Jano i Wito. Przy stole – Przemysław Liput, Wiola Wołoszyn
#WspółpracaRecenzencka #Mamania
Moja córka od dawna uwielbia historie o Jano i Wito. Ja sama długo podchodziłam do nich z pewną rezerwą – ot, kolejne książeczki dla maluchów, które pewnie przeczytamy raz i odłożymy na półkę. A jednak po wielokrotnym czytaniu (i to takim naprawdę wielokrotnym) różnych tytułów z tej serii zaczęłam rozumieć ich fenomen. To ciepłe, mądre i zaskakująco przemyślane opowieści, które pomagają dzieciom poznawać świat bez zbędnego zadęcia. I robią to tak naturalnie, że nawet dorosły zaczyna się uśmiechać pod nosem.
W „Jano i Wito. Przy stole” chłopcy po raz pierwszy wybierają się do restauracji. Nigdy wcześniej tam nie byli, więc wszystko jest dla nich nowe – od wyboru potraw po zasady zachowania przy stoliku. Nie do końca wiedzą, co zamówić, nie są pewni, jak powinni się zachować, a cała sytuacja jest dla nich jednocześnie ekscytująca i trochę stresująca. Na szczęście mogą liczyć na pomoc rodziców i obsługi, którzy cierpliwie tłumaczą im kolejne kroki.
Tym razem tematem przewodnim jest właśnie wyjście do restauracji – coś, czego wielu rodziców się obawia. Bo wiadomo, restauracja to nie plac zabaw, a dzieci bywają… cóż, dziećmi. Ten tytuł może być świetnym przygotowaniem dla malucha, który pierwszy raz ma przekroczyć próg lokalu. Pokazuje, że restauracja to nie tylko jedzenie, ale też pewne zasady, rytuały i wspólne doświadczenie.
Jak w całej serii, zasady są tu przedstawione w sposób nienachalny. Nie ma moralizowania, nie ma wykładów, nie ma „bo tak trzeba”. Wszystko wynika z działań bohaterów, ich pytań, ich naturalnej ciekawości. Dziecko może niejako „na sucho” przeżyć sytuację, która w prawdziwym życiu mogłaby je onieśmielić. To ogromna zaleta – fabuła płynie, a wiedza po prostu się w niej rozpuszcza.
Bohaterowie też nie są idealni, co bardzo sobie cenię. Dzieci nie zawsze wiedzą, jak się zachować, czasem zrobią coś nie tak, czasem się zagapią, czasem przesadzą. I bardzo dobrze – tak wygląda prawdziwe życie. Dzięki temu mali czytelnicy widzą, że błędy są normalne, a nauka odbywa się krok po kroku.
Rodzice Jano i Wito reagują tak, jak wielu z nas chciałoby reagować zawsze – ze spokojem, zrozumieniem, ale też z jasnym wyznaczeniem granic. Niektóre ich kwestie są tak trafione, że naprawdę mogłyby wejść do rodzinnego słownika. I to jest chyba największa siła tej serii: pokazuje dorosłym, jak można mówić do dzieci, żeby to działało.
Grafika Przemka Liputa jest lekka, nienachalna i bardzo dziecięca. Szczerze? Nie jestem jej wielką fanką – momentami wydaje mi się zbyt uproszczona. Ale moja córka ją uwielbia, więc najwyraźniej to ja się nie znam. Kolory są przyjazne, postacie wyraziste, a całość ma w sobie coś, co przyciąga najmłodszych jak magnes.
Na końcu każdej książki z tej serii pada zdanie: „To był dobry dzień”. I to jest nasz mały rytuał. Moja córka wie, że to znak końca historii, zamyka okładkę z pełną satysfakcją i uśmiechem. Niby drobiazg, a jednak tworzy spójność, której brakuje wielu innym seriom dla dzieci.
Podsumowując – „Jano i Wito. Przy stole” to kolejna udana część cyklu, który nie bez powodu cieszy się taką popularnością. Pomaga oswoić codzienne sytuacje, pokazuje świat oczami dziecka i robi to z ogromnym wyczuciem. To książka, która nie tylko bawi, ale też wspiera rodziców w tłumaczeniu rzeczywistości.
Jeśli szukasz tytułu, który przygotuje Twojego malucha na pierwszą wizytę w restauracji – albo po prostu chcesz dodać do biblioteczki coś wartościowego – sięgnij po „Jano i Wito. Przy stole”.
A jeśli masz ochotę na więcej takich recenzji, zajrzyj na mój blog i daj znać, o czym chcesz przeczytać następnym razem.
Dominika Róg-Górecka



Bardzo trafna recenzja. To, że bohaterowie nie są idealni, na pewno pomaga nabrać dystansu. Zakończenie z „dobrym dniem” brzmi jak naprawdę miły rytuał.
OdpowiedzUsuń