo go nie widać, ale jest. Dość szybko zaczęłam im kibicować, bo niesprawiedliwość, która ich dotyka, jest ogromna, a jednocześnie w ich wyborach migocze zwyczajne dobro – nie papierowe, nie słodkie, tylko uparte, czasem milczące. Ten kontrast z opisanym światem pracuje świetnie.


A świat… jest bardzo mroczny, okropny i – tak – nieakceptowalny. Czy można znaleźć w nim coś z naszego? Niestety tak. Dehumanizacja „innych”, społeczna zgoda na przemoc, retoryka porządku jako przykrywka dla opresji – to brzmi aż nazbyt znajomo. Nie do końca przemówił do mnie sam konstrukt uzasadniający dyskryminację (w sensie – polityczna i ideologiczna podbudowa konfliktu mogłaby być pełniejsza), ale już przebieg opresji jest boleśnie wiarygodny. Świat żelaza i pary daje potencjał na mocniejszy, steampunkowy pazur – w tym tomie to raczej szkic, lecz taki, który obiecuje rozbudowę.

Porusza też historia rodzinna głównej bohaterki. Niespełnienia, tajemnice trzymane w mahoniowych szufladach, żałoba po bracie – wszystko to składa się na portret kogoś, kto wciąż próbuje zasłużyć na uwagę, a dostaje tylko ciszę albo krzyk. I choć mam wrażenie, że najbardziej soczyste odkrycia z tego pola są jeszcze przed nami, już teraz dostajemy kilka zgrabnych „smaczków”, które zmieniają perspektywę. To, co na początku wygląda jak koszmar pozbawiony sensu, powoli znajduje swoje wyjaśnienia – nie uniewinnienia.

"Wolność, nadzieja, siła, wiara, ufność, strach. Tyle słów rozbrzmiewało w jego żyłach, umyśle, grało mu w sercu. Pojęcia, które pomimo odmiennych definicji zaczęły nakładać się na to samo znaczenie".

Ciekawie zbudowany jest też bieg akcji. Startujemy w miejscu klaustrofobicznym, gdzie dzieje się mało, ale emocje aż wrzą – a potem wszystko się zmienia i opowieść nabiera dynamiki. To nie jest rollercoaster; to raczej trasa o zmiennym nachyleniu: raz duszne korytarze Yiyns Grug, raz szerokie trakty, na których każda decyzja zostawia ślad. Zmiana tempa jest celowa i sensowna – gdy bohaterowie wreszcie ruszają, stawka zaczyna rosnąć, a ich wybory przestają być prywatne.


Jeśli miałabym szukać na siłę jakiejś wady, to właśnie przeraża mnie opisany w świecie mrok – jest go tak dużo, i to w prawie każdym bohaterze, że momentami lektura męczyła nie przez styl, lecz przez emocjonalny ciężar. Rozumiem zamysł, kupuję konsekwencję, ale potrzebowałam oddechu – scen, które dają światłu chociaż szparę, by zupełnie nie popaść w mrok.

Motyw centaura w jednej z ról pierwszoplanowych okazał się świetnym „przewietrzeniem” konwencji. Perspektywa innego ciała – jego ograniczeń, siły, godności – dodaje scenom fizyczności i symbolicznej głębi. Podobało mi się też, że wątek „romantasy” został jedynie zasygnalizowany – bez przejmowania sterów. Z kolei motyw „złotej klatki” jest rozpisany z wyczuciem: nie chodzi o błyskotki, tylko o te wszystkie udogodnienia, które potrafią być kajdanami gorszymi, niż prawdziwa przemoc.

Podsumowując – „Stalowe skrzydła” to mroczna, emocjonalna opowieść o ludziach i nieludziach, którzy uczą się, że wolność nie spada z nieba; trzeba ją wywalczyć. Pierwszy tom jest raczej preludium niż symfonią: ustawia figury, jasno nazywa stawkę, zostawia obietnice. Jeśli lubisz opowieści drogi, zakazane przyjaźnie i moralne dylematy, koniecznie sięgnij po ten tytuł.

Dominika Róg-Górecka

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates