poniedziałek, 21 stycznia 2019

Czy książka potrzebuje babci i dziadka?


Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Mam cudownych rodziców, którzy są przy mnie do tej pory, ale nie tylko dlatego tamte odległe czasy wspominam z takim rozrzewnieniem. Przy mnie były również dwie cudowne babcie ( jedna z nich tak naprawdę była prababcią, ale czy to ważne?:)) i ukochany dziadziuś, który został ze mną najdłużej i miał naprawdę niebagatelny wpływ na moje życie. Dziś ich już przy mnie nie ma, ale wierzę że cały czas nade mną czuwają.

Myślę o nich dość często, ale chyba tak jak każdy w tych nadchodzących dniach stycznia, kiedy to obchodzimy kalendarzowe Dni Babci i Dziadka najbardziej. W tym roku te dni natchnęły mnie do jeszcze jednej refleksji. Ponieważ książki są całym moim życie i poświęcam im od zawsze naprawdę bardzo dużo czasu, pomyślałam dziś o babciach i dziadkach, których podczas całego swojego życia miałam przyjemność spotykać w czasie swoich literackich podróży. I zadałam sobie pytanie: czy są oni w ogóle literaturze i nam czytelnikom potrzebni?

Zacznę może od nas. Czy nasze dzieciństwo byłoby takie samo, gdybyśmy kiedyś tam na swojej czytelniczej drodze nie spotkali Bzowej babuni z baśni Andersena, Babci na jabłoni, Dziadka, który stał się czereśniowym drzewem czy dziadziusia Anny i Britty z Dzieci z Bullerbyn? Pewnie nic wielkiego w naszym życiu by się nie zmieniło, gdybyśmy nie mieli okazji ich poznać, ale czy nie byłoby ono uboższe? Myślę, że jednak tak. Bo takich cudownych postaci się po prostu nie zapomina.

Teraz przyszedł czas na nasze literackie bohaterki, które spotykamy w swoich podróżach. Nie będę się cofać w czasy dzieciństwa, postaram się skupić na kobietach które miałam okazję odwiedzać stosunkowo niedawno.

Zacznę od książek Małgorzaty J. Kursy, które po prostu uwielbiam. Jest taki cykl książek pani Małgorzaty, którymi bohaterami są Marta i Michał, ich rodzice, przyjaciele, a później również i dzieci. I oczywiście dziadkowie. Michał ma dziadka, który jest dla niego wszystkim i który wielką miłością obdarza również Martę ( ale jej to nie da się nie kochać, jeżeli jeszcze nie wiecie o kim piszę koniecznie musicie przeczytać Miłość i aspirynę i kolejne jej części). Z kolei rodzice Marty i Michała są wymarzonymi dziadkami dla ich dzieci oraz małej Ali, bratanicy Marty. Jestem przekonana, że bez tych relacji książkom, o których piszę wiele by brakowało.

Jeżeli jeszcze nie czujecie tego o czym Wam piszę, to może inne pytanie. Czy wyobrażacie sobie Jeżycjadę bez Ignacego i Mili, bez tych dwóch opok rodu Borejków? Oj, chyba nie, byłyby to przecież już zupełnie inne książki.

Takich przykładów mogłabym mnożyć tu bez liku i tak naprawdę mam nieodparte wrażenie, że literatura, a szczególnie literatura kobieca, bez babć i dziadków po prostu nie istnieje. To oni pocieszają wnuczki, ocierają łzy po nieszczęśliwych miłościach, wspierają finansowo, choć sami za wiele nie posiadają, a czasami jednym prostym zdaniem wskazują kierunek, którym potoczy się całe życie.

Zaraz, zaraz czy skądś tego nie znamy? Tak, tak, te babcie i ci dziadkowie z kart książek to przecież wypisz wymaluj nasi staruszkowie, których kochamy nad życie i bardzo za nimi tęsknimy. W te szczególne dni jeżeli jeszcze macie to szczęście przytulcie ich mocno i nie zapomnijcie im powiedzieć jak bardzo ich kochacie.

Dla tych, którzy tak ja mogą tylko posłać do swoich bliskich ciepłą myśl wysoko, wysoko, mam inną propozycję. Otwórzmy swoją ukochaną książkę, wszystko jedno czy z dzieciństwa, czy współczesną lekturą i na jej kartach odnajdźmy babcię, dziadka, za którymi szczególnie tęsknimy. Myślę, że od razu zrobi nam się cieplej na duszy.

Wracając do pytania, które zadałam w tytule: oczywiście, literatura potrzebuje babci i dziadka, taka samo jak wszyscy wnukowie na ziemi, bez nich wiele by straciła, a tego przecież jej nie życzymy, prawda?:)

Dorota Skrzypczak

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Serdecznie dziękuję za komentarz :) Zapraszam ponownie!

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2018 Recenzje na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates